NAFTA, NARCYZ I POMYSŁY IMPERYALNE DONALDA TRUMPA

Warszawa

Niedziela, czyli dzień, w którym normalni ludzie odpoczywają, a Donald Trump rozpoczyna inwazję na kraj z właścicielskimi zapędami. Tym razem padło na Wenezuelę. Tak po prostu: hop siup, w kajdanki i do Nowego Jorku. Dyktator Maduro został porwany jak boss mafii z serialu Netflixa, a Trump niczym reżyser tego odcinka siedzi w Białym Domu i wyjaśnia, że robi to dla… wolności? Demokracji? Nie, dla ropy!

Oto wrócił Donald „Eksport Demokracji w Beczkach” Trump, tym razem bez kamuflażu. Jego misja to nie „przywrócenie porządku” ani „pomoc opozycji”, tylko czysto gospodarcza napaść w stylu petrodolarowego imperializmu. Człowiek, który przez lata nie potrafił odróżnić Iranu od Iraku, teraz rysuje nowy ład geopolityczny, oparty na schemacie z kalkulatora: Wenezuela minus Maduro plus Exxon Mobil równa się tania ropa. Ekonomia po harwardzku, czyli przez armię.

Trump śni o Wenezueli jak kolonizator, który zobaczył kontynent z okna hotelu i stwierdził: „Moje”. Obiecuje, że już za chwilę amerykańskie koncerny naftowe zrobią tam cud gospodarczego zmartwychwstania, podczas gdy prawdziwa historia podpowiada jedno: Amerykanie uwielbiają zaczynać wojny, tylko potem nikt nie wie, co z tym fantem zrobić. Afganistan, Irak, Wietnam — mamy to odhaczone. Teraz czas na tropikalną wersję „shock and awe”, tylko w opakowaniu „low inflation guaranteed”.

Zarządzanie krajem przez zagranicznego miliardera z politycznym ADHD? Amerykanie już raz to przerabiali, w latach 80., kiedy CIA „zarządzała” Nikaraguą, a Reagan był zajęty pokazywaniem mapy, jak dziecko, które znalazło nowy „piaskownicowy” obiekt do ataku. Trump idzie krok dalej: wysyła komandosów, a potem siada przed kamerą i mówi, że zrobił to dla dobra Amerykanów. Oczywiście, że dla ich dobra — przecież tania benzyna do SUV-a to filar cywilizacji.

Chiny, jak przystało na azjatyckiego tradera z sumieniem z tytanu, protestują, ale bez specjalnego zacięcia. Rosja jakby chwilowo zawieszona w szoku, bo Trump zrobił coś, czego nawet oni nie zrobili: po prostu zabrał prezydenta jak pizzę na wynos. OPEC+ gra w klasyczne „wait and see”, co w ich dialekcie znaczy: „Zobaczymy, jak bardzo Ameryka znowu narozrabia”.

W Polsce z kolei niedziela upłynęła pod znakiem innych dziwactw. Kaczyński musi znosić istnienie Morawieckiego jak hemoroidy — nie można ich zignorować, ale nikt się do nich nie chce przyznać. Czy Morawiecki odejdzie z PiS? Nikt nie wie, łącznie z nim samym. To jak pytanie, czy PSL jeszcze istnieje jako partia, czy tylko jako efemeryda na listach wyborczych.

A propos PSL — ich milczenie w sprawie Wenezueli to dowód, że partia rotacyjna może rotować nawet w tematach globalnych. Niby są, ale jakby ich nie było. Czarzasty, który zwykle ma gotową opinię nawet na temat ceny bułki w Radomiu, tym razem też siedzi cicho. Może szykuje felieton o Starbucksie, bo przecież je zamykają.

Zamykają też, niestety, oczy niektórzy komentatorzy, zachwyceni „skutecznością” Trumpa. Ale skuteczność to jedno, a chaos to drugie. Bo kiedy nawet sztuczna inteligencja gubi się w tym, co się wydarzyło, to wiedz, że ktoś naprawdę nie ogarnia. Tak, ChatGPT miał moment, w którym zaprzeczał inwazji — co tylko pokazuje, że nawet algorytmy mają dość tej globalnej telenoweli.

Podsumowując: Trump porwał Wenezuelę, ropa może stanieje, demokracja się nie wzmocni, a świat znowu stał się miejscem mniej przewidywalnym. I jak zawsze, Tusk będzie musiał na forum UE tłumaczyć, że Polska to jednak kraj cywilizowany. W przeciwieństwie do tych, co „zarządzają” ropą jak sklepem monopolowym.

Do poniedziałku, oby z mniej absurdalnym światem.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights