NARODZIE, JEŚLI MNIE SŁYSZYSZ, TO ZNACZY, ŻE MIKROFON DZIAŁA

Warszawa

Są przemówienia wygłaszane do żołnierzy i są przemówienia wygłaszane do własnego odbicia w wypolerowanym pancerzu czołgu.

Karol Nawrocki wybrał w sobotę tę drugą odmianę.

Okazja była właściwie wymarzona do powagi. Święto Wojska Polskiego, rocznica Bitwy Warszawskiej, dwa tysiące żołnierzy, setki maszyn, F-35 nad głowami, wojska sojusznicze, generałowie, sztandary, rodziny wojskowych. Nawet polityk obdarzony przeciętnym instynktem samozachowawczym powinien w takich okolicznościach zrozumieć, że czasami najbardziej prezydencką rzeczą, jaką można zrobić, jest nie prowadzić kampanii wyborczej przez piętnaście minut.

Nawrocki nie jest jednak człowiekiem, który łatwo przepuszcza okazję, kiedy w pobliżu znajduje się mikrofon.

Zaczął od rzeczy rozsądnych. Przypomniał rok 1920, podziękował żołnierzom i ich rodzinom, mówił o narodowej wspólnocie. Padło nawet zdanie całkiem dobre:

„Rakieta nie będzie pytać spadając, czy ktoś głosuje na jedną, czy na drugą partię polityczną”.

Święta prawda. Rakieta nie pyta. Najwyraźniej jednak prezydent pyta.

Bo dosłownie chwilę później okazało się, że choć rosyjska rakieta jest politycznie bezstronna, to szczególnie niebezpieczne dla bezpieczeństwa Rzeczypospolitej pozostaje angielskie słowo SAFE.

Prezydent oznajmił: „Wojsko Polskie nie potrzebuje obcojęzycznych przymiotników”.

Trudno się z tym nie zgodzić. Zwłaszcza podczas defilady, na której nad głową lata F-35, po ulicy suną Abramsy i K2, żołnierze stoją obok Amerykanów i Brytyjczyków, a pół wyposażenia posiada nazwy, których Mikołaj Rej nie przewidział nawet w najczarniejszych snach.

Jeszcze chwila i należałoby zatrzymać Black Hawka do kontroli językowej. Niech się najpierw spolszczy.

Prezydent poszedł jednak dalej: „Na sztandarach Wojska Polskiego od wieków wypisane jest Bóg, Honor i Ojczyzna, a nie SAFE”.

I tutaj retoryka osiągnęła ten szczególny poziom, na którym człowiek chciałby wstać i sprawdzić, czy przypadkiem nie usiadł na pilocie.

Oczywiście, że na sztandarach nie ma SAFE. Na sztandarach nie ma również „obrona przeciwlotnicza”, „leasing”, „amunicja 155 mm”, „Agencja Uzbrojenia”, „NATO” ani „przegląd techniczny co 30 tysięcy kilometrów”.

SAFE nie jest konkurencyjnym mottem narodowym. Jest mechanizmem finansowania obronności.

Porównywanie go z „Bogiem, Honorem i Ojczyzną” przypominałoby protest, że na sztandarze straży pożarnej widnieje „Bogu na chwałę, ludziom na ratunek”, a nie „hydrant”.

Hydrant może być zagraniczny. Byle działał, kiedy się pali, a trochę się pali.

Tym bardziej osobliwie brzmiała ta tyrada, że Nawrocki w marcu zawetował ustawę dotyczącą SAFE, argumentując obawą o zadłużenie i zależność od decyzji Brukseli. Rząd znalazł potem inną drogę i Polska uzyskała dostęp do około 43,7 mld euro, czyli ponad 180 mld zł finansowania obronnego. Co więcej, w czerwcu sam prezydent przyznał, że polski przemysł zbrojeniowy będzie się rozwijał między innymi dzięki kredytowi z Unii Europejskiej. Donald Tusk skomentował wtedy krótko: „Co Pan nie powie…”, a Kosiniak-Kamysz przypomniał, że prezydenckie weto program opóźniło.

Czyli SAFE wygląda trochę jak krewny, którego przy stole rodzinnym publicznie się wypiera, ale kiedy przychodzi z walizką pieniędzy, okazuje się jednak dalekim kuzynem ze  strony mamy.

Radosław Sikorski już przed defiladą zrecenzował prezydenckie zapewnienie, że stoi „zawsze po stronie polskich żołnierzy”, dopisując: „Chyba że trzeba podpisać ustawę o SAFE”.

Złośliwe, ale konstrukcyjnie trudne do zbicia.

Nawrocki dokonał jeszcze jednego odkrycia, niewątpliwie ważnego dla historii ekonomii. Sprzęt wojskowy, powiedział, kupiliśmy „dzięki waszym pieniądzom, dzięki płaconym przez Polaków podatkom”.

No proszę. A człowiek całe życie sądził, że F-35 kupiła Polsce Fundacja Świętego Mikołaja.

Na tym właśnie polega państwo, że czołgów nie finansuje prezydent z kieszonkowego. Kupuje je Rzeczpospolita, czyli kolejne rządy z pieniędzy publicznych i innych instrumentów finansowych. Co więcej, sprzęt, przed którym Nawrocki przemawiał z miną kustosza własnej kolekcji, jest owocem decyzji podejmowanych przez różne ekipy na przestrzeni wielu lat. Umowę na F-16 Polska zawierała w 2003 roku, F-35 kupiono na podstawie kontraktu podpisanego w 2020 roku, a pierwszą umowę wykonawczą na K2 w 2022 roku.

Prezydent jest więc w kwestii tych czołgów mniej więcej w takiej sytuacji jak człowiek, który przyszedł na wesele godzinę przed tortem i zaczyna opowiadać, jak znakomicie zorganizował małżeństwo.

Najpiękniejszy był jednak moment, w którym Nawrocki zapewnił: „Będę dbał, panie premierze, aby dobre projekty obecnego rządu nie zginęły w politycznej rywalizacji po roku 2027”.

Cóż za wielkoduszność. Rząd jeszcze rządzi, wybory jeszcze się nie odbyły, głosy nie zostały oddane, ale prezydent już chodzi po politycznym mieszkaniu z notesem i przykleja karteczki do mebli: tę szafę zostawić następcom, lodówka może zostać, Kosiniakowi podziękować, po 2027 przemalować kuchnię.

Karol Nawrocki jest pierwszym znanym mi prezydentem, który potrafi pełnić funkcję głowy państwa, lidera opozycji oraz komornika przyszłego rządu jednocześnie.

Szczególnie smakowite jest to na tle jego własnej deklaracji sprzed kilku minut: „Spory kończą się tam, gdzie zaczyna się bezpieczeństwo kraju”.

Otóż nie. W sobotę zobaczyliśmy eksperymentalnie, że spory kończą się tam, gdzie kończy się przemówienie prezydenta. A czasami nawet chwilę później.

Nawrocki zdążył najpierw ogłosić polityczny rozejm w sprawach bezpieczeństwa, następnie wykorzystać Święto Wojska Polskiego do polemiki z rządem o SAFE, przypomnieć zasługi poprzedników, zabezpieczyć projekty po wyborach 2027 i wyjaśnić Unii Europejskiej, że na polskim sztandarze nie ma jej angielskich skrótów.

Przemówienie pożarło własną tezę, zanim ucichły brawa.

Był jeszcze moment niemal operowy: „Narodzie! Jeśli mnie słyszysz…”

Naród, o ile znajdował się dostatecznie blisko głośników na Wisłostradzie, słyszał. Pozostała część narodu miała telewizor. Szczęśliwie prezydent nie zażądał odpowiedzi.

To „Narodzie!” jest zresztą charakterystyczne dla Nawrockiego. On rzadko przemawia do ludzi. On ich zwołuje. Zdanie zwykłego polityka u niego dostaje hełm, pas główny, dwa werble i natychmiast rusza zdobywać redutę.

Już dzień wcześniej „Wyborcza” zwracała uwagę na jego wyjątkowo ekspresyjny, niemal dowódczy sposób przemawiania do żołnierzy.

Mamy więc prezydenturę akustyczną. Argument może być przeciętny, byle amplituda była narodowa.

Żeby jednak nie było zbyt łatwo: Donald Tusk w Gdyni także nie spędził poranka na medytacji transcendentalnej. Mówił o „zdradzie, głupocie, brudnych interesach”, o blokowaniu SAFE i o politykach powołujących się na Boga i honor. Czyli podczas Święta Wojska Polskiego premier z prezydentem zademonstrowali narodową jedność w ulubionej polskiej formule: ostrzał artyleryjski na odległość.

Premier strzelał z Gdyni. Prezydent odpowiadał z Wisłostrady. Marynarka i wojska lądowe współdziałały wzorowo. I w tym właściwie tkwi cały smutek tej soboty, bo za plecami polityków stali żołnierze, którzy naprawdę nie mogą sobie pozwolić na taki luksus. Muszą współpracować. Muszą ufać sobie nawzajem. Muszą korzystać z broni amerykańskiej, koreańskiej, polskiej i z systemów sojuszniczych bez sprawdzania, czy nazwa jest dostatecznie słowiańska.

Gen. Stanisław Koziej zwracał zresztą przed defiladą uwagę, że paradny sprzęt jest awangardą polskiej armii, a nie obrazem wszystkich jej realnych zdolności. Za błyszczącymi czołgami pozostają problemy modernizacyjne, logistyczne i organizacyjne, których nie da się zakrzyczeć i może dlatego najbardziej drażniący w przemówieniu Nawrockiego nie był nawet patos.

Patos 15 sierpnia ma swoje miejsce. Nie drażniło też „Bóg, Honor, Ojczyzna”. To przecież tradycja Wojska Polskiego. Drażniło przemycenie partyjnej małości pod mundurem narodowej wielkości.

Prezydent miał przed sobą polskich żołnierzy, za sobą 106 lat historii od Bitwy Warszawskiej i nad sobą samoloty warte miliardy, a jednak koniecznie musiał jeszcze wygrać potyczkę ze skrótem SAFE.

Bitwy Warszawskiej nie wygrał. Programu SAFE nie zatrzymał. Kontraktów na większość defilującego sprzętu też nie podpisywał, ale mikrofon był jego i z tej przewagi skorzystał bez litości.

Najcelniejsze zdanie wygłosił zatem sam Nawrocki: „Rakieta nie będzie pytać, czy ktoś głosuje na jedną, czy na drugą partię”.

Warto je zapamiętać a następnie, najlepiej jeszcze przed następnym Świętem Wojska Polskiego, wyjaśnić jego sens prezydentowi.

Może ciszej. Żeby usłyszał.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights