NARÓD DO WYNAJĘCIA

Warszawa

Politycy od dawna mają pewną słabość. Nie wystarcza im, że wygrywają wybory. Chcą wygrać historię, moralność, patriotyzm, a najlepiej jeszcze zdrowy rozsądek. Zwycięstwo wyborcze jest dla nich zaledwie przystawką. Daniem głównym pozostaje przekonanie obywateli, że od tej chwili państwo jest już właściwie ich prywatnym folwarkiem, a konstytucja przypomina bardziej instrukcję obsługi ekspresu do kawy niż najwyższy akt prawny Rzeczypospolitej.

We wtorek Karol Nawrocki postanowił wykonać kolejny krok na tej drodze.

Na swoim koncie w serwisie X opublikował obszerny wpis poświęcony relacjom Polski z Ukrainą oraz Stanami Zjednoczonymi. Przekonywał, że od początku miał rację w sprawie Fortu Trump, że jego polityka wobec Wołodymyra Zełenskiego okazała się słuszna i że przeciwnicy polityczni dopiero po czasie dojrzewają do jego ocen. To wszystko mieści się jeszcze w granicach zwykłej politycznej autopromocji. Demokracja zna gorsze przypadki narcyzmu.

Potem jednak padło zdanie, które powinno zapalić wszystkie czerwone lampki. Prezydent napisał:

„Jestem wierny Polsce. Dlatego mam obowiązek narzucać wolę Narodu tym, którzy nie czują się wobec Polek i Polaków szczególnie zobowiązani.”

Nie: „reprezentować”. Nie: „realizować program”. Nie: „korzystać z prerogatyw”.

Narzucać. Jedno słowo. Jedno bardzo niebezpieczne słowo.

Bo konstytucja nie zna takiego uprawnienia. Prezydent Rzeczypospolitej nie został wyposażony w kompetencję narzucania komukolwiek „woli narodu”. Polska nie jest republiką prezydencką. Nie jest systemem, w którym głowa państwa wydaje polecenia rządowi, parlamentowi czy obywatelom, zasłaniając się mistycznym mandatem narodu.

Twórcy Konstytucji z 1997 roku właśnie przed takim myśleniem chcieli Polskę zabezpieczyć.

Dlatego władzę rozdzielili. Naród wybiera prezydenta. Naród wybiera parlament. Parlament powołuje rząd. Sądy kontrolują legalność działań wszystkich.

To nie jest wada systemu. To jego największa zaleta. W demokracji nikt nie dostaje aktu własności na naród, a jednak Karol Nawrocki zaczął mówić tak, jakby taki akt notarialny właśnie odebrał.

To zresztą wpisuje się w coraz wyraźniejszy sposób sprawowania przez niego urzędu. Kilka miesięcy temu zawetował ustawę wdrażającą program SAFE, który otwierał Polsce dostęp do 43,7 miliarda euro preferencyjnych środków na inwestycje obronne. Rząd wykorzystał inną podstawę prawną, podpisał porozumienie z Komisją Europejską, a dziś z programu finansowane są inwestycje w Tarczę Wschód, systemy przeciwlotnicze, antydronowe i modernizację przemysłu zbrojeniowego. Ministerstwo Obrony informowało już o dziesiątkach zawartych kontraktów o wartości około 120 miliardów złotych.

Najpierw więc było weto. Potem sukces państwa. Na końcu sugestia, że właściwie od początku wszyscy maszerowali dokładnie tam, gdzie prowadził prezydent. To przypomina strażaka, który najpierw odcina wąż z wodą, a później fotografuje się na tle ugaszonego pożaru.

Jeszcze bardziej niepokoi jednak coś innego. Od wielu miesięcy obserwujemy konsekwentne przesuwanie granic prezydenckiej roli. Kolejne weta przedstawiane są już nie jako konstytucyjne narzędzie kontroli ustaw, lecz jako sposób prowadzenia własnej polityki państwa. Coraz częściej słychać sugestie, że to prezydent powinien wyznaczać strategiczny kierunek działań rządu. Teraz dochodzi do tego retoryka o narzucaniu woli narodu.

To nie są już pojedyncze lapsusy. To zaczyna przypominać spójną wizję ustroju. Problem polega na tym, że nie jest to ustrój zapisany w polskiej konstytucji. Jest natomiast bardzo dobrze znany historykom polityki.

Każda demokracja umiera najpierw w języku. Najpierw polityk mówi: „reprezentuję obywateli”. Potem: „jestem głosem narodu”. Następnie: „tylko ja rozumiem naród”. Na końcu zostaje już tylko stwierdzenie, że skoro naród mówi jego ustami, to wszyscy pozostali powinni się podporządkować.

Historia Europy zna ten mechanizm aż za dobrze. Nie chodzi o to, by twierdzić, że Polska stoi dziś na progu autorytaryzmu. Takie uproszczenie byłoby równie nieuczciwe jak twierdzenie, że prezydent może dowolnie rozszerzać swoje kompetencje. Chodzi o coś znacznie prostszego: w demokracji język ma znaczenie. Zwłaszcza język używany przez najwyższych przedstawicieli państwa.

Prezydent powinien być strażnikiem konstytucji, a nie autorem jej alternatywnej wersji, bo kiedy głowa państwa zaczyna mówić o „narzucaniu woli narodu”, warto przypomnieć rzecz najbardziej banalną, a zarazem najważniejszą.

Naród nie jest własnością prezydenta. Nie jest własnością premiera. Nie jest własnością żadnej partii. Naród nie potrzebuje polityków, którzy będą mu wyjaśniać, co naprawdę myśli.

Potrzebuje polityków, którzy zrozumieją, że w demokratycznym państwie prawa nawet najwyższy urząd nie daje prawa zawłaszczać pojęć większych od siebie. A „naród” jest właśnie jednym z nich. W przeciwnym razie pozostaje już tylko stara, ponura zasada: kto pierwszy ogłosi się jedynym głosem narodu, ten prędzej czy później uzna, że naród powinien mówić wyłącznie jego głosem. I wtedy kończy się republika, a zaczyna kult politycznej nieomylności.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights