
Karol Nawrocki pozostaje najbardziej zaufanym politykiem w Polsce.
Ufa mu 55 procent badanych. Nie ufa 33 procent, dziewięć procent zachowuje obojętność, a pozostałe trzy procent prawdopodobnie wciąż próbuje ustalić, czy ankieter pytał o Karola Nawrockiego, Tadeusza Batyra, czy może o jednego z nich jako eksperta od drugiego.
Wynik jest imponujący.
Prezydentowi ufa więcej ludzi, niż premierowi, ministrom, liderom partii i własnemu operatorowi telefonicznemu. Jest jedynym czołowym politykiem, który ma wyraźną przewagę zaufania nad nieufnością. W czerwcu ufało mu 53 procent ankietowanych, a zatem popularność głowy państwa rośnie w podobnym tempie jak liczba zawetowanych ustaw: systematycznie i wbrew zdrowemu rozsądkowi. CBOS wskazywał go już wcześniej jako lidera rankingu.
To piękny paradoks demokracji.
Człowiek może przez lata dostarczać powodów, żeby nie powierzać mu nawet klucza do skrzynki na listy, a następnie otrzymać klucze do Pałacu Prezydenckiego oraz społeczne zaufanie większe niż ludzie, których największym przewinieniem było nudne wykonywanie pracy.
Nawrocki nie zdobył zaufania pomimo swojej biografii, zdobył je właśnie dzięki niej.
Polacy od dawna podejrzewali, że państwem rządzą ludzie z innego świata: absolwenci zagranicznych uczelni, prawnicy, ekonomiści, dyplomaci i mężczyźni posiadający zbyt wiele marynarek. Potrzebowali więc człowieka autentycznego. Takiego, który nie tylko zna historię ulicy, ale w razie potrzeby potrafi się z nią spotkać na polu, w umówionym składzie, bez udziału sędziego.
W 2009 roku Nawrocki brał udział w kibolskiej ustawce, czyli zbiorowej bójce aranżowanej przez ludzi, którzy tradycyjne wartości rozumieją jako pięść, lojalność i zakaz dzwonienia po policję. Sam później mówił o „szlachetnej walce” i „męskim starciu”, a jego polityczne otoczenie tłumaczyło, że przecież trenował boks. Tyle że boks ma ring, zasady, rękawice i lekarza. Ustawka ma pole, półświatek i zbiorową decyzję, że cywilizacja była wprawdzie ciekawym pomysłem, ale nie musi obowiązywać w niedzielę.
Przeciętny polityk spotykał gangsterów na komisji śledczej. Nawrocki miał bardziej bezpośredni model konsultacji społecznych. Nie ma dowodów, że popełnił wtedy przestępstwo, i nie został za udział w ustawce skazany. Nie musiał zresztą. W nowoczesnej polityce kłopotliwa przeszłość nie jest obciążeniem, jeśli da się ją odpowiednio opakować. Bójka staje się sportem, agresja charakterem, a złe towarzystwo dowodem, że kandydat nie wyrósł pod kloszem.
Człowiek, który bił się z kibolami, jest „twardy”. Człowiek, który przeczytał ustawę, jest „oderwany od ludzi”. Tak wygląda współczesna selekcja elit.
Potem była sprawa kawalerki pana Jerzego. Nawrocki podczas kampanii powiedział, że ma jedno mieszkanie. Okazało się, że były dwa, bo drugie najwyraźniej znajdowało się w stanie politycznej niewidzialności. Należało wcześniej do starszego, schorowanego mężczyzny, któremu Nawroccy mieli pomagać. Kandydat tłumaczył, że przekazywał mu pieniądze i zapewniał wsparcie. Problem polegał na tym, że pan Jerzy znalazł się w domu pomocy społecznej, a dokumenty i publiczne wyjaśnienia nie układały się w opowieść tak schludną jak kampanijne deklaracje.
W akcie notarialnym zapisano zapłatę ceny, natomiast Nawrocki opowiadał o rozłożonej na lata pomocy i świadczeniach. Prokuratura wszczęła postępowanie dotyczące podejrzenia oszustwa na szkodę Jerzego Ż.; długo nikomu nie przedstawiono zarzutów, a część pozostałych wątków odrzucono. To ważne zastrzeżenie: postępowanie nie jest wyrokiem.
Nie wolno więc twierdzić, że Nawrocki mieszkanie wyłudził. Wolno natomiast zauważyć, że jego historia opieki nad seniorem miała osobliwy finał: opiekun trafił do Pałacu Prezydenckiego, podopieczny do DPS-u, a mieszkanie do opiekuna. Jest to najbardziej nowoczesny model polityki społecznej: pomoc udzielana w taki sposób, że pomagający wychodzi z nieruchomością.
Kiedy sprawa zrobiła się niewygodna, Nawrocki zapowiedział przekazanie kawalerki na cele charytatywne. Ostatecznie nieruchomość trafiła do stowarzyszenia dobroczynnego. To także piękny polski obyczaj. Najpierw rzecz staje się twoja w okolicznościach budzących pytania. Potem oddajesz ją na cele charytatywne. Na końcu oczekujesz uznania za hojność. Święty Marcin oddał żebrakowi połowę własnego płaszcza. Współczesny polityk najpierw długo wyjaśnia, skąd ma płaszcz.
Był także apartament deluxe w Muzeum II Wojny Światowej, rezerwowany na nazwisko Nawrockiego przez łącznie około 200 dni, mimo że jego mieszkanie znajdowało się kilka kilometrów dalej. Muzeum twierdziło, że blokowanie apartamentu ograniczało możliwość komercyjnego wynajmu. Nawrocki wyjaśniał, że faktycznie nocował tam znacznie krócej, a lokal służył również spotkaniom służbowym i pracy.
Znowu nie wiadomo, co bardziej podziwiać. Jeżeli mieszkał — korzystał z państwowego apartamentu pięć kilometrów od domu. Jeżeli nie mieszkał — blokował państwowy apartament, żeby nie korzystał z niego nikt inny. To przywiązanie do własności publicznej w wersji narodowej: państwowe, czyli nasze; nasze, czyli na moje nazwisko.
Karol Nawrocki nie potrzebuje zresztą krytyków. Potrafi recenzować się sam. Napisał książkę o gangsterze pod pseudonimem Tadeusz Batyr. Następnie jako Tadeusz Batyr wystąpił w telewizji z zamazaną twarzą i zmienionym głosem, gdzie pochwalił historyka Karola Nawrockiego jako człowieka, który go inspirował. W mediach społecznościowych Nawrocki informował natomiast, że Batyr zwracał się do niego po porady.
Jest to poziom samowystarczalności intelektualnej, do którego zwykły człowiek dochodzi dopiero po kilku latach samotności. Nawrocki był autorem, recenzentem, ekspertem, źródłem i wielbicielem własnej twórczości. Gdyby prowadził restaurację, przychodziłby w sztucznych wąsach, zamawiał kotlet i zostawiał w internecie opinię:
„Wybitny szef kuchni. Rozmawiałem z nim. Człowiek skromny, ale genialny”.
Tadeusz Batyr stanowił idealne przygotowanie do prezydentury. Prezydent Nawrocki również bardzo często rozmawia dziś z obywatelem Nawrockim, po czym obaj dochodzą do wniosku, że mają rację.
W czasie kampanii pojawiły się także znacznie poważniejsze oskarżenia dotyczące czasów, gdy Nawrocki pracował jako ochroniarz w sopockim Grand Hotelu. Anonimowi rozmówcy Onetu twierdzili, że miał uczestniczyć w organizowaniu prostytutek dla hotelowych gości. Nawrocki stanowczo temu zaprzeczył i pozwał wydawcę portalu; sprawa nie została rozstrzygnięta, więc uczciwość wymaga mówienia wyłącznie o zarzutach, a nie o ustalonych faktach.
Nie trzeba tych zarzutów uznawać za prawdziwe, aby zauważyć pewną prawidłowość. Życiorys Nawrockiego wygląda jak serial, w którym scenarzyści co tydzień dokładają nowy wątek, a widzowie nie odchodzą, ponieważ chcą sprawdzić, czy w następnym odcinku kandydat pojawi się jako historyk, ochroniarz, bokser, pseudokibic, właściciel kawalerki, Tadeusz Batyr czy wszystkie te postacie jednocześnie.
Podczas telewizyjnej debaty przed drugą turą Nawrocki umieścił pod wargą saszetkę nikotynową, początkowo nazwaną „gumą”. Kandydaci zwykle korzystają z notatek. Nawrocki korzystał z nikotyny. Było w tym coś symbolicznego. Naród słuchał dyskusji o konstytucji, bezpieczeństwie i przyszłości państwa, a przyszły prezydent dyskretnie wkładał sobie coś do ust, najwyraźniej uznając, że demokrację najlepiej przeżuwa się z dodatkiem substancji pobudzającej.
I ten człowiek wygrał. Nie tylko wygrał. On teraz umacnia zaufanie.
Po objęciu urzędu Nawrocki szybko wyjaśnił, jak rozumie rolę prezydenta. Nie jako arbitra, mediatora ani strażnika ciągłości państwa. Bardziej jako operatora wielkiego czerwonego przycisku z napisem „WETO”, który został umieszczony w Pałacu wyłącznie po to, żeby regularnie sprawdzać, czy nadal działa.
W pierwszych niespełna czterech miesiącach zawetował 17 ustaw — więcej niż którykolwiek z jego poprzedników na tak wczesnym etapie kadencji. Zestawienie wet pokazało rekordowe tempo prezydenta.
Andrzej Duda bywał nazywany długopisem. Karol Nawrocki postanowił zostać niszczarką. Długopis przynajmniej czasem pozostawia po sobie tekst. Niszczarka produkuje paski, a następnie wygłasza orędzie o ochronie papieru.
Oczywiście prezydent ma konstytucyjne prawo wetowania ustaw. Weto nie jest zamachem stanu, tylko legalnym narzędziem. Problem zaczyna się wtedy, gdy narzędzie służące kontroli jakości prawa zostaje przerobione na młotek do blokowania wszystkiego, co mogłoby dać rządowi choćby pół sukcesu.
Nawrocki nie łamie konstytucji w prosty, widowiskowy sposób. Nie wnosi jej na mównicę i nie drze na pół. On ją starannie oprawia, ustawia za sobą podczas wystąpień i używa jako dekoracji do politycznej wojny.
Konstytucja mówi, że prezydent jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej i gwarantem ciągłości władzy państwowej. Nawrocki zachowuje się czasem jak gwarant ciągłości konfliktu z rządem. Jego najważniejszym zadaniem wydaje się pilnowanie, żeby państwo przypadkiem nie ruszyło bez zgody partii, która wyniosła go do urzędu.
Kiedy rząd robi krok, prezydent podstawia nogę. Kiedy rząd próbuje ominąć nogę, Pałac Prezydencki organizuje konferencję o naruszaniu prerogatyw głowy państwa. Gdy obywatel pyta, dokąd idziemy, obie strony odpowiadają, że to zależy, kto pierwszy upadnie.
Nawrocki odmówił powołania 46 sędziów i zapowiedział, że przez pięć lat na nominacje ani awanse nie mogą liczyć ci, którzy — według jego oceny — kwestionują porządek konstytucyjny oraz status sędziów wyłonionych po zmianach PiS.
To niezwykła koncepcja niezależności sądów. Sędzia jest niezależny, pod warunkiem że nie wypowiada poglądu, który może zirytować prezydenta. Prezydent nie prowadzi wprawdzie akt osobowych wszystkich sędziów, ale najwyraźniej uruchomił własny system punktów lojalnościowych. Za prawidłową ocenę reform PiS przysługuje awans. Za pytania o status neo-KRS — pięć lat stania przy kasie bez możliwości odebrania nagrody.
Konstytucyjna prerogatywa staje się narzędziem dyscyplinowania środowiska. Nawrocki mówi sędziom, żeby nie zajmowali się polityką, po czym ocenia ich awanse na podstawie ich stanowiska w najbardziej politycznym sporze o sądownictwo. To tak, jakby właściciel kasyna wygłosił wykład o szkodliwości hazardu, nie przerywając rozdawania kart.
Prezydent zawetował również ustawę wdrażającą mechanizm SAFE, dotyczący unijnego finansowania wydatków obronnych. Polska miała uzyskać dostęp do około 43,7 miliarda euro. Nawrocki argumentował, że pożyczka zagraża suwerenności finansowej i może prowadzić do wieloletniego uzależnienia. Rząd utrzymywał, że środki można pozyskać również inną drogą, lecz weto wprowadziło dodatkowy chaos do sprawy dotyczącej bezpieczeństwa.
Rosja prowadzi wojnę za naszą granicą. Europa próbuje zwiększać produkcję broni. Polska prezydentura urządza spór proceduralny o to, kto ma prawo podpisać kredyt. Nieprzyjaciel może spokojnie poczekać. Wie, że zanim kupimy amunicję, rozstrzygniemy, czy pocisk jest wystarczająco suwerenny.
Ostatnio Nawrocki zawetował ustawę o statusie osoby najbliższej. Był to ostrożny, kompromisowy projekt umożliwiający dorosłym osobom żyjącym razem uregulowanie między innymi spraw majątkowych, dziedziczenia, alimentów i dostępu do informacji medycznej. Nie wprowadzał małżeństw jednopłciowych. Przewidywał umowę zawieraną przed notariuszem.
Prezydent dostrzegł jednak „ideologiczną presję” i zagrożenie dla szczególnego statusu małżeństwa. Ustawa i przepisy wprowadzające zostały przez niego formalnie zawetowane.
Najwyraźniej polskie małżeństwo jest instytucją niezwykle delikatną. Może przetrwać zdradę, alkoholizm, przemoc, wieloletnią obojętność i wspólny kredyt we frankach, ale mogłoby runąć, gdyby dwie kobiety uzyskały prawo do informacji o swoim stanie zdrowia.
Mąż wracający pijany o czwartej rano nie narusza konstytucyjnej ochrony rodziny. Notariusz sporządzający umowę między dwojgiem dorosłych ludzi — owszem. Nawrocki ochronił więc małżeństwo przed osobami, które nie mogły go zawrzeć. To tak, jakby bronić kolei przed pasażerami autobusów. Prezydent niczego im nie dał, ale dzięki temu tradycyjna rodzina może spać spokojnie. O ile ma mieszkanie, dostęp do psychiatry, żłobek, stabilną pracę i nie musi czekać cztery lata na rozwód.
Dlaczego po tym wszystkim ufa mu 55 procent Polaków?
Po pierwsze, urząd prezydenta sam produkuje zaufanie. Orzeł, flaga, mundur podczas uroczystości, żołnierze, pałac i słowo „prezydent” działają na społeczeństwo jak filtr upiększający. Człowiek w garniturze na tle sztandaru wygląda bardziej odpowiedzialnie, nawet jeśli właśnie tłumaczy, dlaczego kolejnej grupie obywateli nie należy przyznać elementarnych praw.
Po drugie, Nawrocki jest beneficjentem nienawiści do Tuska. Znaczna część wyborców nie ufa mu dlatego, że dokładnie przeanalizowała jego dorobek. Ufa mu, ponieważ nie cierpi premiera.
Polskie zaufanie polityczne rzadko oznacza: „Wierzę, że ten człowiek postąpi uczciwie i rozważnie”. Częściej znaczy: „Wierzę, że skutecznie przeszkodzi tamtym”.
Nawrocki przeszkadza znakomicie. Jest jak sąsiad, który nie umie naprawić windy, ale potrafi zablokować uchwałę wspólnoty, ponieważ administratorka głosowała na niewłaściwą partię. Mieszkańcy nadal chodzą po schodach, lecz część z nich odczuwa satysfakcję, że administratorka przegrała.
Po trzecie, prezydent sprzedaje siłę. Ma postawną sylwetkę, mówi stanowczo, nie okazuje wątpliwości i wygląda jak człowiek, który nawet instrukcję obsługi czyta w trybie rozkazującym.
W epoce lęku ludzie ufają nie tym, którzy najlepiej rozumieją złożoność, ale tym, którzy najsprawniej udają, że złożoności nie ma. Nawrocki nie mówi: „To trudna sprawa, musimy rozważyć konsekwencje”. Mówi: „Nie podpiszę”. Dwa słowa. Zrozumiałe. Męskie. Nie wymagają tabeli. To polityka w wersji dla człowieka zmęczonego czytaniem.
Po czwarte, jego skandale zostały w oczach zwolenników przepisane jako dowody autentyczności. Ustawka świadczy o odwadze. Saszetka nikotynowa o normalności. Mieszkanie seniora jest nagonką mediów. Apartament muzealny drobiazgiem księgowym. Tadeusz Batyr literacką fantazją. Każdy zarzut nie osłabia więzi, lecz ją wzmacnia, ponieważ potwierdza istnienie spisku elit przeciw człowiekowi z ludu.
Im więcej pytań zadają dziennikarze, tym bardziej wyborca jest pewien, że dziennikarze się boją. Im więcej faktów się pojawia, tym łatwiej powiedzieć, że to kampania. W końcu wszystko staje się dowodem niewinności: skala oskarżeń, liczba dokumentów, zgodność świadków, a nawet własne sprzeczne wyjaśnienia zainteresowanego. Polityczna wiara osiąga dojrzałość wtedy, gdy przestaje potrzebować rzeczywistości.
Po piąte, Nawrocki oferuje wyborcy usługę niezwykle cenną: uniewinnienie z poczucia słabości. Jeżeli państwo nie działa, winny jest Tusk. Jeżeli ustawa nie wchodzi w życie, była zła. Jeżeli Europa czegoś od nas oczekuje, atakuje suwerenność. Jeżeli sędzia protestuje, uprawia politykę. Jeżeli mniejszość domaga się praw, wywiera presję ideologiczną.
Świat znowu jest prosty. My jesteśmy dobrzy. Oni przeszkadzają. Prezydent nas broni. Nie trzeba pytać, kto w takim razie obroni państwo przed prezydentem.
Nawrocki ma dziś społeczne zaufanie nie dlatego, że buduje państwo, lecz dlatego, że mistrzowsko odgrywa człowieka stojącego na jego straży. Stoi przed bramą, marszczy brwi, pokazuje legitymację i nikogo nie wpuszcza.
Problem w tym, że za bramą są nie tylko wrogowie. Stoi tam rząd z ustawami, sędziowie z nominacjami, wojsko z rachunkiem za uzbrojenie, ludzie żyjący bez podstawowej ochrony prawnej i obywatele czekający, aż ktoś wreszcie przestanie bronić państwa przed możliwością działania.
Karol Nawrocki nie jest klasycznym niszczycielem instytucji. Niszczyciel zwykle burzy ścianę i zostawia gruz. Nawrocki stawia przed ścianą mównicę, umieszcza obok flagę, zaprasza kamery i wyjaśnia, że otwór powstał w obronie fundamentów. Potem Tadeusz Batyr publikuje recenzję: „Znakomita dziura. Odważna, państwowa, historycznie uzasadniona”.
A 55 procent Polaków odpowiada: — Wreszcie ktoś pilnuje domu. Tylko nikt nie zauważa, że w środku robi się coraz chłodniej.

Dodaj komentarz