
Moskwa musiała mieć wczoraj prawdziwe święto. Na Kremlu pewnie otwierano krymskiego szampana, Miedwiediew wrzucał pijane wpisy o upadku Zachodu, a jakiś pułkownik FSB siedział z rozrzewnieniem nad mapą Polski i mówił do młodszego oficera: „Patrz, Sasza. Oni już sami wykonują naszą robotę. Nawet rubli nie trzeba wydawać”.
Bo trudno o piękniejszy prezent dla rosyjskiej propagandy niż polska prawica robiąca z fałszywego alarmu przeciwpożarowego niemal nowy zamach majowy. Strażacy wyważyli drzwi do mieszkania należącego do rodziny Karola Nawrockiego po zgłoszeniu o pożarze i zagrożeniu życia. Alarm okazał się fałszywy. Koniec historii. W normalnym kraju byłaby to notka pomiędzy prognozą pogody a reklamą tabletek na prostatę.
Ale nie w Polsce. W Polsce każda zepsuta klamka natychmiast staje się „atakiem na demokrację”, „przekroczeniem czerwonej linii” i prawdopodobnie także „niemiecko-rosyjską operacją destabilizacyjną inspirowaną przez Tuska, Sorosa i rowerzystów z Berlina”. Prawica ma dziś niezwykły talent zamieniania wszystkiego w rekonstrukcję Powstania Warszawskiego. Gdyby listonosz pomylił skrzynki pocztowe, Czarnek już po godzinie mówiłby o „metodach stalinowskich”.
Jarosław Kaczyński oczywiście nie zawiódł. Człowiek, który przez ostatnie dwadzieścia lat zbudował cały przemysł politycznej paranoi, natychmiast ogłosił, że „ta władza to zło w czystej postaci”. I tutaj pojawia się pewien problem natury logistycznej. Jeśli każde wejście strażaków do pustego mieszkania jest już totalitaryzmem, to zaczynam się zastanawiać, jak PiS nazywał własne lata rządów, kiedy służby śledziły opozycję Pegasusem niczym zazdrosny chłopak przeglądający telefon swojej dziewczyny po trzech piwach.
Najzabawniejsze jest jednak to, jak błyskawicznie całe środowisko prawicy rzuciło się do budowania narracji o „oblężonej twierdzy”. Oni wręcz kochają takie sytuacje. PiS bez poczucia prześladowania funkcjonuje mniej więcej tak sprawnie jak disco polo bez keyboardu Casio. Tam zawsze musi być wróg. Zamach. Układ. Spisek. Inaczej ten polityczny silnik po prostu nie odpala.
Nawrocki idealnie odnajduje się w tej estetyce. Człowiek wygląda momentami tak, jakby całe życie marzył o roli bohatera patriotycznego serialu TVP pod tytułem „Wyklęci kontra hydraulicy Tuska”. Każde jego wystąpienie brzmi jak apel wygłaszany podczas rekonstrukcji historycznej sponsorowanej przez IPN i producenta kiełbasy wyborczej.
A przecież fakty są banalne aż do bólu. Służby dostały zgłoszenie o pożarze i zagrożeniu życia. Przyjechały. Weszły siłowo. Nikogo nie było. Koniec. Tak działa państwo. Straż pożarna nie prowadzi seminarium filozoficznego przed wyważeniem drzwi. Strażak nie stoi pod blokiem i nie analizuje, czy mieszkanie należy do sympatyka PiS, PSL czy fanatyka filatelistyki.
Ale prawica potrzebuje dziś atmosfery permanentnej wojny domowej. Potrzebuje ludzi przestraszonych i rozedrganych. Bo tylko wtedy łatwo sprzedać narrację, że oto „Polska jest atakowana”. Zresztą ten mechanizm jest dokładnie taki sam jak u Trumpa. Najpierw latami podważa się zaufanie do instytucji, sądów, służb i państwa. A potem każdy incydent przedstawia się jako dowód tyranii.
I właśnie dlatego na Kremlu naprawdę mogą być zachwyceni. Rosja nie musi dziś destabilizować Zachodu czołgami. Wystarczy internet, polaryzacja i politycy uzależnieni od histerii jak emeryci od „Sanatorium miłości”.
Najbardziej ironiczne jest to, że wszyscy uczestnicy tego widowiska nieustannie mówią o „bezpieczeństwie państwa”. Tymczasem największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa staje się dziś klasa polityczna produkująca emocjonalny chaos szybciej, niż TikTok produkuje idiotów od teorii spiskowych.
Wieczorem telewizje informacyjne znowu pokażą czerwone paski, dramatyczną muzykę i polityków mówiących o „ataku na demokrację”. Strażacy wrócą do gaszenia pożarów. Policjanci do odbierania zgłoszeń. A Jarosław Kaczyński prawdopodobnie znów usiądzie gdzieś w półmroku i będzie opowiadał narodowi, że Polska stoi nad przepaścią.
Co jest o tyle zabawne, że od dwudziestu lat to właśnie on tę przepaść kopie.

Dodaj komentarz