NARÓD BEZ TELEWIZORÓW, PAŃSTWO BEZ LITOŚCI

Warszawa

Jest coś wzruszającego w relacjach polskiego państwa z polskim obywatelem. To związek długi, burzliwy i pełen nieporozumień, przypominający małżeństwo zawarte w czasach Gierka, które dawno utraciło namiętność, ale wciąż trwa dzięki kredytowi hipotecznemu i wspólnej pralce. Od czasu do czasu obie strony przypominają sobie o swoim istnieniu. Obywatel przypomina sobie o państwie zwykle wtedy, gdy dostaje wezwanie, mandat albo nową daninę. Państwo przypomina sobie o obywatelu wtedy, gdy kończą się pieniądze.

I właśnie nadszedł ten piękny moment.

Po wielu latach udawania, że abonament RTV jest żywym organizmem, a nie zabytkiem archeologicznym z epoki telewizorów Rubin, ktoś wreszcie odważył się spojrzeć prawdzie w oczy. Prawda była brutalna. Polacy abonamentu nie płacą. Nie dlatego, że są źli. Nie dlatego, że nienawidzą mediów publicznych. Nie dlatego nawet, że są szczególnie przebiegli. Po prostu przez lata nauczyli się traktować abonament RTV jak Yeti, potwora z Loch Ness albo sprawiedliwy system podatkowy. Wszyscy o nim słyszeli, ale mało kto widział go na własne oczy.

Przez całe dekady trwał osobliwy teatr absurdu. Państwo utrzymywało, że kontroluje odbiorniki radiowe i telewizyjne. Obywatele utrzymywali, że żadnych odbiorników nie posiadają. Kontrolerzy Poczty Polskiej wyruszali w teren z minami ludzi szukających Świętego Graala. Dzwonili do drzwi, zaglądali do mieszkań, próbowali ustalić, czy za firanką nie ukrywa się przypadkiem telewizor prowadzący działalność wywrotową przeciwko budżetowi państwa.

Cała operacja przypominała polowanie na jednorożce przy użyciu formularzy urzędowych.

Teraz jednak nadeszła nowa epoka. Epoka cyfrowa. Epoka sztucznej inteligencji. Epoka, w której lodówka potrafi wysłać wiadomość do telefonu, a samochód wie więcej o kierowcy niż jego własna rodzina. W tej nowoczesnej rzeczywistości państwo doszło do wniosku, że dalsze ściganie telewizorów nie ma większego sensu.

To był moment prawdziwego olśnienia. Skoro nie można znaleźć odbiornika, trzeba znaleźć właściciela.

I tak od 1 stycznia 2027 roku stary abonament RTV ma przejść na emeryturę, a jego miejsce zajmie nowa opłata audiowizualna. Według obecnych założeń będzie wynosiła około ośmiu–dziewięciu złotych miesięcznie, czyli nieco ponad sto złotych rocznie. Kwota sama w sobie nie wygląda może jak zamach na domowy budżet, ale diabeł, jak zwykle, siedzi nie w wysokości rachunku, lecz w filozofii jego wystawiania.

Bo po raz pierwszy nie będzie miało znaczenia, czy ktoś posiada telewizor, radio, antenę satelitarną, kabel od anteny czy nawet wspomnienie po telewizorze. Płacić mają praktycznie wszyscy dorośli podatnicy. Nie dlatego, że korzystają z mediów publicznych, ale dlatego, że istnieją w systemie podatkowym. To rozwiązanie niemal metafizyczne. Dawniej obywatel musiał mieć odbiornik. Dziś wystarczy, że posiada numer PESEL i składa PIT.

Przyznaję, że jest w tym pewna wielkość. To rozwiązanie proste, eleganckie i niemal filozoficzne. Przez lata płaciliśmy teoretycznie za urządzenie. Teraz będziemy płacili za samą możliwość posiadania urządzenia. A może nawet za sam fakt uczestnictwa w społeczeństwie. Człowiek jeszcze dobrze nie zdąży przyjść na świat, a gdzieś w oddali już rozgrzewa się kalkulator.

Nowa opłata audiowizualna brzmi zresztą niezwykle dostojnie. Samo określenie „abonament RTV” pachniało nieco meblościanką, pilotem owiniętym folią i niedzielnym „Teleexpressem”. Natomiast „opłata audiowizualna” brzmi jak projekt przygotowany przez komisję ekspertów, którzy przez trzy tygodnie debatowali nad tym, jak nazwać podatek, żeby broń Boże nie wyglądał jak podatek.

To trochę tak, jakby złodzieja przemianować na specjalistę od relokacji własności prywatnej.

Najzabawniejsze jest jednak uzasadnienie całej reformy. Słyszymy bowiem, że świat się zmienił. Ludzie nie oglądają już telewizji tak jak dawniej. Korzystają z internetu. Oglądają platformy streamingowe. Siedzą na YouTubie. Przerzucają się serialami, podcastami i krótkimi filmikami nagrywanymi przez ludzi, którzy zarabiają fortuny na pokazywaniu, jak otwierają paczkę chipsów.

I wszystko to jest prawda.

Tyle że logika państwa przypomina czasem logikę właściciela restauracji, który zauważył, że klienci przestali przychodzić do lokalu. Normalny restaurator zastanowiłby się, jak ich przyciągnąć. Polski urzędnik wpada natomiast na pomysł znacznie bardziej kreatywny. Skoro ludzie nie przychodzą do restauracji, należy pobierać opłatę od wszystkich przechodniów za możliwość spojrzenia w stronę restauracji.

W końcu mogli wejść. Nie sposób nie podziwiać tej konsekwencji.

Przez lata słyszeliśmy, że cyfryzacja ma ułatwiać życie obywatelom. I rzeczywiście ułatwia. Dawniej trzeba było pamiętać o przelewie. Potem trzeba było pamiętać o terminie. Następnie trzeba było pamiętać o wezwaniu. Teraz nie trzeba pamiętać o niczym. Urząd Skarbowy ma pobierać należność automatycznie przy rozliczaniu podatku dochodowego. Państwo nie będzie już szukało telewizora. Państwo przyjdzie od razu tam, gdzie od zawsze najbardziej lubi zaglądać — do deklaracji podatkowej.

To trochę jak przejście od ręcznego dojenia krowy do nowoczesnej automatycznej hali udojowej. Postęp technologiczny jest niewątpliwy. Komfort operatora wzrasta. Krowa natomiast ma nieco bardziej mieszane uczucia.

Najbardziej urzeka mnie jednak coś innego. Oto bowiem po raz kolejny okazuje się, że polskie państwo jest instytucją niezwykle cierpliwą. Potrafi przez dwadzieścia lat udawać, że system działa. Potrafi przez dwadzieścia lat tolerować fikcję. Potrafi przez dwadzieścia lat prowadzić skomplikowaną grę pozorów. A potem pewnego dnia wstaje rano, przeciąga się, patrzy na obywatela i mówi:

„Dobrze. Pobawiliśmy się. Teraz pokaż portfel”.

I trudno nawet mieć o to pretensje. To jest przecież historia stara jak świat. Każde państwo potrzebuje pieniędzy. Każda władza szuka sposobu na finansowanie swoich instytucji. Każdy budżet przypomina studnię bez dna, do której wrzuca się kolejne miliardy z nadzieją, że tym razem wystarczą.

Problem polega jedynie na tym, że obywatel coraz częściej czuje się jak klient hotelu, który dawno wymeldował się z pokoju, od pięciu lat mieszka w innym mieście, a mimo to regularnie otrzymuje rachunki za minibar, którego nigdy nie otwierał.

Patrząc na całą tę historię, dochodzę do wniosku, że abonament RTV nie umiera. On po prostu przechodzi metamorfozę. Jak gąsienica zmieniająca się w motyla. Jak podatek zmieniający się w opłatę. Jak polityczna obietnica zmieniająca się w konieczność budżetową.

Telewizor znika z równania. Radio przestaje mieć znaczenie. Anteny odchodzą do muzeum techniki. Pozostaje tylko obywatel i państwo, które po raz kolejny patrzą sobie głęboko w oczy.

A kiedy państwo patrzy obywatelowi głęboko w oczy, doświadczony obywatel zawsze odruchowo sprawdza, czy portfel nadal znajduje się w kieszeni.


  1. Elzbieta Swiecicka

    Tak, to mój przypadek, obywatela, który dawno, 7 lat temu wymeldował się z pokoju hotelowego, ale właściciel, czyli państwo szwedzkie, automatycznie pobiera opłatę. W moim przypadku, nie mam telewizora, jest to podatek, który państwo pobiera za możliwość oglądania na komputerze niektórych programów, na tzw SvT Play.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights