
Niedziela jest podobno dniem odpoczynku, ale świat najwyraźniej nie dostał okólnika. Dyrektor CIA lata do Moskwy, Putin przygotowuje Rosjan do kolejnej dawki zwycięstwa, przed rosyjskimi stacjami benzynowymi rosną kolejki, Kanada próbuje odzwyczaić się od Ameryki, a Amerykanie doszli już do takiego stopnia politycznej dojrzałości, że potrafią ustalić poglądy człowieka na podstawie zawartości jego kanapki.
Wszystko zaczęło się jednak od Johna Ratcliffe’a, szefa CIA, który przyleciał do Moskwy amerykańskim wojskowym C-17. Lot był tajemniczy mniej więcej tak, jak tajemnicza może być przeprowadzka fortepianu środkiem rynku. Samolot zauważyli internauci śledzący ruch lotniczy, potem pojawiły się nagrania z Wnukowa, samochody dyplomatyczne i spekulacje. Waszyngton przez ponad dobę praktycznie milczał, Donald Trump powiedział jedynie, że „coś może z tego wyniknąć”, dzięki czemu prezydent Stanów Zjednoczonych wniósł do sprawy dokładnie tyle światła, ile wnosi latarka pozostawiona w szufladzie.
„Newsweek” pisał więc o utracie przez Amerykanów kontroli nad narracją i miał rację. W sytuacji, kiedy wiadomo, jaki samolot wystartował, skąd, gdzie wylądował i kto prawdopodobnie nim przyleciał, a nie wiadomo tylko, po co, internet zaczyna działać jak wieloosobowa ciotka na weselu. Każdy coś widział, ktoś coś słyszał, a po godzinie wiadomo już, kto się rozwodzi i dlaczego.
Dzisiaj obraz stał się trochę wyraźniejszy. Axios podał, że Ratcliffe podczas spotkań z szefami rosyjskich służb miał zaproponować trójstronny szczyt Donalda Trumpa, Władimira Putina i Wołodymyra Zełenskiego, mający odnowić rozmowy o zakończeniu wojny. Waszyngton poinformował o inicjatywie także Kijów.
Brzmi rozsądnie. W polityce międzynarodowej rozmowa jest zwykle lepsza od rakiety.
Problem polega na tym, że niemal równolegle ukraiński wywiad ostrzega przed możliwą rosyjską eskalacją, a zachodnie analizy coraz częściej zastanawiają się, czy Kreml nie będzie próbował sprawdzać odporności NATO. Sam fakt wizyty Ratcliffe’a porównuje się z podróżą jego poprzednika Williama Burnsa do Moskwy w listopadzie 2021 roku. Burns ostrzegał wtedy Rosjan przed inwazją na Ukrainę. Trzy miesiące później Putin pokazał, jak bardzo przejął się ostrzeżeniem.
Dyplomacja z Putinem przypomina więc rozmowę z człowiekiem, który zapewnia, że absolutnie nie zamierza podpalać domu, ale podczas rozmowy dolewa benzyny do kanistra. Można z nim negocjować. Należy tylko obserwować zapałki.
Największy kłopot Putina polega jednak na tym, że benzyna staje się ostatnio dobrem coraz bardziej metaforycznym.
„Newsweek” opisuje rosyjską prowincję, gdzie przed stacjami paliw tworzą się wielokilometrowe kolejki, wprowadzane są limity tankowania, a zdenerwowanych kierowców musi pilnować policja. W niektórych regionach można jednorazowo kupić 20–40 litrów, w Kraju Zabajkalskim nawet tylko 15. Ludzie próbują handlować benzyną przez internet, a władze zamykają fora i śledzą transakcje.
Reuters dorzucił do tego liczbę jeszcze ciekawszą: pod koniec sierpnia rosyjska produkcja benzyny spadła podobno do około 70 procent krajowego zapotrzebowania. Rosja przedłużyła także zakaz eksportu diesla, próbując uspokoić własny rynek. Powodem są między innymi ukraińskie ataki na rafinerie.
Jest w tym jakaś historyczna elegancja. Państwo zbudowane na ropie, gazie i przekonaniu, że Europa kiedyś zamarznie bez rosyjskich surowców, musi dziś pilnować obywatela, żeby nie nalał sobie za dużo benzyny.
Putin chciał używać paliwa jako instrumentu geopolitycznego. Ukraińcy potraktowali to dosłownie i zainteresowali się rafineriami.
Najbardziej kłopotliwe dla Kremla jest jednak coś jeszcze. Przez lata oficjalna opowieść głosiła, że wojna toczy się gdzieś daleko, zwycięstwo postępuje zgodnie z planem, sankcje szkodzą Zachodowi, a zwykły Rosjanin może spokojnie oglądać telewizję. Teraz sam Putin mówi, że Ukraina może próbować „zakłócić wybory” w Rosji. Jak zauważa „Newsweek”, jest to istotna zmiana języka: przeciwnik, który miał być właściwie bezsilnym narzędziem NATO, okazuje się zdolny oddziaływać na rosyjską gospodarkę i politykę wewnętrzną.
Propaganda ma bowiem szczególną wadę. Można przez kilka lat opowiadać obywatelowi, że wróg jest słaby, przegrywa i właściwie już go nie ma. Trudniej potem wyjaśnić, dlaczego ten sam nieistniejący wróg wysadził rafinerię i przez niego trzeba czekać cztery godziny na dziewięćdziesiątkę piątkę.
Na drugim końcu świata Donald Trump także demonstruje siłę. Jego najnowszym przedmiotem strategicznym została Kanada, czyli dotychczas jeden z najmniej prawdopodobnych kandydatów do roli amerykańskiego wroga. Trump grozi kolejnymi cłami, Kanada odpowiada własnymi, a premier Mark Carney postanowił wyciągnąć z tego wniosek znacznie poważniejszy niż chwilowy odwet: skoro Stany Zjednoczone mogą wykorzystywać kanadyjskie uzależnienie gospodarcze jako broń, Kanada powinna to uzależnienie zmniejszyć. Ottawa chce w ciągu dekady podwoić eksport poza USA i intensywniej szukać rynków w Europie, Azji oraz Ameryce Południowej.
Trumpowi wydaje się, że pokazuje potęgę Ameryki. Kanadyjczycy patrzą na tę potęgę i dochodzą do wniosku, że najwyższa pora mniej od niej zależeć.
To jest chyba największy paradoks trumpowskiej polityki. Człowiek całe życie chce być niezbędny, a następnie zachowuje się tak, że wszyscy wokół zaczynają tworzyć plan na wypadek, gdyby trzeba było sobie bez niego radzić.
Podobnie działają cła. Trump przedstawia je jak fakturę wysłaną zagranicy. Nakłada 50 procent cła na kanadyjski samochód i zachowuje się, jakby premier Carney osobiście jechał do Waszyngtonu z walizką dolarów.
Tymczasem cło płaci importer w Stanach Zjednoczonych, a koszt w znacznej części przechodzi później na przedsiębiorstwa i klientów. Kanada także oczywiście traci, bo jej towary stają się mniej konkurencyjne, lecz przekonanie, że cło jest podatkiem pobieranym od cudzoziemca, pozostaje jednym z trwalszych osiągnięć ekonomii trumpowskiej.
Gdybym zastosował tę teorię do własnego życia, mógłbym nałożyć stuprocentowe cło na pieczywo i ogłosić, że właśnie ukarałem piekarza. Piekarz zapewne podniósłby cenę bułki. Ale moralnie zwycięstwo należałoby do mnie.
Co szczególnie zabawne, w czasie gdy Trump próbuje przebudowywać światowy handel, jego rodacy zajmują się jeszcze jednym fundamentalnym problemem cywilizacyjnym: czy prawdziwy Amerykanin może jeść tofu.
Według opisanego przez „Newsweek” sondażu Gallupa 11 procent amerykańskich liberałów deklaruje wegetarianizm, a 5 procent weganizm. Wśród konserwatystów oba odsetki razem wynoszą około dwóch procent. Jedzenie stało się więc kolejnym elementem politycznej identyfikacji. Na prawicy krążyły wcześniej historie, że Biden zamierza ograniczyć Amerykanom hamburgery, choć żadnego takiego planu nie było. Teraz dochodzą nawet porady, żeby nie umawiać się z „pożeraczami soi”.
Ameryka dokonała tym samym czegoś imponującego. Po upolitycznieniu aborcji, broni, klimatu, szczepionek, samochodów, książek, toalet, filmów, piwa i sportu udało się wreszcie spolaryzować obiad. Jeszcze trochę, a kelner przed przyjęciem zamówienia będzie musiał zapytać o przynależność partyjną. Stek krwisty dla republikanina, tofu dla demokraty, a dla niezdecydowanego kurczak z sosem centrowym.
Można się śmiać, ale jest w tym coś ponurego. Polityka plemienna osiąga pełnię wtedy, kiedy człowiek nie tylko głosuje inaczej od sąsiada, ale zaczyna podejrzewać, że sąsiad niewłaściwie grilluje.
I właśnie dlatego ciekawa jest rozmowa „Newsweeka” z Yashą Mounkiem, który uważa, że Trumpowi mimo wszystko nie udało się przebudować Ameryki całkowicie na własny obraz. Jego zdaniem amerykańskie instytucje zostały mocno osłabione, prezydentura pozostawi poważne szkody, ale sam Trump stał się znacznie mniej popularny, niż był na początku drugiej kadencji. Mounk ostrzega jednocześnie przed wahadłem radykalizacji: jeżeli demokraci wystawią w 2028 roku kandydata z bardzo radykalnego skrzydła, Ameryka może skończyć nawet z J.D. Vance’em albo Tuckerem Carlsonem w Białym Domu.
Tucker Carlson jako prezydent Stanów Zjednoczonych brzmi dziś jeszcze jak dowcip. Problem polega na tym, że Donald Trump jako prezydent też kiedyś tak brzmiał.
To jedna z najważniejszych lekcji ostatniej dekady: politycznej groteski nie należy lekceważyć tylko dlatego, że jest groteskowa. Rzeczywistość nauczyła się realizować scenariusze, które dawniej redaktor satyrycznego pisma odrzuciłby jako przesadzone.
Być może dlatego właśnie słowem najlepiej opisującym dzisiejszy świat pozostaje niepewność.
Nie wiemy, czy Ratcliffe przywiózł z Moskwy początek negocjacji, czy jedynie kolejną próbę przekonania Putina do rzeczy, których Putin nie chce. Nie wiemy, czy Rosja jest coraz bliżej strategicznego wyczerpania, czy przeciwnie — przygotowuje kolejną eskalację. Nie wiemy, czy wojny celne Trumpa odbudują amerykański przemysł, czy głównie nauczą sojuszników, jak żyć bez Stanów Zjednoczonych. Nie wiemy nawet, kto będzie kandydował na prezydenta USA w 2028 roku. Wiemy natomiast, że w Rosji zaczyna brakować benzyny, Kanada odkrywa zalety innych partnerów handlowych, a w Ameryce soja ma już poglądy polityczne.
To może nie jest wiedza wystarczająca do spokojnego patrzenia w przyszłość. Ale na niedzielę wystarczy. Zwłaszcza przy obiedzie. Tylko przed nałożeniem kotleta warto sprawdzić, czy nie zdradzamy w ten sposób naszych przekonań konstytucyjnych.

Dodaj komentarz