
Niedziela jest podobno dniem odpoczynku, ale polska polityka najwyraźniej otrzymała dyspensę. Człowiek zjadłby spokojnie rosół, wyszedł na spacer, może zdrzemnął się po drugim daniu, tymczasem z gazet wynika, że wszyscy właśnie coś odzyskują. Mateusz Morawiecki niewinność, Jarosław Kaczyński partię, Szymon Hołownia Hołownię, a Karol Nawrocki nie odzyskuje niczego, ponieważ siedzi już w Pałacu i sprawia wrażenie człowieka, który znalazł wszystko, czego szukał, łącznie z własnym kultem.
Najciekawszą figurą weekendu jest Morawiecki. Były premier rozpoczął bowiem proces demontażu własnej biografii politycznej i robi to z energią człowieka, który po sześciu latach małżeństwa odkrywa, że obrączkę założył mu ktoś podstępnie podczas snu. Okazuje się, że kiedy rząd Morawieckiego zamykał Polskę podczas pandemii, Jarosław Kaczyński chciał nawet daleko idących rozwiązań, w tym obowiązkowych szczepień. Kiedy Trybunał Julii Przyłębskiej wydał katastrofalny politycznie wyrok w sprawie aborcji, Kaczyński również miał należeć do głównych autorów tego manewru. Morawiecki daje przy tym do zrozumienia, że istnieją świadkowie, rozmowy i być może inne pamiątki rodzinne, które można kiedyś wyjąć z szuflady.
To niezwykle ciekawa szkoła odpowiedzialności państwowej. Człowiek był premierem, ale najwyraźniej w godzinach urzędowania przebywał mentalnie na delegacji.
Zaczynam nawet patrzeć na lata 2017–2023 z zupełnie nowym zrozumieniem. Polski Ład? Nie Mateusz. KPO? Trudno powiedzieć. Lockdown? Prezes. Aborcja? Prezes. Telewizja publiczna? Tu robi się jeszcze piękniej, bo Morawiecki oznajmił ostatnio, że za jego własnych rządów w TVP istniał „program niszczenia mnie”.
To jest arcydzieło.
Premier siedzi w Kancelarii Premiera. Jego partia kontroluje rząd. Telewizją publiczną rządzą ludzie jego politycznego obozu. Prezesem TVP jest człowiek z tego samego świata. I biedny Mateusz zostaje przez tę machinę prześladowany.
To tak, jakby właściciel burdelu poskarżył się policji, że ktoś na piętrze prowadzi podejrzaną działalność.
Jeszcze trochę, a Morawiecki ujawni, że za jego premierostwa opozycja potajemnie kierowała Radą Ministrów, Donald Tusk osobiście pisał Polski Ład w Brukseli, a on sam od 2017 roku pozostawał w areszcie domowym w gabinecie premiera i mógł się porozumiewać ze światem wyłącznie za pomocą prezentacji PowerPoint.
Kaczyński przyjął te wspomnienia byłego premiera źle. Publicznie zasugerował, że Morawiecki znajduje się w jakimś „dziwnym stanie”, a według relacji z zamkniętych rozmów miał mówić jeszcze prościej: „Mateusz oszalał”.
Wreszcie język polityki stał się jasny.
Przez lata słyszeliśmy o różnicach strategicznych, korektach kierunku, odmiennych wizjach obozu patriotycznego i konieczności wzmacniania podmiotowości Polski. A chodziło po prostu o to, że jeden uważa drugiego za wariata.
I od razu człowiek rozumie więcej.
Rozwód Kaczyńskiego z Morawieckim wszedł zresztą w tę fazę, kiedy małżonkowie nie spierają się już o mieszkanie i dzieci, lecz zaczynają opowiadać znajomym, kto naprawdę pił, kto zdradzał i czyj był pomysł kupienia tego cholernego segmentu pod Warszawą.
Morawiecki mówi: „Przypomnijmy sobie, kto podejmował decyzje”.
Kaczyński odpowiada: „Mateusz jest w dziwnym stanie”.
Politycznie oznacza to mniej więcej: jeżeli otworzysz segregator, ja otworzę psychiatrię.
Tymczasem Karol Nawrocki obchodzi rocznicę prezydentury tak, jakby właśnie zakończył trzecią kadencję, wygrał dwie wojny i osobiście podniósł Polskę z kolan, po czym jeszcze zdążył wymienić uszczelkę pod kranem. Uroczystość przed Pałacem miała scenę, debatę, część artystyczną, życzliwych gości i prezydenta, który poinformował rodaków, że ma nadal „100 procent baterii”.
To sformułowanie mnie uspokoiło i przeraziło jednocześnie.
Jeżeli urządzenie ma sto procent baterii, naturalnym pytaniem jest, czy można je wyłączyć.
Na razie jednak Nawrocki ma powody do zadowolenia. PiS się rozpadło, Morawiecki buduje własne środowisko, Kaczyński próbuje utrzymać resztę, Konfederacje pilnują własnych interesów, a prezydent siedzi pośrodku prawicy jak jedyny człowiek przy stole, który ma krzesło przykręcone do podłogi. Onet trafnie zauważa, że Pałac stał się dziś najbardziej stabilnym punktem prawej strony, bo Nawrocki ma urząd, cztery lata kadencji i instrumenty, których konkurenci mu nie odbiorą.
Krótko mówiąc, podczas gdy prawica urządza wyprzedaż garażową, Nawrocki przejmuje dom.
Nie musi nawet specjalnie pracować nad konfliktem z Tuskiem. Tusk jest dla niego jak bezpłatny abonament wyborczy. Każde weto, każda awantura i każde „nie” pozwala prezydentowi stanąć przed prawicowym elektoratem i powiedzieć: patrzcie, tamci gadają, a ja naprawdę zatrzymuję Tuska. W polityce to bardzo ważna przewaga. Kaczyński ma partię w kawałkach, Morawiecki ma stowarzyszenie, Mentzen Internet, Braun gaśnicę, a Nawrocki ma pieczątkę.
Pieczątka zawsze wygląda państwowo.
Na drugim końcu akwarium pojawił się Szymon Hołownia, który najwyraźniej uznał, że za długo pozostawał Szymonem Hołownią bez stanowiska odpowiadającego skali Szymona Hołowni.
Człowiek oddał fotel marszałka, stracił kierowanie własną partią, próbował znaleźć sobie przyszłość międzynarodową, a teraz według informacji Onetu chce odzyskać kontrolę nad klubem Polski 2050, walczy z Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz i chętnie zostałby wicepremierem. Najbardziej podoba mu się podobno Ministerstwo Kultury.
Ministerstwo Kultury rzeczywiście pasowałoby do Hołowni znakomicie.
Cała jego kariera jest przecież teatrem repertuarowym. Najpierw program telewizyjny. Potem ruch obywatelski. Następnie marszałek. Później kandydat na urząd międzynarodowy. Teraz powrót do rządu.
Brakuje właściwie tylko operetki. Hołownia przypomina człowieka, który sprzedał restaurację, po roku wraca, zagląda do kuchni i oznajmia nowemu właścicielowi: „Widzę, że sobie nie radzicie. Mogę zostać szefem sali”.
Jeszcze zabawniejsze jest to, że chce odzyskać partię, którą sam wcześniej oddał. Polska 2050 zaczyna dzięki temu coraz mniej przypominać ugrupowanie polityczne, a coraz bardziej zgubiony bagaż na lotnisku.
Co kilka miesięcy ktoś podchodzi do informacji i pyta: „Czy nie znaleźliście państwo może mojej partii? Zielona, średniej wielkości, była tu jeszcze niedawno”.
Najpiękniejsza w całym tym przedstawieniu jest jednak wspólna cecha bohaterów: wszyscy są ofiarami własnych decyzji.
Morawiecki był premierem, ale teraz odkrywa, że rządzili inni. Kaczyński stworzył Morawieckiego jako następcę, a dziś sugeruje, że następca oszalał. Hołownia oddał partię, a teraz czuje się z niej wypchnięty. PiS wymyśliło Nawrockiego jako kandydata, a Nawrocki zaczął właśnie wyrastać ponad PiS. To polityczny odpowiednik rodziny, która kupiła sobie bernardyna, a po roku dziwi się, że pies jest duży.
Nawrocki patrzy na nich wszystkich z Pałacu i chyba jako jedyny rozumie sytuację. Nie musi teraz nikogo pokonywać. Wystarczy, że będzie stał nieruchomo, podczas gdy konkurenci będą się nawzajem spychać ze schodów.
Morawiecki wyciąga archiwa. Kaczyński bada jego stan psychiczny. Hołownia szuka gabinetu. Pełczyńska-Nałęcz pilnuje własnego. Tusk liczy weta, a prezydent ma sto procent baterii.
Jest niedzielne popołudnie. Normalny człowiek rozstawia leżak. Polski polityk rozstawia świadków i chyba tylko wyborca zachowuje się nieodpowiedzialnie.
Nadal pamięta, kto był premierem.

Dodaj komentarz