
Niedziela miała być, zgodnie z tradycją chrześcijańską, dniem odpoczynku, ale świat najwyraźniej od dawna jest niewierzący. Ledwie człowiek zdążył wypić drugą kawę i pogodzić się z faktem, że poniedziałek istnieje, Donald Trump postanowił przypomnieć, iż imperia nie mają weekendów, a prezydent Stanów Zjednoczonych może w ciągu jednego dnia pokłócić się z Iranem, Kanadą, ekonomią i własnym elektoratem.
Miał być „złoty wiek Ameryki”. Złoto jednak, jak wiadomo, jest drogie, więc na razie Amerykanie dostali wojny, droższą benzynę i pięćdziesięcioprocentowe cła na towary z Kanady, wśród których znalazły się sklejka, boje morskie, ozdoby choinkowe i — co szczególnie piękne — sztuczne wąsy.
Sztuczny wąs wydaje się zresztą idealnym symbolem całej polityki Trumpa. Z daleka wygląda groźnie, męsko i prezydencko, ale wystarczy podejść bliżej, żeby zobaczyć klej.
Kanada przerwała negocjacje handlowe, ponieważ Amerykanie mieli na ostatniej prostej zażądać ograniczenia jej swobody zawierania umów z innymi państwami. Trump odpowiedział cłami, premier Mark Carney zapowiedział odwet „dolar za dolara” i tak oto dwa kraje, które przez dziesięciolecia uchodziły za model spokojnego sąsiedztwa, zaczęły zachowywać się jak dwóch właścicieli bliźniaka kłócących się o to, czyja tuja weszła komu na działkę.
Najbardziej wzruszające jest to, że polityka celna miała uczynić Amerykę bogatszą. Tymczasem amerykański konsument odkrywa powoli rzecz, którą ekonomiści tłumaczyli od początku: cło nie jest podatkiem płaconym przez Chińczyka, Kanadyjczyka ani anonimowego cudzoziemca, którego można nie lubić z bezpiecznej odległości. Cło bardzo często kończy swoją patriotyczną drogę przy kasie sklepowej, gdzie płaci je obywatel w czapeczce MAGA.
Można więc powiedzieć, że Trump rzeczywiście zmusił obcych, by zapłacili za wielkość Ameryki. Tyle że ci obcy siedzą w Ohio, Pensylwanii i Teksasie.
Równocześnie trwa amerykański romans z Iranem, który przypomina małżeństwo po dwudziestu latach wspólnego życia: strony nie rozmawiają, ale bez przerwy przekazują sobie komunikaty. Waszyngton zapowiada „najostrzejsze sankcje w historii”, Teheran odpowiada, że sankcje są oznaką desperacji, Cieśnina Ormuz nadal trzyma światową gospodarkę za gardło, a ropa robi to, co ropa robi najlepiej w czasie kryzysu — drożeje.
Trump chce zakończyć konflikt, dusząc gospodarczo Iran tak mocno, żeby Iran się poddał. Problem polega na tym, że duszony przeciwnik może zamiast kapitulować zacząć strzelać. Wówczas Ameryka będzie musiała odpowiedzieć, dzięki czemu wojna zostanie uniknięta poprzez jej ponowne rozpoczęcie.
Kiedyś nazywało się to błędnym kołem. Dziś ma briefing prasowy.
Na tym tle Polska wygląda niemal sielankowo, ponieważ u nas najważniejszą wiadomością społeczną dnia jest fakt, że po ośmiu latach spadków liczba urodzeń w jednym z ostatnich miesięcy wreszcie drgnęła w górę. Nie otwierałbym jeszcze szampana, bo w pierwszym półroczu urodziło się około 115 tysięcy dzieci, a zmarło ponad 210 tysięcy osób, więc narodowy bilans nadal przypomina mecz, w którym przegrywamy 0:5, ale w 87. minucie strzelamy gola i komentator krzyczy, że wracamy do gry.
Nie wracamy, ale zawsze przyjemnie zobaczyć, że elektrokardiogram nie jest całkiem prostą linią.
Polacy w sondażu wyrazili również zdecydowane poparcie dla utrzymania niższych cen paliw. Wynik ten należy uznać za przełomowy dla socjologii, ponieważ po raz pierwszy udało się naukowo ustalić, że ludzie wolą płacić mniej niż więcej. Badania można teraz rozszerzyć o pytanie, czy Polacy chcieliby wyższych pensji, krótszych kolejek do lekarza oraz większych mieszkań.
Podejrzewam, że odpowiedź znowu wstrząśnie środowiskiem akademickim.
Z cenami paliw jest zresztą pewien problem filozoficzny. Rząd może obniżać podatki, prezydent może wetować, opozycja może organizować konferencje, a na końcu i tak przychodzi tankowiec z Zatoki Perskiej i przypomina, że geopolityka ma własny cennik.
