
Niedziela zaczyna się wyjątkowo optymistycznie. Dyrektor CIA John Ratcliffe miał podczas wizyty w Moskwie zaproponować spotkanie Donalda Trumpa, Władimira Putina i Wołodymyra Zełenskiego, które przy odrobinie szczęścia miałoby doprowadzić do wznowienia rozmów o zakończeniu wojny. Ratcliffe rozmawiał z szefami rosyjskich służb, a Amerykanie poinformowali o inicjatywie także stronę ukraińską.
Mniej więcej w tym samym czasie ukraiński wywiad poinformował, że rosyjskie dowództwo dostało zadanie przygotowania wariantów dużych operacji w kierunku Kijowa i Czernihowa. Ukraina zastrzega przy tym, że na razie nie widzi tam tworzenia odpowiednich zgrupowań ofensywnych.
Dyplomacja działa więc jak małżeństwo w późnej fazie kryzysu. Jedna strona proponuje wspólną kolację pojednawczą, druga na wszelki wypadek sprawdza, czy walizka mieści się do bagażnika.
Donald Trump oczywiście pozostaje spokojny, bo już wcześniej zapewnił, że Putin państw NATO nie zaatakuje. Jego pewność siebie jest godna podziwu. Gdy Trump wie, czego Putin nie zrobi, służby wywiadowcze mogłyby właściwie zostać rozwiązane, a ich pracownicy przeniesieni do cateringu. Reuters potwierdził jednak, że podczas moskiewskich rozmów temat potencjalnych rosyjskich operacji wobec NATO rzeczywiście się pojawił.
W Polsce noc przyniosła natomiast dalszy rozwój jednej z naszych ulubionych dyscyplin narodowych, czyli poszukiwania Marcina Romanowskiego na mapie świata. Policja sprawdza zdjęcie wykonane w hotelu City Club w Tyraspolu, stolicy separatystycznego Naddniestrza. Na fotografii może znajdować się Romanowski, a świadkowie mieli słyszeć język polski. Minister Waldemar Żurek rozsądnie zaznacza, że służby badają każdy taki sygnał. Na razie nie ma więc potwierdzenia, że to rzeczywiście on.
Romanowski wyrasta jednak na najskuteczniejszego popularyzatora geografii od czasów Tony’ego Halika. Najpierw Węgry, potem rozważania o Dubaju, teraz Naddniestrze. Jeżeli tempo zostanie utrzymane, do końca roku przeciętny Polak będzie umiał bez pomocy Google wskazać pięć państw, trzy terytoria separatystyczne i dwa kraje bez umowy ekstradycyjnej.
Z punktu widzenia Ministerstwa Edukacji człowiek wykonuje wręcz pracę misyjną.
Tymczasem Jarosław Kaczyński postanowił uporządkować aferę Zondacrypto i doszedł do wniosku bardzo pokrzepiającego dla własnej partii: to właściwie afera Donalda Tuska. Prezes PiS stwierdził w Republice, że obecna władza wiedziała o problemach firmy, nic nie zrobiła, a teraz próbuje przypisać sprawę prawicy. Zasugerował nawet, że rządzący mogli mieć z aferą coś wspólnego. Jednocześnie przyznał, że sprawa kontaktów polityków PiS z Przemysławem Kralem zostanie w partii wyjaśniona.
To jest bardzo elegancka metoda śledcza. Najpierw ustalamy, kto jest winny, a potem przystępujemy do wyjaśniania faktów.
Prowadząca rozmowę przypomniała również spotkanie posła Michała Moskala z Kralem na Ibizie. Kaczyński odpowiedział, że o wyjeździe swojego młodego współpracownika nie wiedział, a późniejsze poprawki Moskala do ustawy kryptowalutowej miały być dla Krala niekorzystne.
Możemy więc spokojnie odnotować, że Ibiza została oczyszczona z zarzutów.
Pozostał tylko drobny problem, że Zondacrypto reklamowała się za ogromne pieniądze w Republice, sponsorowała CPAC, Kral spotykał się z politykami prawicy, prowadził rozmowy biznesowe z Tomaszem Sakiewiczem, a prezes PKOl trafił właśnie do aresztu w związku z zarzutami dotyczącymi tej samej firmy. Ale poza tym związek prawicy ze sprawą rzeczywiście jest ledwie zauważalny.
Jeszcze ciekawiej zrobiło się, kiedy Kaczyński został zapytany o propozycję komisji śledczej Mateusza Morawieckiego. Pomysł mu się nie spodobał, bo — jak stwierdził — obecny parlament nie gwarantuje uczciwego działania komisji. Dopiero następny rząd miałby się sprawą zająć naprawdę uczciwie.
Innymi słowy, śledztwo będzie wiarygodne dopiero wtedy, kiedy prowadzić je będą właściwi ludzie.
Niezależność instytucji państwowych osiągnęła nowy poziom definicyjny.
Przy okazji Kaczyński rozprawia się także z samym Morawieckim i jego Rozwojem Plus. Ludzi odpowiedzialnych jego zdaniem za rozbijanie PiS nazwał zdrajcami i zapowiedział, że dla części z nich nie będzie miejsca na wspólnej liście.
Prawica przygotowuje się więc do walki o odzyskanie Polski, rozpoczynając od walki między sobą. To stara strategia wojskowa: przed bitwą dobrze jest sprawdzić, kto z własnego oddziału najbardziej działa nam na nerwy.
Dzisiaj natomiast kończy się wielkie prezydenckie spotkanie z młodzieżą w Juracie. W sobotę Karol Nawrocki informował uczestników, że „nie ma przyszłości Rzeczypospolitej bez młodzieży”, co było jednym z tych odkryć politycznych, po których można spokojnie zamknąć laboratorium. Prezydent mówił też o potrzebie łączenia pokoleń, słuchania młodych oraz wspólnego budowania przyszłości.
Kancelaria zapewnia przy tym, że spotkanie nie ma charakteru politycznego, choć organizuje je prezydent Rzeczypospolitej, odbywa się w prezydenckiej rezydencji, prowadzone są rozmowy o przyszłości państwa, a głównym bohaterem jest urzędujący polityk. To rzeczywiście impreza całkowicie niepolityczna, podobnie jak msza nie ma nic wspólnego z religią, bo przecież po niej można wypić kawę.
Po sobotnim koncercie Skolima dzisiejszy program przewiduje między innymi wspólny bieg z parą prezydencką. I to akurat jest pomysł doskonały. Po całym weekendzie debat o odpowiedzialności, narodowej wspólnocie, sztucznej inteligencji, polityce międzynarodowej i przyszłości Polski młodzież może wreszcie zrobić rzecz całkowicie konkretną: pobiec.
W dodatku za prezydentem. Niewykluczone, że jest w tym nawet symbolika przyszłej kampanii wyborczej.
Na Islandii trwa natomiast liczenie głosów w referendum dotyczącym wznowienia rozmów o członkostwie w Unii Europejskiej. W pierwszych częściowych wynikach przewagę uzyskało „nie”, choć rezultat pozostawał bardzo wyrównany, a pełne dane mają być znane później. Samo referendum nie przesądzałoby jeszcze o członkostwie; pozytywny wynik otworzyłby dopiero negocjacje, po których potrzebne byłoby kolejne głosowanie.
Islandczycy rozważają więc przez wiele godzin, czy rozpocząć rozmowę o tym, czy kiedyś rozważyć wejście do Unii. To jest demokracja proceduralna w stanie czystym. Polak zdążyłby w tym czasie wejść, wyjść, obrazić Brukselę, zażądać pieniędzy i ponownie wejść.
Jest jednak wydarzenie dzisiejszego dnia, przy którym dowcip należy odłożyć. W Ostrówkach na Wołyniu odbędzie się pogrzeb ekshumowanych ofiar zbrodni wołyńskiej z Ostrówek i Woli Ostrowieckiej. To kolejny etap wieloletnich prac związanych z odnajdywaniem i godnym pochówkiem zamordowanych Polaków. Dobrze, że po tylu dekadach można zrobić choć tyle: przywrócić ofiarom imiona, grób i pamięć bez używania ich jako amunicji w bieżącej polityce.
Tak więc wchodzimy w niedzielę z pokojowym szczytem, którego jeszcze nie ma, rosyjską ofensywą, której jeszcze nie rozpoczęto, Romanowskim na zdjęciu, którego jeszcze nie rozpoznano, islandzkim wynikiem, którego jeszcze nie policzono, oraz PiS-em, który już wie, czyja jest afera, choć dopiero zamierza ją wyjaśnić.
Najbardziej konkretnym punktem dnia pozostaje więc bieg w Juracie. Tam przynajmniej wiadomo, gdzie jest start, gdzie meta i kto przed kim próbuje dobiec do młodego wyborcy.

Dodaj komentarz