NIEDZIELA, CZYLI DZIEŃ, W KTÓRYM NAWET NIEMOC ODKŁADA ROBOTĘ NA PONIEDZIAŁEK

Warszawa

Niedzielny poranek ma tę przewagę nad pozostałymi porankami, że niczego od człowieka nie chce od razu. Poniedziałek wpada do sypialni bez pukania, potrząsa kalendarzem i pyta, dlaczego raport nie jest gotowy. Sobota od rana każe wypoczywać aktywnie, a więc kosić, myć samochód, odwiedzać rodzinę, jechać za miasto, spacerować dla zdrowia i wrzucić zdjęcie, żeby znajomi wiedzieli, iż odpoczynek przebiega zgodnie z harmonogramem.

Niedziela siada natomiast w fotelu, rozluźnia pasek i mówi:

— Spokojnie. Najpierw kawa. Potem zobaczymy, czy w ogóle warto się ubierać.

Mówię to z pozycji człowieka starszego, czyli takiego, który rano nie wstaje już z łóżka, lecz przeprowadza z organizmem negocjacje. Najpierw budzi się świadomość, później pamięć, następnie kolana składają zdania odrębne, a kręgosłup żąda przedstawienia podstawy prawnej całej operacji. Dopiero po kilku minutach wszystkie organy zgadzają się utworzyć koalicję zdolną dojść do łazienki.

Nie nazywam tego niemocą. To dojrzała procedura demokratyczna.

Młody człowiek zrywa się z łóżka. Starszy podnosi się konstytucyjnie, z poszanowaniem praw mniejszości mięśniowych i możliwością skierowania sprawy do ortopedy.

W niedzielę można sobie pozwolić na lenistwo, choć słowo to ma dziś fatalną prasę. Lenistwo zostało zdelegalizowane przez trenerów rozwoju osobistego, producentów zegarków sportowych oraz ludzi, którzy o szóstej rano publikują zdjęcie z biegania. Człowiek współczesny nie może po prostu leżeć. Musi regenerować układ nerwowy. Nie wolno mu drzemać, powinien odbywać sesję mikroodpoczynku. Nie może gapić się przez okno, ponieważ rozsądniej brzmi „praktyka uważnej obserwacji otoczenia”.

Dawniej człowiek siedział na ławce przed domem i nic nie robił. Dzisiaj za to samo musi zapłacić trzy tysiące złotych podczas weekendowego kursu odzyskiwania kontaktu z sobą.

Lenistwo zmieniło nazwę na dobrostan i natychmiast podrożało.

Ja wciąż preferuję wersję tradycyjną. Siadam przy stole, stawiam kawę i patrzę, jak stygnie. Nie wykonuję w tym czasie żadnych ćwiczeń oddechowych, bo oddycham od kilkudziesięciu lat i nie potrzebuję do tego aplikacji. Nie liczę kroków, kalorii ani wdzięczności. Jeśli wdzięczność zaczyna wymagać codziennego wpisu do tabeli, szybko zamienia się w księgowość emocjonalną.

Przede mną leży telefon, w którym świat od bladego świtu domaga się ratunku.

Jarosław Kaczyński spotkał się z Mateuszem Morawieckim. Rozmawiali dwie i pół godziny, a spotkanie nazwano konstruktywnym, choć nie rozstrzygnięto „sprawy zasadniczej”. W polskiej polityce słowo „konstruktywne” oznacza zwykle, że nikt nie wyszedł oknem, meble pozostały na miejscu, a obie strony nadal mają swoich prawników.

Kaczyński i Morawiecki przypominają małżeństwo z długim stażem, które nie może się ani pogodzić, ani rozwieść, ponieważ wspólnie posiada partię, elektorat oraz kilka szaf pełnych rzeczy, których żadne nie chce zabrać. Prezes żąda rozwiązania politycznych stowarzyszeń działających wewnątrz PiS. Morawiecki chciałby zachować stowarzyszenie, wpływy, ludzi, język, ambicje oraz zapewnienie, że oczywiście pozostaje lojalny.

Jest to lojalność w nowoczesnym wydaniu: człowiek stoi w drzwiach z walizką i tłumaczy, że nigdzie się nie wybiera, lecz chce być przygotowany na różne scenariusze.

Od kilku dni komentatorzy rozważają, czy nastąpi rozłam. Znam ten rodzaj oczekiwania. Przypomina obserwowanie starej szafy podczas przeprowadzki. Wszyscy wiedzą, że zaraz się rozpadnie, ale wciąż znajduje się ktoś, kto mówi:

— Spokojnie, mój szwagier ją wynosił w 1998 roku i była solidna.

PiS pozostaje partią bardzo aktywną w dziedzinie zapobiegania własnej przyszłości. Jej młodsi politycy chcą się rozwijać, ale w taki sposób, żeby prezes tego nie zauważył. Zakładają stowarzyszenia, organizują spotkania, budują środowiska i mówią własnym głosem, po czym zapewniają, że wszystkie te przejawy samodzielności wynikają z głębokiego przywiązania do jednoosobowego kierownictwa.

To jak prowadzenie tajnej hodowli słonia w kawalerce. Przez pewien czas można tłumaczyć hałas remontem, ale w końcu trąba wychodzi przez balkon.

Prezes czuje, że coś się dzieje. Morawiecki czuje, że jego czas się zbliża. Przemysław Czarnek czuje wszystko jednocześnie i chętnie wyjaśnia to przed kamerą. Konfederacja siedzi obok z popcornem, choć oficjalnie zapewne kupiłaby go bez VAT, akcyzy oraz opresyjnej ingerencji państwa w ilość soli.

Czy ta opowieść mnie jeszcze interesuje? Owszem, w podobnym stopniu jak powtórka serialu, którego bohaterowie od piętnastu sezonów rozwodzą się podczas uroczystej kolacji, ale następnego ranka znów wspólnie jedzą jajecznicę.

Nuda polityczna nie polega na tym, że nic się nie dzieje. Przeciwnie: dzieje się bez przerwy i niemal zawsze to samo. Ktoś odchodzi, lecz zostaje. Ktoś stawia ultimatum, ale daje czas do namysłu. Ktoś przegrywa, po czym ogłasza moralne zwycięstwo. Ktoś zostaje wyrzucony, lecz dowiadujemy się, że sam od dawna rozważał odejście.

Polityka jest dziedziną, w której drzwi trzaskają przez całą dobę, ale liczba osób w pomieszczeniu się nie zmienia.

Prezydent Karol Nawrocki ponownie chce referendum w sprawie unijnej polityki klimatycznej. Pierwszy wniosek nie przeszedł, więc prezydent zamierza złożyć następny, zapewne oparty na tej samej zasadzie, na której człowiek ponownie naciska niedziałający przycisk windy. Nie przyjdzie szybciej, ale można przynajmniej poczuć, że się walczy.

Samo referendum będzie oczywiście wielkim świętem demokracji. Obywatel otrzyma kartę i pytanie dotyczące polityki klimatycznej, a więc mieszanki energetyki, przemysłu, transportu, bezpieczeństwa, kosztów społecznych, konkurencyjności, technologii oraz zobowiązań międzynarodowych. Ma ją rozstrzygnąć krzyżykiem, najlepiej pomiędzy zakupami a obiadem.

To trochę tak, jakby zapytać pasażerów samolotu:

„Czy jesteś za dalszym funkcjonowaniem grawitacji, uwzględniając jej negatywny wpływ na ceny paliwa i polską suwerenność?”.

Nikt nie lubi wysokich rachunków, nikt nie chce zamykania zakładów pracy, każdy chce czystego powietrza, taniej energii i bezpieczeństwa. Polityka zaczyna się dokładnie w miejscu, w którym okazuje się, że nie da się otrzymać wszystkiego naraz. Referendum może natomiast stworzyć błogą iluzję, że wystarczy właściwie zakreślić kratkę, a elektrownia atomowa wyrośnie do wtorku, węgiel przestanie emitować, wiatr zacznie wiać zgodnie z zapotrzebowaniem, a Bruksela przyśle przeprosiny wraz z korektą rachunku.

To nie jest lenistwo. Lenistwo bywa niewinne. To niemoc przebrana za aktywność.

Polska polityka kocha gesty, ponieważ gest jest tańszy od rozwiązania i znacznie lepiej wychodzi na zdjęciu. Można powołać zespół, zorganizować okrągły stół, zapowiedzieć referendum, przeprowadzić konsultacje, napisać strategię oraz przedstawić mapę drogową. Po dwóch latach okaże się, że mapa prowadziła do następnej konferencji.

Władza niemocna nie siedzi bezczynnie. Przeciwnie, porusza się niezwykle energicznie, tylko zawsze wokół własnej osi. Jest jak pies goniący ogon: dużo dynamiki, dobra kondycja i żadnej potrzeby wyznaczania celu podróży.

Rząd też nie jest wolny od tej przypadłości. Donald Tusk ma tę przewagę nad wieloma politykami, że rozumie rzeczywistość, szybko ją opisuje i na ogół wie, gdzie znajduje się problem. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy problem po wysłuchaniu świetnej diagnozy nadal siedzi w poczekalni.

W ochronie zdrowia od lat brakuje pieniędzy, lekarzy, pielęgniarek, terminów i spójności. Nie brakuje tylko programów naprawczych. Gdyby dało się leczyć strategiami, Polska byłaby sanatorium Europy.

Pacjent natomiast czeka. Najpierw na połączenie z rejestracją, potem na termin, później na lekarza, następnie na badanie i na końcu na wynik. System troszczy się dzięki temu o jego spokój: człowiek tak długo czeka na pomoc, że pierwotne objawy ustępują miejsca całkiem nowym.

Polska niemoc ma bowiem eleganckie maniery. Nigdy nie mówi obywatelowi „nie”. Mówi:

— Oczywiście. Proszę przyjść w marcu 2029 roku.

Nuda polityczna byłaby zabawna, gdyby jej skutki nie spadały na ludzi, którzy nie mają immunitetu, rzecznika prasowego ani samochodu służbowego. Polityk może przez pół roku debatować nad kryzysem mieszkaniowym. Młody człowiek w tym czasie płaci czynsz. Minister może analizować kolejkę do szpitala. Chory stoi w niej fizycznie. Poseł może rozważać sytuację na granicy w telewizyjnym studiu, ale marznie ktoś inny.

Tu nuda przestaje być nudą. Zaczyna boleć.

Nocą Rosja przeprowadziła jeden z najpotężniejszych ataków balistycznych na Kijów od początku pełnoskalowej wojny. Dziesiątki pocisków spadły na miasto, są zabici, ranni, pożary i zniszczone budynki. Człowiek czyta tę wiadomość w niedzielę, odkłada filiżankę i przez chwilę nie wie, co zrobić z własnym spokojem.

W Warszawie denerwujemy się, że sąsiad wierci przed południem. W Kijowie ludzie rozpoznają po dźwięku, jaki pocisk leci nad miastem.

To perspektywa, której nie należy używać do unieważniania naszych problemów. Nie wolno mówić komuś z depresją, długiem czy chorobą, że gdzie indziej spadają rakiety, więc ma się cieszyć. Cudze nieszczęście nie jest lekarstwem na nasze. Przypomina jednak, że istnieje różnica między lenistwem, niemocą i przemocą.

Lenistwo odkłada pracę. Niemoc nie potrafi jej wykonać. Przemoc niszczy to, co wykonali inni.

Putin nie jest nudny dlatego, że nic nowego nie wymyśla. Jest przerażająco monotonny, ponieważ od lat wysyła ten sam komunikat przy pomocy coraz większej liczby rakiet: silniejszy może zniszczyć słabszego, a prawdę da się zasypać gruzem. W tej monotonii nie ma spokoju. Jest taśma produkcyjna śmierci.

Na Bliskim Wschodzie Stany Zjednoczone znów uderzyły w cele związane z Iranem po śmierci amerykańskich żołnierzy. Iran odpowiada, sąsiedzi ostrzegają, cieśnina Ormuz ponownie staje się geograficzną nazwą oznaczającą, że wkrótce podrożeje paliwo.

Donald Trump prowadzi politykę jak człowiek próbujący naprawić zegarek młotkiem. Czasem rzeczywiście coś zaczyna się poruszać, tyle że nie zawsze są to wskazówki. Prezydent USA najpierw grozi, potem ogłasza sukces, później wprowadza sankcje, następnie znów grozi i podkreśla, że jako jedyny może zakończyć konflikt, który właśnie wszedł na wyższe piętro.

Światowa dyplomacja stała się ostatnio podobna do kłótni na parkingu. Każdy ma kamerę, każdy krzyczy, że drugi zaczął, a gdzieś z boku dziecko pyta, czy możemy już jechać do domu.

Nawet mundial kończy się dziś widowiskiem tak ogromnym, jakby sam futbol nie wystarczał. Mecz, gwiazdy estrady, ceremonia, show w przerwie, światła, reklamy i miliardy spojrzeń. Człowiek nie może już obejrzeć piłki. Musi uczestniczyć w globalnym doświadczeniu multimedialnym, podczas którego przez przypadek ktoś kopie futbolówkę.

Dawniej finał mistrzostw świata miał dwie drużyny, sędziego i komentatora, który przez dziewięćdziesiąt minut nie próbował sprzedać widzowi zakładów, suplementu ani pakietu internetu. Telewizor był mniejszy, obraz gorszy, ale człowiek widział więcej, bo nikt nie zasłaniał meczu produktem partnerskim.

Może właśnie dlatego jesteśmy zmęczeni. Nie z braku wydarzeń, lecz z ich nadmiaru. Każda minuta chce zostać przełomowa. Każdy komunikat jest pilny. Każdy polityk staje przed historycznym wyborem, każda konferencja rozpoczyna nową epokę, a każdy sondaż zmienia układ sił przynajmniej do następnego sondażu, który ukaże się po obiedzie.

Nuda nie powstaje wyłącznie wtedy, gdy nic się nie dzieje. Czasem rodzi się wtedy, gdy wszystko krzyczy jednocześnie.

Starszy człowiek zna ten mechanizm. Widział już wielkie otwarcia, nowe rozdania, przyspieszenia, drugie etapy, trzecie drogi i sto dni, które miały odmienić państwo. Przeżył reformy ostateczne, systemy docelowe i rozwiązania przejściowe, które dożyły emerytury. Oglądał polityków niezastąpionych, a później próbował sobie przypomnieć ich nazwiska.

Wiek nie daje mądrości automatycznie. Gdyby dawał, Senat byłby akademią platońską. Pozwala jednak zauważyć, że większość rzeczy reklamowanych jako bezprecedensowe ma już zużyte obicie i metkę z poprzedniej epoki.

Dlatego dzisiaj ogłaszam prawo do niedzielnego lenistwa.

Nie lenistwa obywatelskiego, które polega na tym, że nie czytamy, nie głosujemy i pozwalamy pierwszemu krzykaczowi umeblować nam państwo. Nie lenistwa moralnego, które mówi, że skoro świat jest skomplikowany, nie sposób odróżnić ofiary od sprawcy, prawdy od kłamstwa ani przyzwoitości od świństwa. I nie lenistwa władzy, która nazywa brak decyzji rozwagą.

Chodzi mi o lenistwo ludzkie, uczciwe i niedzielne.

O godzinę bez powiadomień. O kawę wypitą, zanim zdąży wystygnąć. O gazetę czytaną bez przymusu natychmiastowego zajęcia stanowiska. O siedzenie w fotelu bez opaski mierzącej efektywność siedzenia. O zgodę na to, że człowiek nie musi przez cały czas produkować, reagować, komentować i udowadniać światu, że właściwie wykorzystuje życie.

Można nic nie robić i nie być nikomu winnym raportu.

Jest to pogląd rewolucyjny. Gospodarka opiera się przecież na przekonaniu, że każdą pustą chwilę należy czymś zapełnić, najlepiej usługą abonamentową. Polityka sądzi, że każdą ciszę trzeba zagadać. Internet uważa, że jeśli przez pięć minut niczego nie opublikowaliśmy, mogliśmy umrzeć albo — co gorsza — stracić zasięg.

A przecież cisza nie jest niemocą. Odpoczynek nie jest kapitulacją. Nuda może być nawet higieniczna, jeśli nie wypełnia jej strach. Człowiek, który przez chwilę niczego nie robi, może wreszcie zauważyć, co robi bez sensu.

Państwo też powinno czasem usiąść i pomyśleć, zamiast produkować kolejne ustawy, które trzeba będzie poprawiać przed wejściem w życie. Partia mogłaby przez jeden dzień nie ogłaszać jedności. Prezydent mógłby nie składać następnego wniosku, zanim przeczyta odpowiedź na poprzedni. Posłowie mogliby nie ratować narodu przed zagrożeniem wymyślonym rano przez partyjnego specjalistę od mediów społecznościowych.

