
Donald Trump rozstrzygnął właśnie problem, nad którym amerykańscy historycy spierają się od ponad dwóch stuleci: kto był największym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Niepotrzebnie pisano książki, organizowano konferencje, badano archiwa i porównywano prezydentury Washingtona, Lincolna czy Roosevelta. Wystarczyło zapytać Donalda Trumpa.
Trump opublikował bowiem własny ranking amerykańskich prezydentów i, po najwyraźniej niezwykle wyczerpujących konsultacjach z samym sobą, umieścił siebie jako jedynego przedstawiciela osobnej kategorii „The Greatest”. Poniżej znalazło się kilku zaledwie „wielkich”, następnie prawie wielcy, przeciętni, słabi i porażki. Konkurs został więc przeprowadzony wzorowo: Trump ustalił regulamin, Trump wyznaczył jury, Trump dokonał oceny, a następnie Trump zdobył pierwsze miejsce. PKW nie zgłosiła zastrzeżeń, zapewne dlatego, że nie ma jurysdykcji nad Truth Social.
George Washington, który stworzył precedens pokojowego przekazywania władzy i właściwie zdefiniował urząd amerykańskiego prezydenta, został tylko „wielki”. Abraham Lincoln, który przeprowadził kraj przez wojnę secesyjną i ocalił Unię, również dostał zaledwie kategorię „wielki”. Franklin Delano Roosevelt, który wyciągał Amerykę z Wielkiego Kryzysu i prowadził ją przez większość II wojny światowej, także nie osiągnął poziomu Donalda Trumpa.
Trudno się temu dziwić. Washington zakładał państwo, Lincoln ratował je przed rozpadem, Roosevelt walczył z Hitlerem, a Trump przemianował jezioro Ontario na Jezioro Ameryki i już zastanawia się nad Atlantykiem oraz Pacyfikiem. Każda epoka ma swoje wyzwania.
Najpiękniejszy jest przy tym sposób, w jaki Trump rozwiązał problem własnej skromności. Nie umieścił siebie obok Lincolna. Nie napisał, że być może kiedyś historycy uznają jego prezydenturę za wyjątkową. Nie poczekał nawet do końca kadencji. Stworzył po prostu osobne piętro ponad wszystkimi innymi.
To trochę tak, jakby właściciel restauracji zorganizował konkurs kulinarny, sam ugotował zupę, sam ją ocenił, po czym uznał, że Michelin powinien wprowadzić czwartą gwiazdkę dostępną wyłącznie dla jego lokalu.
Co szczególnie zabawne, ranking Trumpa przypomina klasyfikację opublikowaną jeszcze w 1948 roku przez magazyn „LIFE”. Zachował wiele dawnych ocen, dopisał współczesnych prezydentów, których nie lubi, a siebie umieścił na samym szczycie. Po drodze z listy zniknęli między innymi Reagan, Eisenhower, Kennedy czy Nixon. Można więc odnieść wrażenie, że historia Stanów Zjednoczonych została potraktowana trochę jak mieszkanie po remoncie: część starych mebli zostawiono, część wyniesiono, a największy fotel ustawiono dla właściciela.
Nieobecność Reagana jest zresztą szczególnie wdzięczna. Przez dziesięciolecia amerykańscy republikanie niemal modlili się do jego politycznego portretu, ale najwyraźniej nastąpiła zmiana patrona. Trump nie tylko przejął Partię Republikańską. Zaczął przejmować również jej pamięć.
W jego rankingu Obama i Biden trafili do kategorii „porażek”. Trudno było spodziewać się innego rezultatu. Trump nie jest zwolennikiem subtelnego rozróżniania między przeciwnikiem politycznym a największą katastrofą od czasu upadku Cesarstwa Rzymskiego. Jeżeli ktoś przegrał z Trumpem, krytykował Trumpa albo po prostu istniał w okresie, kiedy Trump akurat chciał istnieć bardziej, jego szanse na dobrą ocenę gwałtownie maleją.
Problem robi się zabawniejszy, kiedy porównać tę samoocenę z rankingami historyków. W jednym z najgłośniejszych badań prezydenckiej wielkości z 2024 roku Lincoln znalazł się na pierwszym miejscu, natomiast Trump na ostatnim.
