
Polska ma niezwykły talent. Potrafimy zamienić każdą rocznicę w polityczny mecz, każde przemówienie w akt oskarżenia, a każde źle postawione przecinki w sprawę niemal konstytucyjną. Niedziela przyniosła tego podręcznikowy przykład.
Jeszcze dzień wcześniej tysiące ludzi pochylały głowy nad pamięcią ofiar Wołynia. W ciszy. W zadumie. Z przekonaniem, że są takie wydarzenia, wobec których polityka powinna umieć choć na chwilę zamilknąć. Nie minęło jednak kilkanaście godzin i znów odezwała się nasza narodowa specjalność – licytacja na jedynie słuszne oburzenie.
W centrum burzy znalazł się pełniący obowiązki ambasadora Polski w Ukrainie Piotr Łukasiewicz. W czasie uroczystości w Ołyce oddał hołd polskim ofiarom zbrodni wołyńskiej, ale dodał również, że pamięć wymaga także wspomnienia ukraińskich ofiar działań państwa polskiego przed wojną i podczas wojny. Wystarczyło jedno zdanie. Internet eksplodował. Byli ambasadorowie, politycy, publicyści i zawodowi patrioci mediów społecznościowych rozpoczęli konkurs na najostrzejszy epitet. Padły słowa o „hańbie”, „zdradzie”, „relatywizowaniu ludobójstwa”, jakby dyplomata zamiast przemawiać na cmentarzu właśnie podpisał nowy pakt Ribbentrop–Mołotow.
Radosław Sikorski stanął po stronie swojego dyplomaty. Przypomniał, że chrześcijańskie pojednanie nie polega na zapominaniu o własnych ofiarach, lecz na umiejętności dostrzeżenia cierpienia także po drugiej stronie. Krytyków określił mianem „nacjonalistycznych sekciarzy”, czym – trzeba przyznać – dolał do ognia nie konewkę, lecz całą cysternę benzyny. I oto znowu znaleźliśmy się w miejscu dobrze znanym: zamiast rozmawiać o Wołyniu, zaczęliśmy rozmawiać o tym, kto kogo bardziej obraził.
To zresztą od kilku lat stały element polskiej polityki. Historia przestała być nauczycielką życia. Stała się maczugą. Nie służy już temu, żeby zrozumieć przeszłość, lecz żeby przyłożyć nią przeciwnikowi politycznemu. Im cięższa maczuga, tym większe szanse na kilka godzin popularności w mediach społecznościowych.
Tymczasem prawdziwy świat nie zatrzymał się nawet na chwilę. W Kijowie Wołodymyr Zełenski rozpoczął przebudowę ukraińskiego rządu. Premier Julia Swyrydenko podała się do dymisji, rozpoczynając największą od miesięcy rekonstrukcję gabinetu. Ukraina prowadzi wojnę, negocjuje pomoc wojskową, walczy o utrzymanie zachodniego wsparcia i jednocześnie porządkuje własne państwo. Polityka tam ma dziś wymiar dosłownie egzystencjalny.
A u nas? U nas większe emocje wywołuje plotka, że Donald Tusk może rozwiązać warszawskie struktury własnej partii. W kuluarach Koalicji Obywatelskiej podobno zapanowała atmosfera przypominająca oczekiwanie na wyniki matury połączone z kontrolą skarbową i wizytą teściowej. Jedni liczą głowy, inni stanowiska, jeszcze inni sprawdzają, czy przypadkiem ich telefon nie przestał dzwonić zbyt nagle. Bo w polityce cisza bywa bardziej niebezpieczna niż krzyk.
Świat tymczasem ani myśli czekać, aż Polska skończy kolejną awanturę o interpretację jednego zdania. Historia ma tę irytującą właściwość, że biegnie własnym rytmem, nie oglądając się na nasze telewizyjne studia ani internetowe wojny.
W niedzielę uwagę zwracały wydarzenia, które w normalnym kraju znalazłyby się na czołówkach wszystkich serwisów. W Teheranie coraz wyraźniej widać, że po czerwcowym konflikcie z Izraelem i amerykańskich uderzeniach na irańskie instalacje nuklearne ciężar negocjacji przesunął się z programu atomowego na przyszłość całego reżimu. Irańskie władze próbują odzyskać inicjatywę dyplomatyczną, jednocześnie demonstrując, że mimo strat pozostają graczem, z którym świat musi się liczyć. Bliski Wschód po raz kolejny przypomina, że pokój jest tam raczej krótkim rozejmem niż trwałym stanem.
Kilka tysięcy kilometrów dalej Syria próbuje rozpocząć nowy rozdział swojej historii. Po upadku reżimu Baszara al-Asada zebrało się nowe Zgromadzenie Ludowe. Sam obraz deputowanych w sali parlamentu w Damaszku był symbolem większym niż tysiąc komentarzy politycznych. Kraj, który przez kilkanaście lat kojarzył się wyłącznie z ruinami Aleppo, uchodźcami i wojną domową, próbuje odbudować instytucje państwa. Czy się uda? Nikt rozsądny nie złoży takiej obietnicy. Historia Bliskiego Wschodu nauczyła pokory nawet największych optymistów.
A my? My od rana do wieczora spieramy się, czy dyplomata użył właściwego przymiotnika i czy minister odpowiedział wystarczająco ostro. Być może właśnie dlatego polska polityka coraz częściej przypomina serial, którego scenarzyści dawno zapomnieli, że poza dekoracjami istnieje jeszcze prawdziwy świat.
Nie twierdzę, że pamięć o Wołyniu jest mniej ważna. Przeciwnie. Jest fundamentem naszej pamięci historycznej i nie wolno jej relatywizować ani rozmywać. Ale właśnie dlatego zasługuje na powagę. Tymczasem bardzo często zamieniamy ją w amunicję do bieżącej wojny partyjnej. Wtedy przestaje być pamięcią, a staje się politycznym narzędziem. A narzędzia mają to do siebie, że po użyciu odkłada się je do szuflady aż do następnej okazji.
Patrzyłem w niedzielę na ten osobliwy kontrast i pomyślałem, że Polska jest chyba jedynym krajem, który potrafi jednocześnie żyć w centrum najbardziej niebezpiecznej części Europy i zachowywać się tak, jakby największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa był źle dobrany akapit w przemówieniu ambasadora. Czasem odnoszę wrażenie, że politycy wszystkich stron uwierzyli, iż jeśli będą wystarczająco głośno krzyczeć do siebie, świat za naszymi granicami uprzejmie poczeka.
Niestety, świat nie ma tego w zwyczaju.
Być może właśnie na tym polega największy paradoks współczesnej Polski. Żyjemy w jednym z najbardziej niespokojnych momentów od zakończenia zimnej wojny. Za naszą wschodnią granicą trwa wojna, na Bliskim Wschodzie układa się nowy porządek, Syria próbuje podnieść się z ruin, Iran negocjuje z Ameryką z pozycji państwa, które wciąż potrafi straszyć cały region, a w Kijowie trwa przebudowa rządu w środku największego konfliktu zbrojnego w Europie od 1945 roku.
A my? My z właściwą sobie elegancją i temperamentem potrafimy zamienić jedno przemówienie dyplomaty w narodowy kryzys, plotkę o reorganizacji warszawskiej Koalicji Obywatelskiej w polityczny thriller, a każde mocniejsze słowo ministra w dowód nadchodzącej apokalipsy lub triumfu demokracji. W poniedziałek znajdzie się nowy temat. We wtorek nowy skandal. W środę nowa zdrada. W czwartek nowe oburzenie. I tylko historia, niewzruszona jak stary zegar, będzie odmierzała czas swoim rytmem, nie zwracając najmniejszej uwagi na nasze telewizyjne widowiska.
Nie mam pretensji o to, że się spieramy. Demokracja bez sporów byłaby równie podejrzana jak restauracja bez kuchni. Martwi mnie coś zupełnie innego. Coraz częściej spieramy się o symbole, a coraz rzadziej o państwo. Łatwiej wyprodukować polityczną awanturę niż sensowną strategię wobec Ukrainy. Łatwiej znaleźć winnego jednego zdania niż odpowiedzieć na pytanie, jak będzie wyglądało bezpieczeństwo Polski za pięć albo dziesięć lat. Łatwiej jest wygrać internet niż przygotować kraj na świat, który zmienia się szybciej niż nasze partyjne kalkulacje.
Może więc warto od czasu do czasu podnieść wzrok znad własnego podwórka. Zobaczyć, że historia nie kończy się na granicach Warszawy ani na pasku z wiadomościami w mediach społecznościowych. Że świat właśnie pisze nowy rozdział, podczas gdy my z zapałem poprawiamy przecinki w starym.
Bo można oczywiście całymi dniami kłócić się o to, kto kogo obraził, kto komu odpowiedział zbyt ostro i kto powinien przeprosić. Problem polega na tym, że geopolityka nie czyta Twittera, wojna nie ogląda telewizji informacyjnych, a historia – jak zawsze – wystawi rachunek dopiero wtedy, gdy będzie już za późno na poprawki.
I chyba właśnie dlatego niedziela nie była dniem o jednym przemówieniu na Wołyniu ani o plotkach z warszawskiej polityki. Była dniem, który po raz kolejny przypomniał, że świat pędzi do przodu, podczas gdy my z uporem godnym lepszej sprawy próbujemy wygrać wyścig… na bieżni ustawionej w miejscu.

Dodaj komentarz