Donald Trump mógłby nie grozić nikomu przez kwadrans.

To ostatnie jest już oczywiście utopią, lecz niedziela sprzyja wierze w cuda.

Po latach wiem, że człowieka nie niszczy samo lenistwo. Czasem ratuje go przed głupotą popełnioną w nadmiarze zapału. Najwięcej szkód w historii nie wyrządzili ludzie leżący po obiedzie na kanapie, lecz ci, którzy wstawali bladym świtem z gotowym planem urządzenia życia pozostałym.

Nie każdy brak ruchu jest słabością. Kamień leży od tysiącleci i nikt nie organizuje mu szkolenia motywacyjnego. Drzewo nie prowadzi profilu zawodowego. Kot przesypia większość doby, a mimo to zdołał przekonać ludzkość, żeby go karmiła, fotografowała i podziwiała. Gdyby człowiek osiągnął połowę tej skuteczności, pracowałby dwa dni w tygodniu i miał własny pomnik w centrum miasta.

Najbardziej boję się nie nudy i nie lenistwa. Boję się niemocy, która wkłada garnitur aktywności, zwołuje konferencję i zapewnia, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Nuda mówi: „Nie mam co robić”. Lenistwo mówi: „Nie chce mi się”. Niemoc mówi: „Robimy wszystko, co możliwe”, po czym prosi o cierpliwość. A cierpliwość obywatela jest surowcem odnawialnym tylko w teorii.

Na razie jednak jest niedziela. Świat płonie w kilku miejscach, politycy ustawiają się do następnego zdjęcia, prezes rozważa, kogo wyrzucić dla zachowania jedności, prezydent szykuje kolejne pytanie do narodu, a finał mundialu przygotowuje widowisko większe od samego meczu.

Ja dolewam kawy.

Nie dlatego, że skapitulowałem. Po prostu doszedłem do wieku, w którym wiem, że świata nie należy naprawiać przed śniadaniem. Człowiek głodny jest radykalny, niewyspany autorytarny, a pozbawiony kawy gotów poprzeć każdy program przewidujący natychmiastowe dostawy kofeiny.

Posiedzę więc jeszcze chwilę. Popatrzę przez okno. Pozwolę myślom nie dochodzić do żadnych wniosków.

W poniedziałek znów ruszy wielka narodowa fabryka aktywności pozornej. Komisje zbiorą się, partie zjednoczą przez podział, eksperci przewidzą nieprzewidywalne, a politycy podejmą zdecydowane działania zmierzające do dalszego rozważania możliwości podjęcia decyzji.

Dziś mam ważniejsze zajęcie. Nic nie robię. I w odróżnieniu od wielu instytucji państwowych przynajmniej nie udaję, że to reforma.


  1. KRZYSZOF BIELEJEWSKI

    SUNDAY, THE DAY EVEN POWERLESSNESS PUTS OFF WORK UNTIL MONDAY

    Sunday morning has one advantage over every other morning: it does not demand anything from you straight away. Monday barges into the bedroom without knocking, shakes a calendar in your face and asks why the report is not ready. Saturday orders you to relax actively, which means mowing the lawn, washing the car, visiting relatives, driving into the countryside, taking a health-giving walk and posting a photograph so that your friends know your leisure is proceeding according to schedule.

    Sunday, by contrast, settles into an armchair, loosens its belt and says:

    “Take it easy. Coffee first. Then we’ll decide whether getting dressed is worth the effort.”

    I say this as an older man, which means someone who no longer gets out of bed in the morning but conducts negotiations with his own body. Consciousness wakes first, followed by memory; then the knees submit dissenting opinions, while the spine demands to see the legal basis for the entire operation. Only after several minutes do all the organs agree to form a coalition capable of reaching the bathroom.

    I do not call this infirmity. It is mature democratic procedure.

    A young man leaps out of bed. An older man rises constitutionally, with due respect for muscular minorities and the option of referring the matter to an orthopaedic specialist.

