NARODOWY KONKURS NA DARMOZJADA ROKU

Warszawa

Jestem już w takim wieku, że coraz częściej odnoszę wrażenie, iż mieszkam nie w państwie, lecz uczestniczę w teleturnieju. Nie jest to zresztą teleturniej szczególnie ambitny. Nie ma tam pytań o historię, literaturę, naukę ani nawet o to, jak działa świat. Nie trzeba znać stolic państw, tabliczki mnożenia ani zasad ortografii. Wystarczy jedna umiejętność. Trzeba wskazać człowieka, który żyje lepiej od nas za nasze pieniądze.

To wszystko. Nagrodą jest poczucie moralnej wyższości. Polska od lat organizuje wielki narodowy konkurs pod tytułem „Kto Tym Razem Jest Pasożytem?”.

Pamiętam jeszcze czasy, kiedy pasożytami byli bezrobotni. Potem samotne matki. Następnie emeryci. Później nauczyciele. Następnie urzędnicy. Potem uchodźcy. Za chwilę przedsiębiorcy. Potem znowu urzędnicy. W międzyczasie rowerzyści, ekolodzy, weganie, lekarze, górnicy, pielęgniarki i prawdopodobnie właściciele jamników.

Naród jest twórczy. Zawsze kogoś znajdzie. Tym razem los padł na artystów.

Przyznam, że obserwuję tę debatę z pewnym rozbawieniem. Nie dlatego, że sprawa jest błaha. Przeciwnie. Jest bardzo poważna. Rozbawia mnie natomiast tempo, w jakim zwykli Polacy przeobrazili się w bezwzględnych kontrolerów wydatków publicznych.

Nagle wszyscy zaczęli troszczyć się o kasjerki, o sprzątaczki, o emerytów, o chorych i o podatników. Widok był wzruszający. Tak wzruszający, że człowiek niemal zapominał, iż wielu z tych samych ludzi jeszcze niedawno tłumaczyło kasjerkom, że mogą zmienić pracę, emerytom, że sami są sobie winni, a nauczycielom, że trzy miesiące wakacji to wystarczająca rekompensata za wszystko.

W polskiej debacie publicznej solidarność przypomina parasol wyciągany wyłącznie wtedy, gdy można nim uderzyć kogoś po głowie.

Warto jednak na chwilę zatrzymać się przy faktach, bo internet traktuje fakty mniej więcej tak, jak kot traktuje odkurzacz — z nieufnością, pogardą i gotowością do natychmiastowej ucieczki.

Cała awantura wybuchła po przyjęciu przez rząd projektu ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny. Brzmi to równie porywająco jak instrukcja obsługi drukarki fiskalnej, dlatego błyskawicznie przegrało z dużo bardziej chwytliwym hasłem: „Państwo będzie dopłacać artystom do ZUS-u”.

A kiedy w Polsce pojawia się zdanie zawierające słowa „dopłacać”, „artysta” i „podatnik”, internet reaguje jak człowiek, który wrzucił mentosy do butelki coli.

Projekt nie zakłada stworzenia państwowego programu utrzymania poetów, aktorów i muzyków. Nie przewiduje wypłacania pensji za pisanie sonetów o księżycu ani finansowania egzystencjalnych rozmyślań nad losem paproci. Jego sens jest znacznie bardziej przyziemny.

Chodzi o ludzi, którzy rzeczywiście wykonują zawód artystyczny, ale pracują nieregularnie, projektowo, sezonowo albo za wynagrodzenia, które nie pozwalają na samodzielne opłacanie pełnych składek. Skrzypaczki uczące dzieci w domach kultury. Aktorów grających w objazdowych teatrach. Tłumaczy literatury. Muzyków sesyjnych. Grafików. Autorów książek, którzy nie trafili akurat na listę bestsellerów.

Awantura nie wybuchła o to, że państwo postanowiło wysłać Maryli Rodowicz złoty wózek pełen pieniędzy albo ufundować Szczepanowi Twardochowi trzynastą emeryturę. Wybuchła o coś znacznie bardziej prozaicznego, a przez to mniej medialnego: o składki ZUS dla ludzi wykonujących zawody artystyczne.

Mechanizm przewiduje uzyskanie statusu zawodowego artysty i możliwość częściowego dofinansowania składek społecznych dla osób osiągających niskie dochody z działalności twórczej. Mówimy więc nie o dopłatach do życia, lecz o dopłatach do emerytury, ubezpieczenia zdrowotnego i podstawowego bezpieczeństwa socjalnego.

Krótko mówiąc, do rzeczy, które większość ludzi zatrudnionych na etacie uznaje za tak oczywiste, że zauważa je dopiero wtedy, gdy ich zabraknie.

Ale rzeczywistość przegrała z wyobraźnią.

Internet zapełnił się obrazkami przedstawiającymi zmęczoną kasjerkę finansującą rzekomo artystę siedzącego całymi dniami w kawiarni z latte i notesem pełnym aforyzmów o cierpieniu.

Nie pomagał fakt, że przeciwnicy projektu znaleźli idealnego bohatera zbiorowej wyobraźni. Nie pokazywali skrzypaczki z domu kultury ani tłumaczki literatury. Pokazywali stereotypowego artystę.

Stereotyp zawsze wygrywa z rzeczywistością. Jest krótszy. Łatwiej mieści się w poście na Facebooku i właśnie wtedy debata przestała dotyczyć ustawy. Zaczęła dotyczyć emocji.

Gdyby chodziło wyłącznie o pieniądze, musielibyśmy codziennie organizować manifestacje pod stadionami budowanymi za publiczne środki, pod spółkami skarbu państwa zatrudniającymi politycznych kuzynów oraz pod rozmaitymi funduszami, agencjami i instytutami rozmnażającymi się szybciej niż króliki po dopalaczach.

Ale tam emocji nie ma. Tam są miliardy. Tutaj jest artysta. A artysta jest wdzięcznym celem. Kłopot polega na tym, że stereotyp ten żyje w Polsce od dawna. Dla wielu ludzi artysta pozostaje kimś podejrzanym: ani prawdziwym przedsiębiorcą, ani prawdziwym pracownikiem. Kimś, kto — jak głosi ludowa legenda — więcej czasu spędza na rozmowach o sztuce niż na samej pracy.

Jest to obraz fascynujący. Zwłaszcza dla każdego, kto zna choć jednego prawdziwego pisarza, muzyka, tłumacza, aktora, grafika czy poetę. Znam takich ludzi od lat. Większość z nich nie przypomina gwiazd. Przypomina raczej ludzi zastanawiających się, czy wystarczy im pieniędzy do końca miesiąca.

Polska uwielbia kulturę. Pod warunkiem że jest darmowa. To jedna z naszych najpiękniejszych narodowych sprzeczności. Uwielbiamy książki, ale nie kupujemy książek. Uwielbiamy ambitne media, ale najlepiej za darmo. Uwielbiamy teatr, pod warunkiem że ktoś inny zapłaci za bilet. Uwielbiamy kulturę mniej więcej tak, jak uwielbiamy ćwiczenia fizyczne. W teorii. Z bezpiecznej odległości.

Jako człowiek wychowany w liberalnym świecie wierzyłem kiedyś, że rozwój gospodarczy automatycznie przyniesie rozwój społeczny. Wydawało się to logiczne. Ludzie będą bogatsi, bardziej wykształceni, bardziej otwarci i bardziej zainteresowani wspólnotą.

Historia postanowiła zakpić z tej teorii. Okazało się, że człowiek może mieć szybki internet, pięć platform streamingowych, samochód z ekranem większym od telewizora z mojego dzieciństwa i nadal być przekonany, że największym zagrożeniem dla kraju jest poeta próbujący opłacić składkę ZUS.

Być może najbardziej niepokoi mnie nie sama niechęć do artystów, lecz łatwość, z jaką kolejne grupy społeczne ustawia się przeciw sobie. Kasjerkę przeciw aktorowi. Nauczyciela przeciw przedsiębiorcy. Urzędnika przeciw pielęgniarce.

Patrzę czasem na tę debatę i przypomina mi się stara kamienica z mojego dzieciństwa. Lokatorzy godzinami potrafili kłócić się o to, kto zostawił rower na klatce schodowej albo kto za dużo korzysta z piwnicy. W tym samym czasie właściciel budynku spokojnie podnosił czynsz.

Dzisiaj mam wrażenie, że Polska stała się właśnie taką kamienicą. Na każdym piętrze trwa awantura. Poeci krzyczą na przedsiębiorców. Przedsiębiorcy na nauczycieli. Nauczyciele na urzędników. Urzędnicy na artystów. A gdzieś ponad tym wszystkim siedzi współczesny właściciel kamienicy i z rozbawieniem obserwuje zamieszanie.

Być może właśnie dlatego najbardziej potrzebujemy dziś nie kolejnej wojny o przywileje, lecz odrobiny solidarności.

Słowa niemodnego, wyśmiewanego i podejrzanego. Ale niezwykle użytecznego. Bo jeśli będziemy nadal organizować kolejne edycje narodowego konkursu na darmozjada roku, wcześniej czy później każdy z nas wygra.

A wtedy okaże się, że nagrodą główną jest samotność.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights