
Jeszcze niedawno Turcja była dla wielu europejskich polityków tym niezbyt lubianym krewnym, którego zaprasza się na rodzinne uroczystości wyłącznie dlatego, że wypada. Za duża. Za głośna. Za mało demokratyczna. Za bardzo Erdoğan.
Dzisiaj ten sam krewny nagle okazał się właścicielem jedynego samochodu, który jeszcze jeździ. Historia bywa okrutna dla ludzi przekonanych, że geografia jest kwestią światopoglądu.
Szczyt NATO w Ankarze miał być demonstracją jedności Zachodu. Tymczasem coraz bardziej przypominał spotkanie wspólnoty mieszkaniowej, która właśnie dowiedziała się, że główny sponsor wyprowadza się za ocean i od przyszłego miesiąca rachunki trzeba będzie płacić samemu.
Donald Trump nawet specjalnie tego nie ukrywa.
Europa ma wydawać więcej. Ameryka ma robić mniej. Żołnierzy można wycofać. O bezpieczeństwo niech martwią się Europejczycy. A przy okazji Grenlandia powinna należeć do Stanów Zjednoczonych, bo – jak wyjaśnił amerykański prezydent – jest zbyt ważna, żeby zostawić ją Duńczykom.
To niezwykły talent.
Nie ma praktycznie konferencji poświęconej bezpieczeństwu, której Donald Trump nie potrafiłby zamienić w negocjacje dotyczące zakupu cudzej nieruchomości.
Wyobrażam sobie przyszłoroczny szczyt klimatyczny.
– Musimy ograniczyć emisję CO₂.
– Świetny pomysł. A przy okazji kupimy Alpy.
Na tym tle Recep Tayyip Erdoğan wygląda niemal jak spokojny profesor geopolityki. Nie dlatego, że się zmienił. Dlatego, że zmienił się świat.
Przez lata europejskie stolice z wyższością patrzyły na turecką armię, która uparcie utrzymywała setki tysięcy żołnierzy, rozwijała własny przemysł zbrojeniowy i inwestowała w produkcję dronów, gdy zachodnia Europa zachwycała się „dywidendą pokoju”. Modne było przekonanie, że wielkie wojny należą już do historii, więc można redukować armie, zamykać fabryki amunicji i przerabiać koszary na lofty.
Rosja brutalnie zweryfikowała ten optymizm. Okazało się, że czołgi jednak wróciły. Amunicja też. Fabryki również i nagle Turcja przestała wyglądać jak państwo żyjące przeszłością. Zaczęła wyglądać jak państwo, które przypadkiem przygotowywało się na przyszłość.
To największy paradoks Ankary. Europa przez trzy dekady inwestowała w przekonanie, że wojna jest niemożliwa. Turcja inwestowała w przekonanie, że jest nieunikniona. Dzisiaj to Ankara rozdaje karty. Ma drugą co do wielkości armię NATO. Produkuje własne uzbrojenie. Eksportuje drony.
Za dwa lata obejmie dowodzenie Sojuszniczymi Siłami Reakcji NATO i coraz mniej przypomina petenta pukającego do drzwi Europy. Coraz bardziej przypomina właściciela budynku.
Najzabawniejsze jest jednak to, że wszyscy udają, iż nic się nie zmieniło. Komunikaty końcowe nadal pełne są słów o jedności, partnerstwie i wspólnych wartościach.
Brzmi to pięknie. Zwłaszcza wtedy, gdy gospodarzem jest Recep Tayyip Erdoğan, Donald Trump publicznie nagradza Turcję za „lojalność”, choć jeszcze niedawno karał ją za zakup rosyjskich systemów S-400, a europejscy przywódcy dyskretnie modlą się, żeby amerykański prezydent nie wpadł na kolejny pomysł dotyczący Grenlandii, Kanady albo wycofania wojsk z kontynentu.
Jedność nigdy nie była tak pełna. Ani tak nerwowa. W cieniu tych politycznych teatrów ginie rzecz najważniejsza. Rosja nie przestała być zagrożeniem.
Przeciwnie. Były dyrektor CIA William Burns ostrzega, że ryzyko rosyjskiej prowokacji wobec Polski lub państw bałtyckich jest realne i rośnie. „The Washington Post” pisze o przygotowaniach Europy na taki scenariusz. Donald Tusk mówi, żeby nie wpadać w panikę, ale też niczego nie lekceważyć. Radosław Sikorski odpowiada Kremlowi krótko: „Wiemy, co planujecie”.
To już nie są ćwiczenia z komunikacji kryzysowej. To są komunikaty wysyłane dlatego, że ktoś naprawdę zakłada możliwość kryzysu i właśnie dlatego najbardziej niepokoi mnie coś zupełnie innego.
Rosja planuje prowokacje. Europa planuje zwiększenie produkcji amunicji. Turcja planuje zostać jednym z głównych filarów NATO. A Donald Trump…planuje Grenlandię.
To trochę tak, jakby podczas pożaru kamienicy strażacy dyskutowali o ciśnieniu w hydrantach, architekt projektował nowy system przeciwpożarowy, mieszkańcy wynosili dzieci z płonących mieszkań, a najbogatszy sąsiad zastanawiał się, czy nie kupić parkingu po drugiej stronie ulicy.
Może właśnie dlatego Ankara stanie się symbolem nowego NATO. Nie dlatego, że zapadły tam historyczne decyzje. Lecz dlatego, że po raz pierwszy wszyscy zrozumieli, iż świat, w którym Ameryka rozwiązywała europejskie problemy, właśnie się kończy.
A świat, w którym Europa będzie musiała dorosnąć, dopiero się zaczyna i jak to zwykle bywa z dorastaniem, rachunek przychodzi dokładnie wtedy, kiedy człowiek najmniej ma ochotę go zapłacić.

Dodaj komentarz