NIEDZIELA NA REZERWIE, CZYLI POKÓJ DO PEŁNA

Warszawa

Niedziela zaczęła się od wiadomości pocieszającej: Donald Trump nie zaatakował Iranu.

Nie oznacza to, że zapanował pokój. Oznacza jedynie, że prezydent Stanów Zjednoczonych odłożył bombardowanie na półkę obok Biblii, planu pokojowego i czerwonego guzika, którym lubi bawić się przed snem.

Trump ogłosił, że wstrzymał planowane uderzenie po rozmowie z saudyjskim następcą tronu i apelach państw regionu. Armia pozostała w pełnej gotowości, a Iran usłyszał, że jeżeli negocjacje się nie powiodą, bomby zostaną ponownie wyjęte z lodówki. Jest to trumpowska odmiana dyplomacji: najpierw przystawić człowiekowi pistolet do głowy, potem odsunąć go o dwa centymetry i oczekiwać Pokojowej Nagrody Nobla za powściągliwość.

Świat odetchnął. Ostrożnie, żeby Donald nie uznał tego za prowokację.

Najbardziej odetchnęli kierowcy, którzy na polskich stacjach widzą już głównie ósemki. Osiem złotych za litr przestało być ceną, a stało się kierunkiem polityki zagranicznej. Polak tankuje dziś tak, jak dawniej kupował mieszkanie: długo patrzy, dzwoni do rodziny, przelicza zdolność kredytową, a na końcu bierze za pięćdziesiąt.

Jest cień nadziei, że paliwo stanieje. OPEC+ zgodził się podnieść od września limity wydobycia o około 188 tysięcy baryłek dziennie. Brzmi imponująco, dopóki nie dodamy, że wcześniejsze podwyżki wydobycia istniały głównie w komunikatach, bo wojny i zakłócenia eksportu przeszkadzały ropie w przedostaniu się z konferencji prasowej do rurociągu.

Ropa jest dziś surowcem duchowym. Wiadomo, że gdzieś jest, ale trzeba wierzyć.

Jeżeli Trump rzeczywiście nie zbombarduje Iranu, baryłka może potanieć. Jeżeli baryłka potanieje, paliwo może potanieć. Jeżeli paliwo potanieje, stacja może zmienić cyfrę na pylonie. Jeżeli zmieni, nastąpi to najpewniej między północą a pierwszą w nocy, żeby żaden klient nie zobaczył tego na własne oczy.

Wzrost ceny paliwa pojawia się natychmiast, jak komornik. Obniżka przychodzi pieszo z pielgrzymką.

Pokój jest jednak potrzebny nie tylko kierowcom. Amerykański generał miał ostrzec Pentagon, że USA zaczyna brakować środków do skutecznej obrony Izraela przed kolejnymi atakami rakietowymi. Okręty są przeciążone, pociski się kończą, a dowódca domaga się dodatkowego niszczyciela. Najpotężniejsza armia świata osiągnęła etap polskiego gospodarstwa domowego: nie włączaj jednocześnie czajnika, pralki i obrony przeciwrakietowej, bo wywali bezpieczniki.

Amerykanie wydają na zbrojenia setki miliardów dolarów, mają lotniskowce, satelity, bombowce niewidzialne dla radarów i generałów widzialnych wyłącznie podczas przesłuchań w Kongresie. Mimo to okazuje się, że gdy wojna trwa odpowiednio długo, magazyn wygląda jak półka z papierem toaletowym pierwszego dnia pandemii.

Dlatego Trump odwołał atak być może z miłości do pokoju. A być może magazynier powiedział, że zostały trzy sztuki i jedna jest już zarezerwowana dla Tajwanu.

W tym samym czasie Ukraina uderzyła w rosyjską bazę lotnictwa strategicznego Engels, rafinerię w Saratowie i skład paliw w obwodzie kałuskim. W bazie Engels stacjonują bombowce używane do atakowania Ukrainy, rafineria zaopatruje rosyjską machinę wojenną, a skład paliw służy armii. Ukraińcy postanowili więc rozmawiać z rosyjskim zapleczem językiem, który Kreml od czterech lat uważa za jedyny obowiązujący.

Rosja twierdzi zazwyczaj, że wszystko zestrzeliła, nic nie zostało trafione, a pożar w rafinerii wybuchł wskutek niefortunnego samozapłonu ukraińskiej propagandy.

W rosyjskich komunikatach dron nigdy nie trafia. On jedynie spada dokładnie na obiekt strategiczny, który następnie przypadkowo eksploduje.

Ropa płonęła więc w Saratowie, kosztowała ponad osiem złotych w Polsce i miała potanieć dzięki pokojowi Trumpa. W niedzielę cała światowa polityka dała się podsumować jednym zdaniem: wszyscy walczą o paliwo, choć coraz mniej wiadomo, czym będziemy jeździć, kiedy już spalimy planetę.

Na południu Europy trwał dramat Ceuty. Do hiszpańskiej enklawy w Afryce przedostało się według różnych szacunków od ponad pięćdziesięciu do sześćdziesięciu tysięcy ludzi. Co najmniej trzydzieści cztery osoby zginęły. Do niedzieli zdecydowana większość migrantów wróciła lub została zawrócona do Maroka.

Europa po raz kolejny odkryła ze zdumieniem, że ma granicę w Afryce.

Przez lata Ceuta była geograficzną ciekawostką, czymś między krzyżówką w tygodniku a pytaniem za milion złotych. Teraz stała się politycznym granatem, którego wszyscy chcą dotknąć wyłącznie palcem sąsiada.

W Madrycie podejrzewa się, że marokańskie władze co najmniej pozwoliły na masowy ruch ku granicy, wykorzystując migrantów jako instrument nacisku. Rabat oficjalnie mówi o mafiach przemytniczych, co brzmi równie wiarygodnie jak zapewnienie kota, że kanarek po prostu wyjechał.

Migranci stali się współczesną amunicją polityczną. Nie wymagają fabryk, materiałów wybuchowych ani wyrzutni. Wystarczy otworzyć bramę, odwrócić straż graniczną plecami i patrzeć, jak sąsiednie państwo wpada w panikę.

Białoruś zastosowała tę metodę wobec Polski.

Maroko pokazało ją Hiszpanii.

Europa zaś odpowiada tradycyjnie: pilnym spotkaniem zaplanowanym na później.

Unia działa bowiem jak pogotowie, które po otrzymaniu informacji o zawale natychmiast powołuje zespół do spraw ustalenia wspólnej definicji klatki piersiowej.

W Polsce tymczasem badano, kto jest winny rozłamu w PiS. Sondaż przyniósł wynik godny naszej narodowej dojrzałości: najwięcej ankietowanych uznało, że winni są wszyscy po trochu. Jarosława Kaczyńskiego wskazało 17,9 procent badanych, „maślarzy” 13,9 procent, Mateusza Morawieckiego i jego zwolenników 15,9 procent, a 33,4 procent obwiniło wszystkich.

Polacy znaleźli więc rozwiązanie idealne.

Winni są wszyscy, czyli nikt nie musi przepraszać.

PiS pękł jak stary tapczan podczas rodzinnej kłótni. Kaczyński twierdzi, że Morawiecki zdradził. Morawiecki sugeruje, że prezes skręcił za bardzo w prawo. „Maślarze” uważają, że partia była za miękka. Konfederacja uważa, że wszyscy są komunistami. Wyborca patrzy na to i zastanawia się, dlaczego spadkobiercy tysiącletniej Polski nie potrafią podzielić między siebie czterdziestu posłów bez użycia słowa „zdrajca”.

Określenie „maślarze” jest zresztą znakomite.

PiS od dawna przypomina kostkę masła pozostawioną na sierpniowym parapecie. Niby nadal zachowuje nazwę i opakowanie, lecz po podniesieniu papierka wszystko rozlewa się po stole.

Kaczyński jest masłem tradycyjnym — twardym, słonym i przechowywanym poza lodówką od 1990 roku.

Morawiecki jest margaryną rozwojową — łatwo się smaruje, ma nowoczesne pudełko i zapewnia, że obniża cholesterol, choć nikt nie widział badań.

Czarnek jest smalcem ze skwarkami.

A wyborca po całej tej uczcie dostaje zgagi i rachunek.

Niedziela była również wielkim dniem sztucznej inteligencji. Dowiedzieliśmy się, że oszuści ubezpieczeniowi wykorzystują AI do tworzenia i przerabiania zdjęć uszkodzonych samochodów. Samochód nie musi już uczestniczyć w wypadku. Wystarczy, że ma dobre zdjęcie i przekonujący prompt.

W 2025 roku ubezpieczyciele wykryli ponad trzydzieści tysięcy przestępstw majątkowych o wartości 697 milionów złotych, z czego oszustwa komunikacyjne stanowiły większość.

Dawniej oszust musiał ukraść samochód, rozbić go albo przynajmniej znaleźć kolegę ze starym młotkiem.

Dziś siada przy komputerze i wpisuje: „Dodaj wgniecenie, rozbitą lampę, smutnego właściciela oraz kosztorys na dwadzieścia siedem tysięcy”.

Postęp technologiczny polega na tym, że człowiek może dokonać tego samego oszustwa bez wychodzenia z domu i bez ryzyka, że pobrudzi marynarkę olejem.

Jednocześnie Leopold Aschenbrenner, dwudziestoczteroletni „Nostradamus AI”, który miał przewidywać przyszłość sztucznej inteligencji, nie przewidział przyszłości własnego funduszu. Jego aktywa miały skurczyć się z około 45 miliardów dolarów do mniej więcej 10 miliardów po przecenie spółek technologicznych i przymusowej sprzedaży pozycji finansowanych długiem.

Przewidział superinteligencję.

Nie przewidział wezwania do uzupełnienia depozytu.

To jest najczystsza forma ludzkiego geniuszu: wiedzieć, co wydarzy się z cywilizacją za dziesięć lat, i nie zauważyć, że bank zadzwoni w czwartek.

Nostradamus AI stracił trzydzieści pięć miliardów, lecz nie należy przesadzać z żalem. Zostało mu około dziesięciu. Jest to rodzaj upadku, po którym człowiek musi wprawdzie sprzedać kilka akcji, ale nadal nie sprawdza ceny diesla przed zatankowaniem.

Tak minęła niedziela.

Trump nie zaatakował Iranu i oczekiwał wdzięczności za bombę, której nie zrzucił.

OPEC obiecał więcej ropy, choć ropa jeszcze o tym nie wie.

Amerykanom kończą się rakiety do bronienia sojuszników.

Ukraińcy podpalili rosyjskie paliwo.

Maroko prawdopodobnie pokazało Hiszpanii, jak wygląda dyplomacja prowadzona tłumem.

PiS ustalił, że rozpadł się przez wszystkich.

Sztuczna inteligencja zaczęła rozbijać samochody, które nigdy nie wyjechały z garażu, a jej prorok odkrył, że przyszłość jest znacznie łatwiejsza do przewidzenia niż poniedziałkowe otwarcie giełdy.

Pozostał nam cień nadziei na pokój i tańsze paliwo.

W Polsce cień jest zawsze tańszy. Za resztę trzeba zapłacić przy kasie.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights