
Niedzielny poranek ma tę przewagę nad pozostałymi porankami, że niczego od człowieka nie chce od razu. Poniedziałek wpada do sypialni bez pukania, potrząsa kalendarzem i pyta, dlaczego raport nie jest gotowy. Sobota od rana każe wypoczywać aktywnie, a więc kosić, myć samochód, odwiedzać rodzinę, jechać za miasto, spacerować dla zdrowia i wrzucić zdjęcie, żeby znajomi wiedzieli, iż odpoczynek przebiega zgodnie z harmonogramem.
Niedziela siada natomiast w fotelu, rozluźnia pasek i mówi:
— Spokojnie. Najpierw kawa. Potem zobaczymy, czy w ogóle warto się ubierać.
Mówię to z pozycji człowieka starszego, czyli takiego, który rano nie wstaje już z łóżka, lecz przeprowadza z organizmem negocjacje. Najpierw budzi się świadomość, później pamięć, następnie kolana składają zdania odrębne, a kręgosłup żąda przedstawienia podstawy prawnej całej operacji. Dopiero po kilku minutach wszystkie organy zgadzają się utworzyć koalicję zdolną dojść do łazienki.
Nie nazywam tego niemocą. To dojrzała procedura demokratyczna.
Młody człowiek zrywa się z łóżka. Starszy podnosi się konstytucyjnie, z poszanowaniem praw mniejszości mięśniowych i możliwością skierowania sprawy do ortopedy.
W niedzielę można sobie pozwolić na lenistwo, choć słowo to ma dziś fatalną prasę. Lenistwo zostało zdelegalizowane przez trenerów rozwoju osobistego, producentów zegarków sportowych oraz ludzi, którzy o szóstej rano publikują zdjęcie z biegania. Człowiek współczesny nie może po prostu leżeć. Musi regenerować układ nerwowy. Nie wolno mu drzemać, powinien odbywać sesję mikroodpoczynku. Nie może gapić się przez okno, ponieważ rozsądniej brzmi „praktyka uważnej obserwacji otoczenia”.
Dawniej człowiek siedział na ławce przed domem i nic nie robił. Dzisiaj za to samo musi zapłacić trzy tysiące złotych podczas weekendowego kursu odzyskiwania kontaktu z sobą.
Lenistwo zmieniło nazwę na dobrostan i natychmiast podrożało.
Ja wciąż preferuję wersję tradycyjną. Siadam przy stole, stawiam kawę i patrzę, jak stygnie. Nie wykonuję w tym czasie żadnych ćwiczeń oddechowych, bo oddycham od kilkudziesięciu lat i nie potrzebuję do tego aplikacji. Nie liczę kroków, kalorii ani wdzięczności. Jeśli wdzięczność zaczyna wymagać codziennego wpisu do tabeli, szybko zamienia się w księgowość emocjonalną.
Przede mną leży telefon, w którym świat od bladego świtu domaga się ratunku.
Jarosław Kaczyński spotkał się z Mateuszem Morawieckim. Rozmawiali dwie i pół godziny, a spotkanie nazwano konstruktywnym, choć nie rozstrzygnięto „sprawy zasadniczej”. W polskiej polityce słowo „konstruktywne” oznacza zwykle, że nikt nie wyszedł oknem, meble pozostały na miejscu, a obie strony nadal mają swoich prawników.
Kaczyński i Morawiecki przypominają małżeństwo z długim stażem, które nie może się ani pogodzić, ani rozwieść, ponieważ wspólnie posiada partię, elektorat oraz kilka szaf pełnych rzeczy, których żadne nie chce zabrać. Prezes żąda rozwiązania politycznych stowarzyszeń działających wewnątrz PiS. Morawiecki chciałby zachować stowarzyszenie, wpływy, ludzi, język, ambicje oraz zapewnienie, że oczywiście pozostaje lojalny.
Jest to lojalność w nowoczesnym wydaniu: człowiek stoi w drzwiach z walizką i tłumaczy, że nigdzie się nie wybiera, lecz chce być przygotowany na różne scenariusze.
Od kilku dni komentatorzy rozważają, czy nastąpi rozłam. Znam ten rodzaj oczekiwania. Przypomina obserwowanie starej szafy podczas przeprowadzki. Wszyscy wiedzą, że zaraz się rozpadnie, ale wciąż znajduje się ktoś, kto mówi:
— Spokojnie, mój szwagier ją wynosił w 1998 roku i była solidna.
PiS pozostaje partią bardzo aktywną w dziedzinie zapobiegania własnej przyszłości. Jej młodsi politycy chcą się rozwijać, ale w taki sposób, żeby prezes tego nie zauważył. Zakładają stowarzyszenia, organizują spotkania, budują środowiska i mówią własnym głosem, po czym zapewniają, że wszystkie te przejawy samodzielności wynikają z głębokiego przywiązania do jednoosobowego kierownictwa.
To jak prowadzenie tajnej hodowli słonia w kawalerce. Przez pewien czas można tłumaczyć hałas remontem, ale w końcu trąba wychodzi przez balkon.
Prezes czuje, że coś się dzieje. Morawiecki czuje, że jego czas się zbliża. Przemysław Czarnek czuje wszystko jednocześnie i chętnie wyjaśnia to przed kamerą. Konfederacja siedzi obok z popcornem, choć oficjalnie zapewne kupiłaby go bez VAT, akcyzy oraz opresyjnej ingerencji państwa w ilość soli.
Czy ta opowieść mnie jeszcze interesuje? Owszem, w podobnym stopniu jak powtórka serialu, którego bohaterowie od piętnastu sezonów rozwodzą się podczas uroczystej kolacji, ale następnego ranka znów wspólnie jedzą jajecznicę.
Nuda polityczna nie polega na tym, że nic się nie dzieje. Przeciwnie: dzieje się bez przerwy i niemal zawsze to samo. Ktoś odchodzi, lecz zostaje. Ktoś stawia ultimatum, ale daje czas do namysłu. Ktoś przegrywa, po czym ogłasza moralne zwycięstwo. Ktoś zostaje wyrzucony, lecz dowiadujemy się, że sam od dawna rozważał odejście.
Polityka jest dziedziną, w której drzwi trzaskają przez całą dobę, ale liczba osób w pomieszczeniu się nie zmienia.
Prezydent Karol Nawrocki ponownie chce referendum w sprawie unijnej polityki klimatycznej. Pierwszy wniosek nie przeszedł, więc prezydent zamierza złożyć następny, zapewne oparty na tej samej zasadzie, na której człowiek ponownie naciska niedziałający przycisk windy. Nie przyjdzie szybciej, ale można przynajmniej poczuć, że się walczy.
Samo referendum będzie oczywiście wielkim świętem demokracji. Obywatel otrzyma kartę i pytanie dotyczące polityki klimatycznej, a więc mieszanki energetyki, przemysłu, transportu, bezpieczeństwa, kosztów społecznych, konkurencyjności, technologii oraz zobowiązań międzynarodowych. Ma ją rozstrzygnąć krzyżykiem, najlepiej pomiędzy zakupami a obiadem.
To trochę tak, jakby zapytać pasażerów samolotu:
„Czy jesteś za dalszym funkcjonowaniem grawitacji, uwzględniając jej negatywny wpływ na ceny paliwa i polską suwerenność?”.
Nikt nie lubi wysokich rachunków, nikt nie chce zamykania zakładów pracy, każdy chce czystego powietrza, taniej energii i bezpieczeństwa. Polityka zaczyna się dokładnie w miejscu, w którym okazuje się, że nie da się otrzymać wszystkiego naraz. Referendum może natomiast stworzyć błogą iluzję, że wystarczy właściwie zakreślić kratkę, a elektrownia atomowa wyrośnie do wtorku, węgiel przestanie emitować, wiatr zacznie wiać zgodnie z zapotrzebowaniem, a Bruksela przyśle przeprosiny wraz z korektą rachunku.
To nie jest lenistwo. Lenistwo bywa niewinne. To niemoc przebrana za aktywność.
Polska polityka kocha gesty, ponieważ gest jest tańszy od rozwiązania i znacznie lepiej wychodzi na zdjęciu. Można powołać zespół, zorganizować okrągły stół, zapowiedzieć referendum, przeprowadzić konsultacje, napisać strategię oraz przedstawić mapę drogową. Po dwóch latach okaże się, że mapa prowadziła do następnej konferencji.
Władza niemocna nie siedzi bezczynnie. Przeciwnie, porusza się niezwykle energicznie, tylko zawsze wokół własnej osi. Jest jak pies goniący ogon: dużo dynamiki, dobra kondycja i żadnej potrzeby wyznaczania celu podróży.
Rząd też nie jest wolny od tej przypadłości. Donald Tusk ma tę przewagę nad wieloma politykami, że rozumie rzeczywistość, szybko ją opisuje i na ogół wie, gdzie znajduje się problem. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy problem po wysłuchaniu świetnej diagnozy nadal siedzi w poczekalni.
W ochronie zdrowia od lat brakuje pieniędzy, lekarzy, pielęgniarek, terminów i spójności. Nie brakuje tylko programów naprawczych. Gdyby dało się leczyć strategiami, Polska byłaby sanatorium Europy.
Pacjent natomiast czeka. Najpierw na połączenie z rejestracją, potem na termin, później na lekarza, następnie na badanie i na końcu na wynik. System troszczy się dzięki temu o jego spokój: człowiek tak długo czeka na pomoc, że pierwotne objawy ustępują miejsca całkiem nowym.
Polska niemoc ma bowiem eleganckie maniery. Nigdy nie mówi obywatelowi „nie”. Mówi:
— Oczywiście. Proszę przyjść w marcu 2029 roku.
Nuda polityczna byłaby zabawna, gdyby jej skutki nie spadały na ludzi, którzy nie mają immunitetu, rzecznika prasowego ani samochodu służbowego. Polityk może przez pół roku debatować nad kryzysem mieszkaniowym. Młody człowiek w tym czasie płaci czynsz. Minister może analizować kolejkę do szpitala. Chory stoi w niej fizycznie. Poseł może rozważać sytuację na granicy w telewizyjnym studiu, ale marznie ktoś inny.
Tu nuda przestaje być nudą. Zaczyna boleć.
Nocą Rosja przeprowadziła jeden z najpotężniejszych ataków balistycznych na Kijów od początku pełnoskalowej wojny. Dziesiątki pocisków spadły na miasto, są zabici, ranni, pożary i zniszczone budynki. Człowiek czyta tę wiadomość w niedzielę, odkłada filiżankę i przez chwilę nie wie, co zrobić z własnym spokojem.
W Warszawie denerwujemy się, że sąsiad wierci przed południem. W Kijowie ludzie rozpoznają po dźwięku, jaki pocisk leci nad miastem.
To perspektywa, której nie należy używać do unieważniania naszych problemów. Nie wolno mówić komuś z depresją, długiem czy chorobą, że gdzie indziej spadają rakiety, więc ma się cieszyć. Cudze nieszczęście nie jest lekarstwem na nasze. Przypomina jednak, że istnieje różnica między lenistwem, niemocą i przemocą.
Lenistwo odkłada pracę. Niemoc nie potrafi jej wykonać. Przemoc niszczy to, co wykonali inni.
Putin nie jest nudny dlatego, że nic nowego nie wymyśla. Jest przerażająco monotonny, ponieważ od lat wysyła ten sam komunikat przy pomocy coraz większej liczby rakiet: silniejszy może zniszczyć słabszego, a prawdę da się zasypać gruzem. W tej monotonii nie ma spokoju. Jest taśma produkcyjna śmierci.
Na Bliskim Wschodzie Stany Zjednoczone znów uderzyły w cele związane z Iranem po śmierci amerykańskich żołnierzy. Iran odpowiada, sąsiedzi ostrzegają, cieśnina Ormuz ponownie staje się geograficzną nazwą oznaczającą, że wkrótce podrożeje paliwo.
Donald Trump prowadzi politykę jak człowiek próbujący naprawić zegarek młotkiem. Czasem rzeczywiście coś zaczyna się poruszać, tyle że nie zawsze są to wskazówki. Prezydent USA najpierw grozi, potem ogłasza sukces, później wprowadza sankcje, następnie znów grozi i podkreśla, że jako jedyny może zakończyć konflikt, który właśnie wszedł na wyższe piętro.
Światowa dyplomacja stała się ostatnio podobna do kłótni na parkingu. Każdy ma kamerę, każdy krzyczy, że drugi zaczął, a gdzieś z boku dziecko pyta, czy możemy już jechać do domu.
Nawet mundial kończy się dziś widowiskiem tak ogromnym, jakby sam futbol nie wystarczał. Mecz, gwiazdy estrady, ceremonia, show w przerwie, światła, reklamy i miliardy spojrzeń. Człowiek nie może już obejrzeć piłki. Musi uczestniczyć w globalnym doświadczeniu multimedialnym, podczas którego przez przypadek ktoś kopie futbolówkę.
Dawniej finał mistrzostw świata miał dwie drużyny, sędziego i komentatora, który przez dziewięćdziesiąt minut nie próbował sprzedać widzowi zakładów, suplementu ani pakietu internetu. Telewizor był mniejszy, obraz gorszy, ale człowiek widział więcej, bo nikt nie zasłaniał meczu produktem partnerskim.
Może właśnie dlatego jesteśmy zmęczeni. Nie z braku wydarzeń, lecz z ich nadmiaru. Każda minuta chce zostać przełomowa. Każdy komunikat jest pilny. Każdy polityk staje przed historycznym wyborem, każda konferencja rozpoczyna nową epokę, a każdy sondaż zmienia układ sił przynajmniej do następnego sondażu, który ukaże się po obiedzie.
Nuda nie powstaje wyłącznie wtedy, gdy nic się nie dzieje. Czasem rodzi się wtedy, gdy wszystko krzyczy jednocześnie.
Starszy człowiek zna ten mechanizm. Widział już wielkie otwarcia, nowe rozdania, przyspieszenia, drugie etapy, trzecie drogi i sto dni, które miały odmienić państwo. Przeżył reformy ostateczne, systemy docelowe i rozwiązania przejściowe, które dożyły emerytury. Oglądał polityków niezastąpionych, a później próbował sobie przypomnieć ich nazwiska.
Wiek nie daje mądrości automatycznie. Gdyby dawał, Senat byłby akademią platońską. Pozwala jednak zauważyć, że większość rzeczy reklamowanych jako bezprecedensowe ma już zużyte obicie i metkę z poprzedniej epoki.
Dlatego dzisiaj ogłaszam prawo do niedzielnego lenistwa.
Nie lenistwa obywatelskiego, które polega na tym, że nie czytamy, nie głosujemy i pozwalamy pierwszemu krzykaczowi umeblować nam państwo. Nie lenistwa moralnego, które mówi, że skoro świat jest skomplikowany, nie sposób odróżnić ofiary od sprawcy, prawdy od kłamstwa ani przyzwoitości od świństwa. I nie lenistwa władzy, która nazywa brak decyzji rozwagą.
Chodzi mi o lenistwo ludzkie, uczciwe i niedzielne.
O godzinę bez powiadomień. O kawę wypitą, zanim zdąży wystygnąć. O gazetę czytaną bez przymusu natychmiastowego zajęcia stanowiska. O siedzenie w fotelu bez opaski mierzącej efektywność siedzenia. O zgodę na to, że człowiek nie musi przez cały czas produkować, reagować, komentować i udowadniać światu, że właściwie wykorzystuje życie.
Można nic nie robić i nie być nikomu winnym raportu.
Jest to pogląd rewolucyjny. Gospodarka opiera się przecież na przekonaniu, że każdą pustą chwilę należy czymś zapełnić, najlepiej usługą abonamentową. Polityka sądzi, że każdą ciszę trzeba zagadać. Internet uważa, że jeśli przez pięć minut niczego nie opublikowaliśmy, mogliśmy umrzeć albo — co gorsza — stracić zasięg.
A przecież cisza nie jest niemocą. Odpoczynek nie jest kapitulacją. Nuda może być nawet higieniczna, jeśli nie wypełnia jej strach. Człowiek, który przez chwilę niczego nie robi, może wreszcie zauważyć, co robi bez sensu.
Państwo też powinno czasem usiąść i pomyśleć, zamiast produkować kolejne ustawy, które trzeba będzie poprawiać przed wejściem w życie. Partia mogłaby przez jeden dzień nie ogłaszać jedności. Prezydent mógłby nie składać następnego wniosku, zanim przeczyta odpowiedź na poprzedni. Posłowie mogliby nie ratować narodu przed zagrożeniem wymyślonym rano przez partyjnego specjalistę od mediów społecznościowych.
Donald Trump mógłby nie grozić nikomu przez kwadrans.
To ostatnie jest już oczywiście utopią, lecz niedziela sprzyja wierze w cuda.
Po latach wiem, że człowieka nie niszczy samo lenistwo. Czasem ratuje go przed głupotą popełnioną w nadmiarze zapału. Najwięcej szkód w historii nie wyrządzili ludzie leżący po obiedzie na kanapie, lecz ci, którzy wstawali bladym świtem z gotowym planem urządzenia życia pozostałym.
Nie każdy brak ruchu jest słabością. Kamień leży od tysiącleci i nikt nie organizuje mu szkolenia motywacyjnego. Drzewo nie prowadzi profilu zawodowego. Kot przesypia większość doby, a mimo to zdołał przekonać ludzkość, żeby go karmiła, fotografowała i podziwiała. Gdyby człowiek osiągnął połowę tej skuteczności, pracowałby dwa dni w tygodniu i miał własny pomnik w centrum miasta.
Najbardziej boję się nie nudy i nie lenistwa. Boję się niemocy, która wkłada garnitur aktywności, zwołuje konferencję i zapewnia, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Nuda mówi: „Nie mam co robić”. Lenistwo mówi: „Nie chce mi się”. Niemoc mówi: „Robimy wszystko, co możliwe”, po czym prosi o cierpliwość. A cierpliwość obywatela jest surowcem odnawialnym tylko w teorii.
Na razie jednak jest niedziela. Świat płonie w kilku miejscach, politycy ustawiają się do następnego zdjęcia, prezes rozważa, kogo wyrzucić dla zachowania jedności, prezydent szykuje kolejne pytanie do narodu, a finał mundialu przygotowuje widowisko większe od samego meczu.
Ja dolewam kawy.
Nie dlatego, że skapitulowałem. Po prostu doszedłem do wieku, w którym wiem, że świata nie należy naprawiać przed śniadaniem. Człowiek głodny jest radykalny, niewyspany autorytarny, a pozbawiony kawy gotów poprzeć każdy program przewidujący natychmiastowe dostawy kofeiny.
Posiedzę więc jeszcze chwilę. Popatrzę przez okno. Pozwolę myślom nie dochodzić do żadnych wniosków.
W poniedziałek znów ruszy wielka narodowa fabryka aktywności pozornej. Komisje zbiorą się, partie zjednoczą przez podział, eksperci przewidzą nieprzewidywalne, a politycy podejmą zdecydowane działania zmierzające do dalszego rozważania możliwości podjęcia decyzji.
Dziś mam ważniejsze zajęcie. Nic nie robię. I w odróżnieniu od wielu instytucji państwowych przynajmniej nie udaję, że to reforma.

Dodaj komentarz