
Niedziela miała kiedyś jasną konstrukcję. Rosół, schabowy, spacer, drzemka, ewentualnie pretensja małżonki, że człowiek przespał pół dnia. Świat również zachowywał przyzwoitość i jeśli już zamierzał się kończyć, robił to raczej w poniedziałek, po otwarciu giełd.
Teraz człowiek budzi się w niedzielę i dowiaduje, że w Warszawie w środku nocy po Wisłostradzie jeździły czołgi, Japonia rozważa broń atomową, Polska zastanawia się nad wielkimi samolotami transportowymi, Rosja bombarduje Ukrainę, papież prosi, żeby jednak nie bombardować, a w Gliwicach rolnik zaorał asfalt i dostał trzy miesiące aresztu.
I tylko klacz Epiforana zachowała spokój. Została najlepszym koniem w Polsce. Zupełnie słusznie.
W sobotnią noc warszawiacy zamiast pijanych kawalerów wracających znad Wisły oglądali Rosomaki, Borsuki, Leopardy i Kraby. Trwała próba generalna przed defiladą 15 sierpnia, która według gen. Wiesława Kukuły ma być największym takim pokazem w historii Wojska Polskiego, z udziałem między innymi polskich F-35.
To bardzo polskie. Jeszcze niedawno człowiek wychodził nocą z psem i bał się, że spotka dzika. Teraz spotyka batalion.
Pies zapewne przyjął to spokojniej, bo pies przynajmniej nie czyta analiz geopolitycznych. Człowiek natomiast patrzy na Leoparda i od razu czuje się bezpieczniej, chociaż nie bardzo wiadomo dlaczego. Czołg nie pilnuje jego mieszkania, nie zna kodu do domofonu i raczej nie pojedzie z nim na działkę. Ale jest wielki, głośny i ma lufę, więc działa na psychikę podobnie jak bardzo duży pies. Niekoniecznie trzeba wiedzieć, czy ugryzie. Wystarczy, że sąsiad też nie wie.
Polska armia ma więc urządzić największą defiladę w historii, co jest wiadomością krzepiącą, choć mam drobną uwagę. Wszystko w Polsce ostatnio musi być największe. Największa defilada, największe zakupy zbrojeniowe, największy program, największy sukces, największe zagrożenie. Przy tym tempie w 2030 roku Ministerstwo Obrony będzie musiało przeciągnąć przez Warszawę lotniskowiec, bo inaczej nastąpi spadek dynamiki.
Na razie możemy być spokojni. Jeżeli Rosjanie zobaczą korek na Wisłostradzie, zrozumieją, że jesteśmy gotowi.
Zresztą nie tylko my się zbroimy psychicznie. Japonia, która 9 sierpnia obchodziła 81. rocznicę atomowego zniszczenia Nagasaki, zaczyna poważnie dyskutować o bezpieczeństwie nuklearnym. Premier Sanae Takaichi otworzyła przestrzeń do rozmowy o tym, czy Japonia powinna w przyszłości mieć własny potencjał jądrowy albo dopuścić rozmieszczenie amerykańskiej broni nuklearnej. Powodem są Chiny, Korea Północna i coraz mniej pewne poczucie bezpieczeństwa w Azji.
Ludzkość wykonała więc imponujące koło historyczne. W 1945 roku: „Nigdy więcej”. W 2026: „No dobrze, ale gdzie można to kupić?”
Japonia jest tu szczególnie przejmującym przypadkiem. Kraj dwóch atomowych mogił patrzy dziś na sąsiadów i dochodzi do wniosku, że moralna wyższość jest bardzo szlachetną bronią, tylko kiepsko strąca rakiety.
To zresztą symptom naszych czasów. Pacyfista coraz częściej popiera pokój pod warunkiem, że pokój ma odpowiedni zasięg rażenia.
Polska tymczasem może wejść do międzynarodowej floty samolotów A400M. Siedem państw podpisało list intencyjny dotyczący wspólnego zakupu i użytkowania tych wielkich transportowców. Dla naszego lotnictwa miałby to być — jak już obowiązkowo napisano — „game changer”.
Bardzo lubię określenie „game changer”. Kiedyś mówiło się, że coś jest przydatne. Potem, że przełomowe. Dzisiaj wszystko jest game changerem, nawet nowa aplikacja do parkomatu.
A400M rzeczywiście jest potężną maszyną i Polsce przydałby się transport strategiczny. Wojsko musi przecież szybko przewozić ludzi, sprzęt i zaopatrzenie. Zwłaszcza że kolej czasami ma własną strategię.
Niepokój militarny nie jest zresztą dekoracją do defilady. Rosja nadal atakuje ukraińskie miasta, a wojna każdego dnia przypomina Europejczykom, że historia nie skończyła się wraz z wynalezieniem cappuccino na mleku owsianym.
Papież Leon XIV zaapelował w niedzielę do Rosji i Ukrainy o zaprzestanie ataków na cele cywilne i przestrzeganie prawa humanitarnego. Apel jest oczywiście słuszny. Tyle że wojna ma tę irytującą właściwość, że jedna strona napadła na drugą, czego język dyplomacji czasem nie lubi zauważać, bo symetria pięknie wygląda w komunikacie.
To trochę tak, jakby zobaczyć włamywacza bijącego właściciela mieszkania i powiedzieć: „Panowie, proszę wzajemnie powstrzymać się od przemocy”. Włamywacz może się nawet wzruszyć. Właściciel prawdopodobnie mniej.
Tymczasem za oceanami też nie ma wielkiego uspokojenia. Iran twierdzi, że porozumienie dotyczące cieśniny Ormuz jest blisko finalizacji, ale stawia warunki Amerykanom; napięcie wokół jednego z najważniejszych szlaków transportu ropy pozostaje częścią większego bliskowschodniego bałaganu.
Świat wygląda więc dziś jak blok mieszkalny, w którym na każdym piętrze ktoś trzyma kanister benzyny, a administracja rozsyła mieszkańcom ulotkę: „Dbajmy wspólnie o bezpieczeństwo przeciwpożarowe”.
Na szczęście Polska ma również wiadomości pozwalające wrócić człowiekowi do właściwych proporcji.
W Gliwicach 60-letni rolnik wjechał ciągnikiem na świeżo położoną ulicę i pługiem zaorał około 200 metrów asfaltu. Straty wcześniej szacowano na około 400 tysięcy złotych. W niedzielę usłyszał zarzut zniszczenia mienia znacznej wartości, a sąd zdecydował o trzymiesięcznym areszcie. To jest wydarzenie, którego nie wolno zmarnować na zwykłą kronikę kryminalną. Rolnik zobaczył asfalt i uznał, że skoro leży na ziemi, to najwyraźniej jeszcze nie został zaorany.
Czysta logika agrarna. Czterysta tysięcy strat pokazuje natomiast, że w Polsce nawet orka weszła już w sektor premium.
Jest w tym również jakaś głęboka metafora naszej polityki. Państwo buduje drogę, inwestuje, wyrównuje, asfaltuje, przecina wstęgę, fotografuje sukces, po czym przyjeżdża człowiek z przekonaniem, że ziemia należy do niego, opuszcza pług i przywraca krajobraz do stanu zgodnego z własną wizją świata.
Brzmi znajomo. Nie podaję nazwisk. Próbuję pracować nad tonem protekcjonalnym.
Polskie rodziny dowiedziały się też, że elektryczny rower dziecka potrafi być finansowym pociskiem manewrującym. Przepisy dotyczące młodych użytkowników rowerów i hulajnóg elektrycznych zostały zaostrzone, a odpowiedzialność finansowa może spaść na rodziców.
Za mojej młodości dzieciak miał rower, z którego odpadał błotnik, dzwonek nie działał, hamowało się tenisówką o przednią oponę, a największym zagrożeniem prawnym było to, że ojciec się dowie. Teraz dziecko ma baterię, sterownik, przepisy, limit mocy i potencjalne postępowanie.
Postęp cywilizacyjny polega najwyraźniej na tym, że kiedyś rodzic bał się, czy syn wróci do domu. Teraz boi się, z jakim mandatem.
I w samym środku tej niedzieli pełnej atomów, czołgów, dronów, papieskich apeli, aresztowanych rolników i prawnych problemów dzieci na baterię pojawiła się wiadomość naprawdę uspokajająca.
Klacz Epiforana ze stadniny w Michałowie została w Janowie Podlaskim uznana za najlepszego konia 48. Narodowego Pokazu Koni Arabskich Czystej Krwi. Wygrała także czempionat klaczy młodszych. Startowało około 120 koni.
I proszę zauważyć różnicę. Epiforana wygrała. Nie wystąpiła potem przed kamerami. Nie powiedziała, że wynik potwierdza historyczne poparcie narodu. Nie oskarżyła drugiej klaczy o niemieckie inspiracje. Nie zażądała ponownego przeliczenia punktów. Nie utworzyła stowarzyszenia Rozwój Koński Plus. Nie zapowiedziała, że za cztery lata przejmie Janów.
Stała. Wyglądała pięknie. Dostała nagrodę. I poszła dalej. Polska polityka mogłaby się od koni wiele nauczyć. Przede wszystkim tego, że kiedy człowiek zostaje uznany za najlepszego w swojej kategorii, nie musi natychmiast urządzać konferencji o własnej wielkości.
Tak minęła niedziela 9 sierpnia. Warszawa ćwiczyła wojnę. Japonia zastanawiała się nad atomem. Europa rozglądała się za samolotami. Rosja bombardowała. Papież prosił, żeby przestała. Iran targował się o Ormuz. Rolnik orał drogę. Dzieci jeździły na bateriach. A Epiforana została najlepszym koniem.
I kiedy człowiek patrzy na ten zestaw wiadomości, dochodzi do dość niepokojącego wniosku. Koń był dziś najlepiej przygotowany do pełnienia funkcji publicznych. Nie groził nikomu atomem, nie zaorał infrastruktury, nie potrzebował F-35 i nawet nie komentował cudzych felietonów.
Po prostu wiedział, kiedy należy się zatrzymać. Tego ostatniego, jak wiadomo, nadal się uczymy.

Dodaj komentarz