Mamy więc wyjątkową rozbieżność badawczą. Historycy umieszczają go na końcu, Trump umieszcza się na początku, a ponieważ jedna ze stron sporu jest jednocześnie przedmiotem badania, można przypuszczać, że kompromis będzie trudny.
Trump jednak od dawna rozwiązuje podobne problemy w sposób niezwykle skuteczny. Jeżeli sondaż jest niekorzystny, sondaż jest fałszywy. Jeżeli media krytykują, media kłamią. Jeżeli historycy oceniają źle, historycy są zapewne niekompetentni. Natomiast jeżeli Trump ocenia Trumpa, pojawia się wreszcie źródło całkowicie godne zaufania.
Cała ta historia znakomicie pasuje do ostatnich miesięcy jego prezydentury. Trump ma już pozłacany pomnik własnej osoby, Pokojową Nagrodę FIFA, nazwisko dopisywane do rozmaitych przedsięwzięć, pomysły na nowe nazwy akwenów i własną wizję tego, jak powinno się pamiętać historię. Teraz doszedł jeszcze oficjalny ranking wielkości, w którym sam sobie przyznał kategorię niedostępną dla innych.
Nie wiadomo właściwie, po co Trumpowi historycy. Ma przecież Internet.
Można sobie wyobrazić, że następnym krokiem będzie stworzenie własnej encyklopedii. Pierwszy tom zacznie się od hasła „Donald Trump – największy prezydent”. Drugi wyjaśni, dlaczego pierwszy tom miał rację. W trzecim znajdzie się zapewne analiza krzywd wyrządzonych Trumpowi przez ludzi, którzy nie przeczytali dwóch pierwszych.
Wszystko to byłoby jedynie groteskową manifestacją narcystycznego charakteru, gdyby nie fakt, że znaczna część republikańskich wyborców naprawdę przyjęła taki sposób patrzenia na politykę. W badaniach Trump wyraźnie wyprzedza Reagana i Lincolna jako najbardziej podziwiany republikański prezydent. To nie oznacza oczywiście, że nagle stał się historycznie większy od Lincolna. Oznacza natomiast, że w swojej partii osiągnął pozycję, w której przestaje być zwykłym politykiem poddawanym ocenie, a staje się miarą, według której ocenia się innych.
I chyba właśnie tutaj znajduje się sedno całej komedii.
Człowiek naprawdę wielki rzadko musi sam sporządzać tabelę własnej wielkości. Newton nie publikował rankingu fizyków, w którym Newton był jedynym przedstawicielem kategorii „największy”. Mozart nie pisał zestawienia kompozytorów z Mozartem na pierwszym miejscu i Bachem niżej. Maria Skłodowska-Curie nie organizowała plebiscytu, żeby upewnić się, że dwa Noble zostały właściwie docenione.
Trump natomiast nie ufa przypadkowi ani potomności. Potomność może źle zagłosować. Dlatego należy zagłosować za nią.
Jest w tym coś niemal dziecięcego. Chłopiec rysuje zawody, w których sam zdobywa złoty medal, a potem pokazuje rysunek rodzicom. Różnica polega na tym, że ten chłopiec ma osiemdziesiąt lat, Biały Dom, broń atomową i własną sieć społecznościową, na której może natychmiast ogłosić wyniki.

Najbardziej zastanawiające jest jednak to, że Trump nie tylko chce być wielki. On najwyraźniej potrzebuje, żeby wielkość była codziennie potwierdzana. Pomnik musi być złoty. Nagroda pokojowa musi stać na półce. Jezioro powinno nazywać się odpowiednio. Ranking powinien być właściwie ustawiony. Historia musi wiedzieć, gdzie jest jej miejsce.
A miejsce historii znajduje się, rzecz jasna, pod Donaldem Trumpem.
Ludwik XIV miał podobno powiedzieć: „Państwo to ja”. Trump poszedł znacznie dalej, bo państwo jest dla niego najwyraźniej kategorią zbyt ciasną. Musi jeszcze uporządkować geografię, architekturę, pamięć historyczną i klasyfikację prezydentów.
Największą wadą przyszłych historyków będzie więc to, że mogą zechcieć dokonać własnej oceny.
Na szczęście Trump zdążył ich uprzedzić.
Nie trzeba już badać jego miejsca w historii. Wyniki zostały ogłoszone przez zwycięzcę.

Dodaj komentarz