Na szczęście polska innowacyjność nie śpi. Rodzimy start-up pracuje nad rozwiązaniem pozwalającym mierzyć ciśnienie za pomocą smartfona. To wynalazek prawdopodobnie najlepiej dopasowany do polskiego rynku.
Najpierw człowiek otworzy w telefonie wiadomości, przeczyta o Trumpie, Iranie, cenie ropy, polskim budżecie, demografii i najnowszym sondażu, a następnie tym samym aparatem zmierzy sobie ciśnienie.
Technologia zatoczyła pełne koło: urządzenie najpierw wywoła objawy, a potem je zdiagnozuje. Jeszcze trochę i telefon sam przepisze beta-bloker.
Internetowi natomiast odebrano kawałek dawnej wolności, bo patostreaming doczekał się miejsca w kodeksie karnym. Przez całe lata można było transmitować upokorzenia, przemoc, awantury, pijaństwo i rozmaite formy społecznego zezwierzęcenia, a tysiące widzów przesyłały autorom pieniądze, serduszka i słowa zachęty. Państwo patrzyło, analizowało, konsultowało, opiniowało i wreszcie doszło do wniosku, że być może coś tu jest nie tak.
To niewątpliwy sukces refleksu legislacyjnego.
Pozostaje tylko uważać z definicją patostreamingu, bo gdyby ustawodawca nazbyt szeroko objął nią transmitowane publicznie sceny agresji, krzyku i poniżania przeciwnika, transmisje z Sejmu mogłyby zostać ograniczone do późnych godzin nocnych.
W Europie Środkowej równie ciekawie. Węgry uruchamiają kolejne reaktory elektrowni Paks po problemach wynikających z niskiego poziomu Dunaju. Kiedyś ekologowie ostrzegali, że elektrownia atomowa może zaszkodzić rzece. Dziś elektrownia martwi się, czy rzeka wystarczy do chłodzenia.
Klimat musi być wyjątkowo przebiegłym lewakiem, skoro potrafi prowadzić swoją propagandę nawet bez konta na X.
Ze sportu przyszła wiadomość, że Iga Świątek przegrała po zaciętym, trzysetowym meczu z Jessicą Pegulą i odpadła z turnieju w Cincinnati. W Polsce będzie zapewne potrzebny dzień żałoby narodowej, bo przyzwyczailiśmy się, że Iga ma być czymś między tenisistką a instytucją gwarantującą państwową stabilność.
Tymczasem sportowiec czasem przegrywa. Niesłychane.
Najbardziej egzotyczne jest to, że po porażce Iga nie wystąpiła na konferencji prasowej, by wyjaśnić, że wynik 5:7, 6:4, 4:6 jest sukcesem, tylko źle interpretowanym przez media.
Politycy mogliby się od sportowców dużo nauczyć. W sporcie, jeśli piłka jest poza linią, to jest poza linią. Nie da się powołać komisji, która po sześciu miesiącach ustali, że linia była politycznie stronnicza.
Niedziela przyniosła również wiadomość, przy której ironia powinna się zatrzymać. W Krakowie kierowca wjechał na chodnik, w rodzinę. Zginęli rodzice małego dziecka, które walczy o życie. Śledczy mówią o nadmiernej prędkości.
Wobec takich zdarzeń człowiek nagle widzi właściwe proporcje.
Wszystkie wielkie polityczne wojny, konferencje, cła, sondaże, ratingi, „historyczne decyzje” i prezydenckie wpisy na platformach społecznościowych na chwilę maleją do właściwych rozmiarów. Bo życie ostatecznie nie składa się z przemówień mocarstwowych przywódców, tylko z tego, żeby ktoś wrócił wieczorem do domu, żeby dziecko było zdrowe, żeby starczyło na rachunki i żeby było jeszcze z kim usiąść przy stole.
Cała reszta jest polityką. Czyli wyjątkowo kosztownym działem rozrywki, który od czasu do czasu dysponuje armią.
Tak kończy się niedziela. Trump prowadzi wojnę z Iranem i wojnę handlową z Kanadą, jednocześnie obiecując Amerykanom złoty wiek. Polacy chcą tańszej benzyny, demografia lekko drgnęła, patostreaming znalazł się w kodeksie, smartfon nauczy się mierzyć nam ciśnienie, a Iga Świątek przypomniała, że nawet najlepsi czasem przegrywają.
I może to jest jedyna rozsądna wiadomość na koniec tygodnia. Nie wszystko da się wygrać. Nie wszystko trzeba komentować. Nie wszystko da się naprawić dekretem, sankcją, cłem albo konferencją prasową.
A jutro poniedziałek, co — w przeciwieństwie do większości politycznych zapowiedzi — nastąpi z niemal stuprocentową pewnością.

Dodaj komentarz