
Na Nowogrodzkiej cyrk trwa, ale dyrekcja uprasza, żeby nie używać słowa „cyrk”, ponieważ cyrk posiada regulamin, program, kasę biletową oraz ludzi, którzy wiedzą, kiedy wejść na arenę.
W Prawie i Sprawiedliwości sytuacja jest bardziej zaawansowana.
Mateusz Morawiecki został już wyrzucony z partii, chociaż formalnie nadal w niej jest. Jego ludzie nie odeszli, ale Jarosław Kaczyński ogłosił, że zrezygnowali. Komitet Polityczny miał ich usunąć, lecz zamiast tego skierował sprawę do rzecznika dyscypliny, który sam nikogo usunąć nie może, ale może wystąpić o usunięcie do Komitetu Politycznego, który właśnie zdecydował, żeby niczego nie decydować.
PiS nie przeprowadza rozłamu. PiS roluje rozłam do następnego posiedzenia.
Wszystko jest jasne, jeśli człowiek nie próbuje zrozumieć.
CZTERDZIEŚCI CZTERY TWARZE ZDRADY, W TYM KILKA PRZEZ POMYŁKĘ
We wtorek Komitet Polityczny PiS zebrał się przy Nowogrodzkiej, żeby ostatecznie przeciąć wrzód, zamknąć etap, wyprowadzić buntowników i pokazać, że partia Jarosława Kaczyńskiego jest zwarta, silna oraz bezwzględnie zdolna do usuwania ludzi, których wcześniej sama zrobiła premierami, ministrami i twarzami historycznego sukcesu.
Przed posiedzeniem wszystko było gotowe.
Jarosław Kaczyński ogłosił wcześniej, że trzydziestu kilku posłów zrezygnowało z członkostwa w partii. Posłowie odpowiedzieli, że nie zrezygnowali. Kaczyński uznał, że jednak zrezygnowali, ponieważ nie podpisali oświadczenia potwierdzającego, że nie należą tam, gdzie należą.
To nowatorska metoda ustalania cudzej woli.
Człowiek mówi:
— Zostaję.
Partia odpowiada:
— Właśnie zrezygnowałeś.
— Ale nie zrezygnowałem.
— Tym gorzej. Rezygnujesz nielojalnie.
O godzinie siedemnastej rozpoczęło się posiedzenie. Po trzech godzinach wyszedł Rafał Bochenek i poinformował, że na czarnej liście są 44 osoby. Niektóre nie złożyły oświadczeń, inne złożyły je na niewłaściwych formularzach.
I wtedy sprawa nabrała właściwej dla polskiej prawicy głębi intelektualnej.
Okazało się, że o losie wielkiej partii, jedności obozu patriotycznego i przyszłości państwa może zdecydować formatka.
Nie poglądy. Nie program. Nie stosunek do NATO, Unii, podatków czy praworządności. Nawet nie stosunek do prezesa, bo ten jest zjawiskiem metafizycznym i nie podlega zwykłej ocenie.
Formatka!
Mariusz Kamiński i Maciej Wąsik mieli przesłać oświadczenia na niewłaściwych drukach. Człowiek może więc być lojalny sercem, duszą, immunitetem i całym życiorysem, a mimo to znaleźć się w kręgu zdrady, ponieważ pobrał załącznik numer dwa zamiast numeru dwa po korekcie.
W PiS patriotyzm jest wieczny, ale formularz traci ważność bez ostrzeżenia.
Dawniej aparat partyjny oceniał pochodzenie klasowe, linię ideologiczną i stosunek do imperializmu. Dzisiaj sprawdza, czy podpis umieszczono w odpowiedniej kratce. Postęp jest niezaprzeczalny. Represja została scyfryzowana, choć zapewne nadal przyjmuje wyłącznie pliki w formacie DOC z 2003 roku.
LOJALKA, KTÓREJ NIE WOLNO NAZYWAĆ LOJALKĄ
Mateusz Morawiecki odmówił podpisania dokumentu, ponieważ — jak mówił — lojalki źle mu się kojarzą, także z latami osiemdziesiątymi. Kierownictwo partii oburzyło się na słowo „lojalka”, ponieważ dokument nie był lojalką.
Był jedynie obowiązkowym oświadczeniem, które należało podpisać w wyznaczonym terminie pod groźbą wyrzucenia z organizacji.
Zupełnie co innego. Lojalka ma nieprzyjemną nazwę. Obowiązkowa deklaracja wyłącznej przynależności organizacyjnej brzmi natomiast jak produkt bankowy dla klientów premium.
Morawiecki jako były bankowiec powinien to rozumieć. Być może wystarczyło nazwać dokument „Oświadczeniem o konsolidacji aktywów lojalnościowych w ramach dominującej jednostki politycznej” i podpisałby trzy egzemplarze, a czwarty zaniósł do compliance.
Nie podpisał. Zamiast tego przedstawił Kaczyńskiemu 21 punktów kompromisu. Dwadzieścia jeden punktów to bardzo dużo jak na kompromis z człowiekiem, który zwykle potrzebuje jednego punktu:
- Zgodzić się z Jarosławem Kaczyńskim.
Morawiecki proponował podobno, że zrezygnuje z funkcji wiceprezesa PiS, nie będzie budował konkurencyjnych struktur i pozostanie zwykłym członkiem partii. Problem polegał na tym, że prezes nie chciał zwykłego Morawieckiego. Chciał Morawieckiego potwierdzonego właściwym drukiem.
Na Nowogrodzkiej człowiek bez lojalki jest jak paragon bez numeru NIP: może istnieć, ale nie da się go zaksięgować.
HARCERZE DOSTALI SPRAWNOŚĆ DYSCYPLINARNĄ
Ludzi Morawieckiego nazwano „harcerzami”. Określenie miało być złośliwe, lecz z każdym dniem staje się coraz trafniejsze. Harcerze mają drużynowego, własne spotkania, tajemnicze zbiórki, program sprawnościowy i przekonanie, że dzięki dobrej organizacji można przetrwać w lesie.
Na Nowogrodzkiej odkryli jednak, że las należy do prezesa, wszystkie namioty stoją na terenie partyjnym, a druh Sasin właśnie zabrał zapałki.
Morawiecki przygotował dziesięć filarów „silnej Polski”. Dziesięć filarów to liczba rozsądna. Cztery podtrzymują konstrukcję, sześć można wykorzystać jako tło podczas konferencji.
Wśród zasad znalazły się szacunek dla prezydenta, suwerenna polityka migracyjna i sprzeciw wobec polityki klimatycznej Unii. Program brzmi więc jak PiS, które przebrało się za PiS i twierdzi, że widzimy coś świeżego.
Rozwój Plus jest na razie Prawem i Sprawiedliwością po liftingu: twarz trochę inna, ale poglądy nadal poznają człowieka na ulicy.
Morawiecki obiecał odwagę, odpowiedzialność i konsekwencję. Nie obiecał łatwej drogi, co jest uczciwe, ponieważ pierwsze kilkaset metrów prowadzi przez partyjny sąd dyscyplinarny.
Wieczorem „harcerze” mieli się spotkać i ustalić, co robić dalej. Zapewne rozważano trzy możliwości:
— założyć klub parlamentarny;
— założyć partię;
— nadal twierdzić, że wszyscy są w PiS, aż ktoś zmieni zamki.
Klub można stworzyć, mając co najmniej 15 posłów. Morawiecki twierdzi, że jego środowisko liczy około 40 posłów, senatora i troje europarlamentarzystów. Matematycznie wystarczy.
Politycznie sytuacja jest bardziej skomplikowana, ponieważ liczebność frakcji w polskiej partii przypomina liczbę grzybów w lesie. Dopóki się ich nie zbierze do koszyka, nie wiadomo, ile naprawdę istnieje, a część po bliższym obejrzeniu okazuje się należeć do kogoś innego.
PREZES NIE WYRZUCA. PREZES DAJE CZAS NA DOBROWOLNE ZROZUMIENIE
Komitet Polityczny mógł podobno usunąć buntowników sam. Nie zrobił tego. Sprawę skierował do rzecznika dyscyplinarnego Karola Karskiego.
Rzecznik może upomnieć, udzielić nagany, skierować sprawę do sądu partyjnego albo poprosić Komitet Polityczny o wykluczenie, a więc Komitet wysłał sprawę do rzecznika, żeby rzecznik mógł wysłać ją z powrotem do Komitetu.
To polityczna wersja reklamacji w spółce Skarbu Państwa: pismo krąży tak długo, aż obywatel umrze albo zmieni numer telefonu.
Oficjalnie chodzi o procedurę. Nieoficjalnie — według rozmówców mediów — Kaczyński może chcieć kupić sobie czas na wyciąganie kolejnych posłów z obozu Morawieckiego. Dochodzi również kwestia pieniędzy: składek parlamentarzystów oraz środków przysługujących klubowi z Kancelarii Sejmu.
Nie twierdzę, że chodzi wyłącznie o pieniądze. W polityce zawsze chodzi przede wszystkim o idee, a pieniądze jedynie przypadkiem siedzą obok nich w pierwszym rzędzie i trzymają teczkę.
Każdy poseł przechodzący do Morawieckiego zabiera bowiem ze sobą nie tylko sumienie, mandat i doświadczenie. Zabiera również składkę.
PiS może stracić wpływy od kilkudziesięciu parlamentarzystów, a jego subwencja już wcześniej została uszczuplona. Rozłam ma więc wymiar duchowy, programowy i księgowy, przy czym księgowy jako jedyny da się policzyć bez konferencji prasowej.
Na Nowogrodzkiej serce partii bije po prawej stronie, ale portfel nosi się po lewej, żeby łatwiej sprawdzać, czy jeszcze jest.
Przedłużenie procedury pozwala także ustalić, kto naprawdę wyjdzie z Morawieckim. Prezes zapewne liczy, że gdy pojawią się konkretne konsekwencje, część harcerzy nagle przypomni sobie, że od dziecka marzyła o sprawności „Wierny Druh Jarosława”.
Jeden już wrócił. Następni mogą uznać, że Rozwój Plus jest znakomitą inicjatywą, lecz akurat poczuli pilną potrzebę rozwoju w przeciwnym kierunku.
MORAWIECKI ZOSTAŁ WYRZUCONY TAK MOCNO, ŻE NADAL JEST WICEPREZESEM
Najpiękniejszy moment nastąpił jednak wtedy, gdy Piotr Müller poinformował, że Morawiecki zrezygnował z funkcji przewodniczącego Europejskich Konserwatystów i Reformatorów „w związku z wykluczeniem z PiS”.
Chwilę później Bochenek wyjaśnił, że Morawiecki formalnie nie został jeszcze wykluczony. Były premier ustąpił więc z funkcji z powodu wydarzenia, które według jego dawnej partii jeszcze nie nastąpiło. To imponujące nawet jak na człowieka, który przez lata potrafił ogłaszać sukcesy programów przed ich rozpoczęciem.
Morawiecki nie został wyrzucony. On jedynie wyciągnął konsekwencje z własnego przyszłego usunięcia.
Można powiedzieć, że dokonał politycznego odpisu aktualizującego. Ryzyko wykluczenia uznał za stratę już poniesioną, zgodnie z zasadą ostrożnej wyceny aktywów. Bochenek mówił jedno. Müller drugie. Kaczyński wcześniej trzecie. Statut sugerował czwarte. Na koniec każdy widz wiedział mniej niż przed konferencją, co w PiS jest uznawane za skuteczną komunikację.
ZIOBRO PODPISAŁ, BO WOLNOŚĆ JEST NAJWAŻNIEJSZA, ALE NIE AŻ TAK
Rafał Bochenek poinformował również, że Zbigniew Ziobro złożył wymagane oświadczenie. Nie wiedział natomiast, jak zachował się Marcin Romanowski.
To wzruszające. Ziobro, który walczy z systemem, reżimem, prześladowaniami i politycznym bezprawiem, znalazł jednak chwilę, żeby prawidłowo wypełnić partyjną formatkę.
Można rzucić wyzwanie polskiej prokuraturze, sądom, rządowi i procedurom ekstradycyjnym. Nie należy igrać z sekretariatem przy Nowogrodzkiej. Ziobro może nie ufać polskiemu wymiarowi sprawiedliwości, ale ufa formularzowi zatwierdzonemu przez prezesa. Każdy ma swoją granicę buntu.
Morawiecki porównuje lojalkę do ponurych praktyk z lat osiemdziesiątych. Ziobro najwyraźniej uznał, że dokument jest niewinny i należy go podpisać, zanim prezes dopisze na dole kolejną rubrykę.
SASIN, CZARNEK I RESZTA ORKIESTRY STROI INSTRUMENTY
W tle trwa walka o sukcesję po Jarosławie Kaczyńskim, choć wszyscy zainteresowani zapewniają, że sukcesji nie ma, walki nie ma, a prezes będzie kierował partią tak długo, jak długo Polska będzie wymagała ratowania przed ludźmi, których prezes wcześniej sam powołał.
Jacek Sasin zarzucał Morawieckiemu, że źle znosi sytuację, w której ktoś inny znajduje się w centrum. Kryzys miał się zaostrzyć, gdy jako kandydata na przyszłego premiera wskazano Przemysława Czarnka, a nie byłego premiera. Według relacji Onetu Sasin przekonywał, że działania Morawieckiego rozbijają jedność partii.
Trudno odmówić temu pewnej logiki.
Partia była doskonale zjednoczona, dopóki każdy z kandydatów na następcę prezesa wierzył, że to właśnie on zostanie następcą prezesa. Problem pojawił się, gdy prezes zaczął wskazywać różnych następców różnym następcom.
Morawiecki ma bankowców i harcerzy. Czarnek ma temperament, twardy elektorat i zdolność wygłoszenia pięciu mocnych zdań, zanim rozmówca zdąży zdjąć płaszcz. Sasin ma doświadczenie w organizowaniu przedsięwzięć, które pozostawiają po sobie faktury i wspomnienia. Ziobro ma oświadczenie na właściwym druku.
Nad wszystkim czuwa Kaczyński, który przypomina dyrektora cyrku sprawdzającego, dlaczego artyści walczą o stanowisko następnego dyrektora, skoro przedstawienie wciąż trwa.
Każdy chce ratować partię. Niestety każdy przed pozostałymi ratownikami.
PIĄTY ROZŁAM, CZYLI TRADYCJA, NIE KRYZYS
Jan Dziedziczak powiedział przed posiedzeniem, że to piąty rozłam w PiS, jaki przeżywa.
Piąty. Po takim wyniku nie mówi się już o kryzysie. Mówi się o cyklu życia organizacji. Niektóre partie organizują kongresy. PiS organizuje rozłamy. Pozwala to przewietrzyć szeregi, policzyć lojalnych, wymienić zamki i ponownie ogłosić jedność.
Rozłam w PiS jest jak remont łazienki: odbywa się co kilka lat, trwa dłużej, niż planowano, kosztuje więcej, a przez cały czas ktoś twierdzi, że to wina poprzedniego fachowca.
W przeszłości odchodzili ludzie Ziobry, Kowala, Poncyliusza, Kluzik-Rostkowskiej i innych środowisk, które odkrywały, że w partii Jarosława Kaczyńskiego można mieć własne zdanie, pod warunkiem że prezes już je wcześniej wypowiedział.
Część wracała. Część znikała. Część zakładała ugrupowania, których nazwy brzmiały dumnie przez pierwsze pół roku, a potem pojawiały się wyłącznie w pytaniach teleturniejowych.
Morawiecki zna tę historię. Wie, że politycy odchodzący z PiS mają przed sobą dwie drogi. Pierwsza prowadzi do powrotu. Druga również prowadzi do powrotu, tylko po dłuższej konferencji prasowej.
Tym razem skala może być jednak większa. Czterdziestu posłów to nie kanapa. To cała ekspozycja sklepu meblowego. Mogą stworzyć klub, wystawić własnego kandydata na wicemarszałka i rozpocząć budowę samodzielnego projektu.
Mogą też przez pół roku spierać się o to, kto pierwszy usiądzie przy Morawieckim, a potem odkryć, że polityczne centrum nie powstaje od samego używania słowa „rozwój”.
NOWOGRODZKA ZNOWU ZWYCIĘŻYŁA
Tak zakończył się kolejny historyczny dzień polskiej prawicy. Komitet zebrał się, żeby wyrzucić Morawieckiego, ale go nie wyrzucił. Morawiecki zareagował na wyrzucenie, którego nie było. Müller ogłosił wykluczenie. Bochenek ogłosił brak wykluczenia. Karski otrzymał sprawę, którą może odesłać ludziom, od których ją dostał. Kamiński i Wąsik trafili na listę podejrzanych o niewłaściwy formularz. Ziobro podpisał prawidłowo. Romanowski pozostawał zagadką administracyjną.
Harcerze wieczorem zorganizowali zbiórkę, a partia, która przez osiem lat chciała porządkować całe państwo, nie potrafiła ustalić, kto właściwie jest jej członkiem.
Na Nowogrodzkiej nie doszło do rozłamu. Doszło do kontrolowanego pęknięcia jedności z możliwością przedłużenia terminu płatności.
Morawiecki ostrzegł, że procedura może potrwać pół roku albo rok, a rząd będzie się z tego cieszył.
Ma rację. Koalicja rządząca nie musi dziś atakować PiS. Wystarczy, że dostarczy na Nowogrodzką kawę, zszywacze i dodatkowy komplet niewłaściwych formularzy. Resztę partia zrobi sama.
Jarosław Kaczyński chciał pokazać siłę. Morawiecki chciał pokazać samodzielność. Sasin chciał pokazać lojalność. Bochenek chciał wyjaśnić procedurę. W rezultacie zobaczyliśmy czterdzieści cztery nazwiska, trzy wersje wydarzeń, dwa równoległe posiedzenia i jedną partię, która wyszła z sali w kilku kierunkach.
Cyrk trwa. Na arenie stoją harcerze, maślarze, frakcja prezesa, frakcja byłego premiera, kandydaci na przyszłego premiera, rzecznik dyscypliny i rzecznik prasowy usiłujący wyjaśnić, że człowiek jednocześnie należy i nie należy do partii, zależnie od tego, który artykuł statutu właśnie oglądamy.
Publiczność się śmieje. Dyrekcja zapewnia, że śmiech oznacza poparcie.
A Jarosław Kaczyński siedzi w gabinecie i zastanawia się, dlaczego w partii opartej na bezwzględnej lojalności wszyscy są bezwzględnie lojalni przede wszystkim wobec własnej przyszłości.

Dodaj komentarz