    On Sundays one may indulge in laziness, although the word has had dreadful press lately. Laziness has been outlawed by personal-development coaches, sports-watch manufacturers and people who post photographs of themselves running at six in the morning. Modern man is no longer allowed simply to lie down. He must regenerate his nervous system. He may not take a nap; he should undertake a micro-rest session. He cannot stare out of the window, because “practising mindful observation of one’s surroundings” sounds far more respectable.

    Once upon a time, a man sat on a bench outside his house and did nothing. Today he must pay three thousand złoty to do exactly the same thing during a weekend course in reconnecting with himself.

    Laziness changed its name to wellbeing and immediately became more expensive.

    I still prefer the traditional version. I sit at the table, put down my coffee and watch it grow cold. I perform no breathing exercises, because I have been breathing for several decades and do not require an app to help me. I count neither steps nor calories nor blessings. Once gratitude requires a daily entry in a spreadsheet, it rapidly turns into emotional bookkeeping.

    In front of me lies a telephone in which the world has been demanding rescue since the crack of dawn.

    Jarosław Kaczyński has met Mateusz Morawiecki. They spoke for two and a half hours, and the meeting was described as constructive, although the “fundamental issue” remained unresolved. In Polish politics, the word “constructive” usually means that no one climbed out of a window, the furniture remained intact and both sides still retain legal counsel.

    Kaczyński and Morawiecki resemble a long-married couple who can neither reconcile nor divorce because they jointly own a political party, an electorate and several wardrobes full of things neither wishes to take away. The chairman demands the dissolution of political associations operating within Law and Justice. Morawiecki would like to retain his association, his influence, his people, his language, his ambitions and his insistence that he remains, of course, entirely loyal.

    This is loyalty in its modern form: a man stands in the doorway holding a suitcase and explains that he is not going anywhere, but merely wishes to be prepared for various scenarios.

    For several days, commentators have been wondering whether the party will split. I know this kind of anticipation. It resembles watching an old wardrobe during a house move. Everyone knows it is about to fall apart, yet someone will always say:

    “Don’t worry. My brother-in-law carried it downstairs in 1998 and it was solid then.”

    Law and Justice remains exceptionally active in the field of preventing its own future. Its younger politicians want to develop, but in such a way that the chairman does not notice. They establish associations, organise meetings, build networks and speak in their own voices, then insist that every manifestation of independence springs from their profound attachment to one-man leadership.

    It is like secretly keeping an elephant in a studio flat. For a while, you can blame the noise on renovation work, but eventually the trunk appears over the balcony.

    The chairman senses that something is happening. Morawiecki senses that his time is approaching. Przemysław Czarnek senses everything simultaneously and is always happy to explain it in front of a camera. The Confederation sits nearby with popcorn, although officially it would presumably buy the popcorn without VAT, excise duty or oppressive state interference in the quantity of salt.

    Does this story still interest me? Certainly—in much the same way as a rerun of a television series whose protagonists have been divorcing over a ceremonial dinner for fifteen seasons, only to eat scrambled eggs together again the following morning.

    Political boredom does not mean that nothing is happening. On the contrary, things happen constantly, and they are nearly always the same things. Someone leaves but stays. Someone delivers an ultimatum but grants time for reflection. Someone loses and then declares a moral victory. Someone is expelled, only for us to learn that he had long been considering leaving of his own accord.

    Politics is a field in which doors slam around the clock, but the number of people in the room never changes.

    President Karol Nawrocki once again wants a referendum on the European Union’s climate policy. His first proposal failed, so he intends to submit another one, presumably on the same principle by which a person repeatedly presses the button for a lift that is not working. It will not arrive any faster, but at least one can feel one is putting up a fight.

    The referendum itself will, of course, be a great festival of democracy. The citizen will receive a ballot paper and a question concerning climate policy—a mixture of energy, industry, transport, security, social costs, competitiveness, technology and international commitments. He will be expected to settle the matter with a cross in a box, preferably somewhere between shopping and lunch.

    It is rather like asking the passengers on an aeroplane:

    “Are you in favour of gravity continuing to operate, given its adverse impact on fuel prices and Polish sovereignty?”

    No one likes high bills, no one wants factories to close, and everyone wants clean air, affordable energy and security. Politics begins at precisely the point where it turns out that we cannot have all these things at once. A referendum can, however, produce the blissful illusion that marking the correct box will cause a nuclear power station to spring up by Tuesday, coal to stop producing emissions, the wind to blow according to demand, and Brussels to send an apology together with a corrected invoice.

    This is not laziness. Laziness can be innocent. This is powerlessness disguised as action.

    Polish politics loves gestures because a gesture is cheaper than a solution and looks considerably better in photographs. One can appoint a task force, organise a round table, announce a referendum, conduct consultations, draft a strategy and present a road map. Two years later, it will emerge that the map led to another conference.

    A powerless government does not sit idle. On the contrary, it moves with extraordinary energy, only always around its own axis. It is like a dog chasing its tail: plenty of dynamism, excellent physical condition and no need whatsoever to determine a destination.

    The government is not free of this affliction either. Donald Tusk has one advantage over many politicians: he understands reality, describes it quickly and usually knows where the problem lies. The difficulty begins when the problem, having listened to his excellent diagnosis, remains seated in the waiting room.

    For years, the healthcare system has lacked money, doctors, nurses, appointments and coherence. The one thing it has never lacked is recovery programmes. If strategies could cure illness, Poland would be Europe’s leading health resort.

    The patient, meanwhile, waits. First for the clinic to answer the telephone, then for an appointment, later for the doctor, then for a test and finally for the result. In this way, the system takes care of his peace of mind: he waits so long for help that the original symptoms give way to entirely new ones.

    Polish powerlessness has elegant manners. It never tells the citizen no. It says:

    “Certainly. Please come back in March 2029.”

    Political boredom would be amusing if its consequences did not fall upon people who possess neither parliamentary immunity nor a press officer nor an official car. A politician can spend six months debating the housing crisis. During that time, a young person continues paying rent. A minister may analyse the hospital queue. A sick person physically stands in it. An MP can discuss conditions on the border from a television studio, but someone else is out there freezing.

    At this point boredom ceases to be boring. It begins to hurt.

    During the night, Russia launched one of the most powerful ballistic attacks on Kyiv since the beginning of the full-scale war. Dozens of missiles struck the city; people were killed and injured, fires broke out and buildings were destroyed. A man reads this on a Sunday morning, puts down his cup and, for a moment, does not know what to do with his own tranquillity.

    In Warsaw, we become furious because a neighbour starts drilling before noon. In Kyiv, people can identify the type of missile flying overhead by its sound.

    This perspective should not be used to invalidate our own problems. One must not tell someone with depression, debt or illness that missiles are falling elsewhere and therefore they ought to be grateful. Someone else’s suffering is not medicine for ours. It does, however, remind us that there is a difference between laziness, powerlessness and violence.

    Laziness postpones the work. Powerlessness cannot perform it. Violence destroys what others have built.

    Putin is not boring because he never invents anything new. He is terrifyingly monotonous because for years he has been sending the same message with ever larger numbers of missiles: the strong may destroy the weak, and truth can be buried beneath rubble. There is no peace in this monotony. It is a production line of death.

    In the Middle East, the United States has again struck targets linked to Iran following the deaths of American soldiers. Iran responds, neighbouring states issue warnings, and the Strait of Hormuz once again becomes a geographical name meaning that fuel will soon cost more.

    Donald Trump conducts policy like a man attempting to repair a watch with a hammer. Sometimes something does indeed begin to move, although not necessarily the hands. The American president first threatens, then declares victory, later imposes sanctions, subsequently threatens again and insists that he alone can end a conflict which has just escalated to the next level.

    World diplomacy has lately come to resemble an argument in a car park. Everyone has a camera, everyone is shouting that the other person started it, and somewhere at the side a child is asking whether we can go home now.

    Even the World Cup concludes today with a spectacle so enormous that football itself seems insufficient. There is the match, pop stars, a ceremony, a halftime show, lights, advertisements and billions of eyes. A person can no longer merely watch football. He must participate in a global multimedia experience during which, by sheer coincidence, someone occasionally kicks a ball.

    In the old days, a World Cup final had two teams, a referee and a commentator who did not spend ninety minutes trying to sell the viewer a betting service, a dietary supplement or a broadband package. The television set was smaller and the picture worse, yet one saw more because no sponsored product blocked the view of the match.

    Perhaps that is why we are tired. Not because too little happens, but because too much does. Every minute wants to be historic. Every announcement is urgent. Every politician faces a momentous choice, every press conference inaugurates a new era, and every opinion poll transforms the balance of power—at least until the next poll appears after lunch.

    Boredom does not arise solely when nothing is happening. Sometimes it is born when everything is shouting at once.

    An older man knows this mechanism. He has seen grand openings, fresh starts, new accelerations, second stages, third ways and hundred-day plans that were supposed to transform the country. He has survived definitive reforms, final systems and temporary solutions that lived long enough to draw a pension. He has watched politicians described as irreplaceable and later struggled to remember their names.

    Age does not automatically bestow wisdom. If it did, the Senate would be a Platonic academy. It does, however, allow one to notice that most things advertised as unprecedented already have worn upholstery and a label from the previous era.

    And so today I proclaim the right to Sunday laziness.

    Not civic laziness, which consists of refusing to read or vote and allowing the first loudmouth who comes along to furnish the state on our behalf. Not moral laziness, which says that because the world is complicated, it is impossible to distinguish victim from perpetrator, truth from falsehood or decency from swinishness. And not the laziness of government, which calls indecision prudence.

    I mean human laziness: honest, ordinary Sunday laziness.

    An hour without notifications. Coffee drunk before it has time to go cold. A newspaper read without the compulsion to take an immediate position. Sitting in an armchair without a wristband measuring the efficiency of one’s sitting. Permission to accept that a person does not have to spend every moment producing, reacting, commenting and proving to the world that he is making proper use of his life.

    One may do nothing without owing anyone a report.

    This is a revolutionary idea. The economy rests on the conviction that every empty moment must be filled with something, preferably a subscription service. Politics believes every silence must be talked over. The internet assumes that if we have posted nothing for five minutes, we may have died or—worse—lost our reach.

    And yet silence is not powerlessness. Rest is not surrender. Boredom can even be hygienic, provided it is not filled with fear. A person who does nothing for a moment may finally notice all the things he has been doing pointlessly.

    The state, too, might occasionally sit down and think instead of producing further laws that will require amendment before they come into force. A political party could spend one day without proclaiming its unity. The president might refrain from submitting another proposal until he has read the response to the previous one. MPs might avoid rescuing the nation from a threat invented that morning by the party’s social-media specialist.

    Donald Trump might refrain from threatening anyone for fifteen minutes.

    That last possibility is, of course, utopian, but Sunday encourages belief in miracles.

    After all these years, I know that laziness itself does not destroy a person. Sometimes it saves him from a stupidity committed through excessive enthusiasm. The greatest harm in history was not done by people lying on the sofa after lunch, but by those who rose at dawn with a ready-made plan for organising everybody else’s lives.

    Not every absence of movement is weakness. A stone has lain still for thousands of years and no one has organised motivational training for it. A tree maintains no professional profile. A cat sleeps through most of the day, yet has persuaded humanity to feed it, photograph it and admire it. If man achieved half that level of effectiveness, he would work two days a week and have his own monument in the city centre.

    What I fear most is neither boredom nor laziness. I fear powerlessness that puts on the suit of activity, convenes a press conference and assures us that everything is proceeding according to plan. Boredom says, “I have nothing to do.” Laziness says, “I cannot be bothered.” Powerlessness says, “We are doing everything possible,” and then asks for patience. The citizen’s patience is a renewable resource only in theory.

    For now, however, it is Sunday. The world is burning in several places, politicians are lining up for the next photograph, the party chairman is considering whom to expel in order to preserve unity, the president is preparing another question for the nation, and the World Cup final is arranging a spectacle larger than the match itself.

    I pour myself another coffee.

    Not because I have surrendered. I have simply reached an age at which I know that the world should not be repaired before breakfast. A hungry man is a radical, a sleep-deprived man an authoritarian, and a man deprived of coffee is capable of supporting any programme that promises immediate caffeine deliveries.

    So I shall sit here for a little longer. I shall look out of the window. I shall allow my thoughts to arrive at no conclusions whatsoever.

    On Monday, the great national factory of simulated activity will start up again. Committees will assemble, parties will unite by splitting apart, experts will predict the unpredictable, and politicians will take decisive action towards the further consideration of whether a decision might eventually be taken.

    Today I have more important work to do.

    I am doing nothing.

    And unlike many institutions of the state, at least I am not pretending it is a reform.

  2. El Ka

    Superb !!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights