NATO, CZYLI KLUB DŻENTELMENÓW, W KTÓRYM WSZYSCY BOJĄ SIĘ JEDNEGO GOŚCIA

Warszawa

Są takie szczyty międzynarodowe, na których przywódcy państw zastanawiają się, jak zatrzymać wojnę, jak wzmocnić sojusze i jak zapewnić bezpieczeństwo setkom milionów ludzi.

A potem jest szczyt NATO w Ankarze. Tutaj najważniejszym pytaniem nie było, co zrobi Rosja. Ani co planuje Iran. Ani nawet jak długo Ukraina zdoła utrzymać front. Największą zagadką było, w jakim humorze obudzi się Donald Trump.

Jeszcze dwadzieścia lat temu dyplomacja polegała na przygotowywaniu dokumentów, analiz i kompromisów. Dziś przypomina organizowanie przyjęcia urodzinowego dla wyjątkowo kapryśnego wujka, któremu nie wolno powiedzieć niczego przykrego, bo obrazi się, przewróci tort i wyjdzie z rodzinnego zdjęcia.

Europejscy dyplomaci nie zastanawiali się więc, jak przekonać Amerykę do większego zaangażowania. Zastanawiali się raczej, jak sprawić, żeby Trump nie obraził połowy sojuszników jeszcze przed deserem.

Według doniesień włoskiej prasy Giorgia Meloni miała nawet zabiegać o możliwie techniczny przebieg obrad. To piękny moment w historii Zachodu. Jeszcze niedawno przywódcy prosili o dłuższe rozmowy strategiczne. Dziś proszą o jak najkrótszy kontakt z prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Trudno się dziwić. Trump przyjechał do Ankary przede wszystkim z szacunku dla Recepa Tayyipa Erdoğana. Sam zresztą powiedział to niemal wprost. Gdyby szczyt odbywał się gdzie indziej, być może w ogóle by go nie było.

To niezwykle pouczające. Artykuł 5 Traktatu Waszyngtońskiego mówi, że atak na jednego członka NATO jest atakiem na wszystkich. Nie wspomina jednak ani słowem, że obecność prezydenta USA zależy od tego, czy gospodarzem jest jego ulubiony autokrata.

Erdoğan zresztą prezent dostał. Jeszcze kilka lat temu Turcja została wyrzucona z programu F-35 po zakupie rosyjskich systemów S-400. Waszyngton tłumaczył wtedy, że nie można jednocześnie kupować najbardziej zaawansowanych samolotów świata i wpuszczać do własnej armii rosyjskiego systemu, który może poznać ich tajemnice.

Brzmiało rozsądnie, ale rozsądek ma jedną wadę. Nie jest szczególnie elastyczny. Trump postanowił więc sankcje znieść. Bo Turcja jest, jak powiedział, „znacznie bardziej lojalna niż wielu innych sojuszników”.

To ciekawa definicja lojalności. Kupujesz rosyjski system przeciwlotniczy. Dostajesz amerykańskie myśliwce. Narzekasz na Europę. Zostajesz filarem Europy.

Jeżeli tak wygląda egzamin z wierności wobec NATO, to nie wiadomo, czy bardziej powinni się martwić Rosjanie, czy nauczyciele logiki.

A przecież to nie koniec. Trump zdążył jeszcze oznajmić, że Grenlandia powinna należeć do Stanów Zjednoczonych. Dania wydaje za mało na obronę, więc – tłumaczył – Ameryka mogłaby nawet wycofać wojska z Europy.

To fascynujące, jak płynnie amerykański prezydent potrafi przechodzić od bezpieczeństwa kontynentu do licytacji nieruchomości. Za chwilę można się spodziewać propozycji, że Portugalia zostanie przejęta za dwa lotniskowce, Belgia za rabat na LNG, a Islandia trafi do pakietu premium dla najbardziej lojalnych klientów.

W tym samym czasie Ukraina zachowywała się chyba najrozsądniej ze wszystkich uczestników szczytu. Nie domagała się już wielkich deklaracji. Nie oczekiwała romantycznych przemówień. Nie prosiła o kolejne owacje na stojąco. Chciała licencji na produkcję pocisków Patriot.

To brutalna lekcja czwartego roku wojny. Na początku konfliktu najcenniejsze były słowa. Dzisiaj najcenniejsza jest linia produkcyjna.

Polska oczywiście również odegrała swoją rolę. Karol Nawrocki pozował do wspólnego zdjęcia niemal ramię w ramię z Wołodymyrem Zełenskim, choć jeszcze niedawno obaj wymieniali się gestami, które bardziej przypominały dyplomację firm kurierskich niż relacje między sojusznikami. Najpierw był spór o nazwę ukraińskiej jednostki wojskowej, potem odebranie Orderu Orła Białego, następnie odesłanie odznaczenia do Warszawy. Symbolika latała między stolicami szybciej niż drony nad Donbasem.

A jednak geografia pozostaje bardziej uparta od politycznych emocji. Polska i Ukraina nie wybiorą sobie innych sąsiadów tylko dlatego, że pokłócili się prezydenci.

Najbardziej niepokojące wydarzyło się jednak już po konferencjach prasowych. Centralne Dowództwo USA ogłosiło rozpoczęcie „potężnych uderzeń” na Iran w odpowiedzi na kolejne ataki na statki w cieśninie Ormuz. Jeszcze niedawno obowiązywał rozejm. Jeszcze niedawno zapewniano o stabilizacji. Dziś znów lecą pociski.

Świat przyspieszył do tego stopnia, że zawieszenie broni bywa już krótsze od promocji w supermarkecie. I chyba właśnie to jest najcelniejsze podsumowanie dnia.

W Ankarze wszyscy mówili o jedności NATO. Trump mówił o Grenlandii. Erdoğan odbierał polityczne prezenty. Ukraina prosiła o możliwość produkowania rakiet. Iran znów znalazł się pod amerykańskim ostrzałem. A Europa, jak zwykle, próbowała sprawiać wrażenie, że nad wszystkim panuje. To trochę tak, jakby orkiestra na Titanicu dyskutowała o nowym repertuarze, podczas gdy kapitan negocjuje z górą lodową cenę za przepłynięcie.

Na szczęście wszyscy zgodnie zapewniają, że Sojusz jest silniejszy niż kiedykolwiek. To zdanie słyszymy regularnie. Im częściej jest powtarzane, tym bardziej przypomina człowieka stojącego po pas w wodzie, który z szerokim uśmiechem przekonuje, że sytuacja jest całkowicie pod kontrolą.

Dopóki oczywiście nie przypłynie kolejna fala.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights