
Idiotów nie sieją. Nie trzeba ich podlewać, nawozić ani sprowadzać z zagranicy. Wyrastają samodzielnie, często na żyznej glebie politycznych ambicji, a najdorodniejsze okazy dochodzą do przekonania, że skoro naród powierzył im długopis, powinny nim zatrzymać wszystko, co porusza się bez zgody ich zaplecza.
Karol Nawrocki skierował do Trybunału Konstytucyjnego ustawę o podatku od nadzwyczajnych zysków przedsiębiorstw paliwowych. Ustawa miała przynieść budżetowi około czterech miliardów złotych i częściowo sfinansować pakiet „Ceny Paliwa Niżej”, czyli CPN.
Sama nazwa programu jest znakomita. Starsi Polacy pamiętają CPN jako miejsce, w którym kupowało się benzynę, jeśli akurat była benzyna, miało się kartki i znało człowieka, który wiedział, kiedy przyjedzie cysterna. Rząd postanowił więc przywrócić markę, lecz w nowoczesnej wersji: paliwo miało być tańsze, dostępne i bez konieczności wręczania kierownikowi stacji pół litra w reklamówce.
Prezydent uznał jednak, że z czterema miliardami należy postępować ostrożnie. Zwłaszcza jeśli miałyby zostać zabrane koncernom paliwowym, które z pewnością nie przeżyłyby takiego ciosu bez poważnego ograniczenia liczby marmurowych recepcji, samochodów służbowych oraz premii dla zarządów za dzielne znoszenie nadzwyczajnych zysków.
Nawrocki powołał się na zasadę lex retro non agit, ponieważ ustawa uchwalona latem miała obejmować dochody osiągnięte od początku marca. Prawo nie działa wstecz — oznajmił prezydent, wysyłając ustawę do Trybunału, którego działanie, według ministra finansów, wcześniej sam sparaliżował.
To już nie jest zwykła polityka. To filozofia czasu.
Prezydent nie zgadza się, żeby podatek sięgał do marca, ale bez oporu kieruje ustawę do instytucji, która od lat żyje przeszłością. Trybunał może teraz badać, czy prawo cofa się o kilka miesięcy, samemu pozostając w epoce, gdy wyrok najpierw uzgadniano politycznie, a dopiero później dobierano do niego artykuły Konstytucji.
Oczywiście wątpliwość dotycząca działania prawa wstecz nie jest błaha. Państwo nie może nakładać podatków według zasady: „zarobiłeś legalnie w marcu, ale w lipcu uznaliśmy, że za dużo, więc oddawaj”. To ważny problem prawny, który ustawodawca powinien rozwiązać precyzyjnie, zanim zacznie rozwiązywać nasze portfele.
Tyle że Nawrocki nie ograniczył się do zwrócenia ustawy Sejmowi, zaproponowania poprawki albo wezwania rządu do pilnego usunięcia wad. Wybrał Trybunał Konstytucyjny — polityczną chłodnię, do której wkłada się ustawę świeżą, a wyjmuje ją wtedy, gdy nikt już nie pamięta, po co została uchwalona.
Prezydent nie powiedział więc koncernom paliwowym: „Zapłacicie trochę później”. Powiedział raczej: „Proszę spokojnie zarabiać, sprawa została przekazana do miejsca, w którym nawet kalendarz oczekuje na wyznaczenie terminu”.
Donald Tusk jest ostatnio w formie. Nie wygłosił wykładu o konstytucyjności podatków, nie pokazał trzydziestu siedmiu slajdów ani nie zwołał Rady Gabinetowej do spraw ceny litra oleju napędowego. Napisał krótko:
„Szokująca decyzja prezydenta Karola Nawrockiego. Zablokował ustawę, która pozwalała opodatkować gigantyczne zyski koncernów paliwowych, dzięki czemu można było sfinansować tańsze paliwa na naszych stacjach (program CPN). Pamiętajcie o tym przy dystrybutorach”.
I to jest polityczny strzał prosto w bak.
Tusk wie, że obywatel może nie pamiętać numeru ustawy, daty jej uchwalenia ani różnicy między kontrolą prewencyjną i następczą. Może nawet nie wiedzieć, czym dokładnie zajmuje się Trybunał Konstytucyjny, ponieważ Trybunał od dawna sam ma z tym trudności. Ale obywatel pamięta cenę paliwa. Widzi ją na wysokiej tablicy, zanim zdąży podjechać do stacji, i już z daleka czuje, że państwo znów przygotowało mu spotkanie z ekonomią praktyczną.
Przy dystrybutorze wszyscy jesteśmy konstytucjonalistami.
Kierowca bierze pistolet do ręki, patrzy, jak cyfry biegną szybciej niż paliwo, i zaczyna rozumieć zasadę podziału władz. Rząd obiecuje obniżkę. Prezydent ją zatrzymuje. Trybunał rozważa. Koncern zarabia. Obywatel płaci. System działa.
Andrzej Domański wyliczył, że decyzja Nawrockiego blokuje cztery miliardy złotych przeznaczone na ochronę Polaków przed wysokimi cenami paliw. Prezydent, zdaniem ministra, stanął nie po stronie kierowców, lecz po stronie koncernów osiągających potężne zyski.
Pałac zapewne odpowiedziałby, że stanął po stronie Konstytucji. W polskiej polityce każdy stoi po stronie Konstytucji, tylko zwykle w takim miejscu, żeby zasłonić nią własny interes. Jedni noszą ją w kieszeni, drudzy pod pachą, trzeci używają jako parasola, a jeszcze inni odkrywają jej istnienie dokładnie w chwili, gdy trzeba powstrzymać ustawę przeciwnika.
Nawrocki od początku prezydentury przypomina człowieka, który objął stanowisko kierownika szlabanu i zrozumiał, że jego historycznym zadaniem jest nie podnosić go nigdy.
Nadjeżdża reforma — szlaban. Nadjeżdża ustawa oświatowa — szlaban. Nadjeżdża rozwiązanie korzystne dla par żyjących bez ślubu — szlaban i jeszcze mina obrońcy cywilizacji. Nadjeżdża podatek od nadzwyczajnych zysków paliwowych — szlaban, Trybunał i łacińska sentencja.
Gdyby przez Pałac Prezydencki przechodziła ustawa nakazująca podlewać kwiaty, Nawrocki prawdopodobnie zapytałby, czy nie narusza ona wolności suszy, praw doniczki oraz tradycyjnego modelu kaktusa.
Prezydentura Nawrockiego rozwija się według prostej zasady: jeżeli rząd coś proponuje, musi się w tym kryć zamach. Jeśli propozycja dotyczy sądów — zamach na praworządność. Jeśli edukacji — zamach na dzieci. Jeśli związków partnerskich — zamach na rodzinę. Jeśli tańszego paliwa — zamach na koncern, któremu też przecież należy się odrobina ciepła, zrozumienia i stabilnej marży.
Na szczęście prezydent nie zajmuje się wyłącznie ratowaniem przedsiębiorstw paliwowych przed nieprzyjemnością zapłacenia podatku. Zajmuje się również młodzieżą. Zaprosił młodych ludzi do prezydenckiej rezydencji w Juracie, gdzie mają się odbyć „dwa dni pełne sportu, koncertów, wyjątkowych atrakcji oraz niespodzianek”.
Nawrocki powiedział: „Chcę wsłuchać się w wasze pomysły, rozmawiać o sprawach, które są dla was ważne, spojrzeć na świat waszymi oczami”.
Pięknie! Prezydent zamierza spojrzeć na świat oczami młodych ludzi, najlepiej z tarasu rezydencji na Mierzei Helskiej. Młodzi pokażą mu zapewne, jak wygląda ich świat: drogie mieszkania, niestabilne zatrudnienie, wysokie ceny, problemy psychiczne, kryzys klimatyczny i perspektywa emerytury około roku 2093. Prezydent odpowie, że przygotowano koncert, sport oraz niespodziankę.
Niespodzianką może być cena paliwa w drodze powrotnej.
Trzeba przyznać, że miejsce do rozmowy wybrano znakomicie. Kiedy polityk chce naprawdę usłyszeć młodzież, zaprasza ją do rezydencji państwowej nad morzem, po uprzedniej rejestracji i zapewne selekcji. Jest to kontakt ze społeczeństwem podobny do badania życia ryb z pokładu jachtu. Człowiek patrzy w wodę, widzi błysk i ogłasza, że wsłuchał się w potrzeby dorsza.
Inicjatywa Nawrockiego przypadkiem przypomina Campus Polska Przyszłości Rafała Trzaskowskiego. Oczywiście tylko przypadkiem. Polska polityka jest pełna takich niewinnych zbiegów okoliczności. Jeden polityk organizuje spotkanie młodzieży, drugi w podobnym terminie organizuje własne, ale bardziej narodowe, bardziej prezydenckie i z rezydencją.
Campus Trzaskowskiego ma rozmowy, debaty i polityczne spory. Jurata Nawrockiego będzie miała sport, koncerty, atrakcje i niespodzianki. Różnica jest zasadnicza. Tam młodzież ma dyskutować o przyszłości. Tu przyszłość zostanie dopuszczona do mikrofonu między koncertem a zawodami w przeciąganiu konstytucji.
Można już wyobrazić sobie program. Rano bieg przełajowy pod hasłem „Dogonić własne mieszkanie”. Później konkurs „Znajdź działający Trybunał”. Po obiedzie warsztaty ekonomiczne: „Jak za cztery miliardy nie obniżyć ceny paliwa”. Wieczorem koncert, podczas którego publiczność zaśpiewa prezydentowi, co sądzi o perspektywach swojego pokolenia, ale nagłośnienie zostanie skierowane w stronę morza z przyczyn konstytucyjnych.
Nawrocki przedstawia się jako prezydent aktywny, zdecydowany i bliski ludziom. Aktywność polega na kierowaniu ustaw do Trybunału, zdecydowanie na podpisywaniu decyzji przygotowanych przez własne zaplecze, a bliskość ludzi na zapraszaniu ich tam, gdzie on akurat odpoczywa.
To prezydentura fitness. Dużo ruchu, mało przemieszczania się do przodu.
Nie należy jednak odbierać Karolowi Nawrockiemu konsekwencji. Człowiek naprawdę wierzy, że każde postawienie się rządowi buduje jego wielkość. Wetuje, blokuje, odsyła, kieruje i zawraca. Jeszcze chwila, a zacznie zatrzymywać windy w Pałacu, żeby Donald Tusk przypadkiem nie wjechał na wyższe piętro sondaży.
Problem polega na tym, że prezydent nie jest zatrudniony jako lider opozycji z dostępem do państwowych rezydencji. Ma pilnować państwa, a nie interesu partii, która go wystawiła. Powinien ważyć racje, szukać rozwiązań i odróżniać kontrolę konstytucyjności od automatycznego rzucania piasku w tryby.
Nawrocki tymczasem zachowuje się tak, jakby sukces rządu był jego osobistą porażką, a każda korzyść obywatela wymagała najpierw sprawdzenia, czy przypadkiem nie poprawi notowań Tuska.
Tusk zaś nie musi wiele robić. Wystarczy, że pozwala prezydentowi działać, a później opisuje skutki jednym zdaniem.
„Pamiętajcie o tym przy dystrybutorach” jest dla Nawrockiego groźniejsze niż dwugodzinne przemówienie w Sejmie. To zdanie będzie wracało przy każdym tankowaniu, każdej zmianie cyfr na pylonie i każdym rachunku, który kierowca weźmie do ręki z ostrożnością człowieka otwierającego wynik biopsji.
Prezydent może wówczas tłumaczyć lex retro non agit. Kierowca odpowie własną łaciną, znacznie krótszą i nieprzeznaczoną do publikacji.
Nawrocki chciał być obrońcą Konstytucji, młodzieży, rodzin i zwykłych Polaków. Na razie wyszedł mu obrońca marży oraz animator dwudniowego turnusu w Juracie.
Koncerny zachowają pieniądze. Trybunał zachowa ustawę. Młodzież dostanie koncert. Prezydent dostanie zdjęcia. Kierowca dostanie rachunek.
A Donald Tusk, rzeczywiście w formie, dostał prezent, którego nie musiał nawet pakować. Karol Nawrocki sam go wręczył, sam przewiązał wstążką i jeszcze dołączył kartkę:
„Pamiętajcie o mnie przy dystrybutorach”.
Będziemy pamiętać. Zwłaszcza kiedy pistolet odbije, bak nadal będzie niepełny, a na liczniku pojawi się suma wystarczająca na weekend w Juracie — pod warunkiem że śpi się w samochodzie, nie je i nie wraca.
Idiotów nie sieją. Sami się rodzą. Niektórych później wybierają, a najbardziej ambitni kierują rozsądek do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej.

Dodaj komentarz