
Mateusz Morawiecki zakłada partię, której jeszcze nie ma, ale która już występuje w sondażach, udziela wywiadów, wzbudza obawy konkurencji i negocjuje przyszłe koalicje. To bardzo nowoczesne ugrupowanie. Nie ma członków, struktur, statutu ani pewnej nazwy, dzięki czemu niczego nie trzeba jeszcze wyjaśniać.
Partia idealna. Nie popełniła żadnego błędu, nie złamała obietnicy, nie pokłóciła się o listy i nie kupiła siedziby od znajomego. Na razie składa się z Mateusza Morawieckiego, programu PowerPoint oraz grupy ludzi stojących blisko drzwi PiS-u i sprawdzających, czy klamka jest od wewnątrz.
Robocza nazwa brzmi Rozwój Plus. To brzmi jak płatny pakiet bankowy. W podstawowym Rozwoju klient otrzymuje obietnicę. W Rozwoju Plus — obietnicę, konferencję prasową i byłego premiera w granatowym garniturze. W wersji Premium dochodzi wykres pokazujący, że Polska już prześcignęła Niemcy, tylko dane zostaną dostarczone później.
Morawiecki jest idealnym patronem partii, która jeszcze nie istnieje. Jako premier również chętnie opowiadał o rzeczach, których jeszcze nie było: milionie samochodów elektrycznych, promach, mieszkaniach, elektrowniach, fabrykach i inwestycjach. Polska pod jego kierownictwem była krajem przyszłości, ponieważ w teraźniejszości trudno było ją znaleźć.
Sondaże nowemu projektowi dają od 2,33 do 6,9 procent. Rozpiętość jest imponująca. To różnica między partią znajdującą się poza Sejmem a partią zdolną negocjować miejsca w rządzie. Rozwój Plus przypomina więc kota Schrödingera: dopóki nie otworzymy urny wyborczej, Morawiecki jednocześnie wchodzi do Sejmu, nie wchodzi, zostaje premierem i prosi o pracę w banku.
W jednym badaniu przekracza próg. W drugim nie przekracza nawet progu zwalniającego. Sam Morawiecki zapewne uzna za wiarygodny sondaż dający 6,9 procent. Ten z wynikiem 2,33 procent zostanie opisany jako element operacji wymierzonej w szeroki obóz patriotyczny, polski rozwój, ambitną przyszłość oraz poprawnie kroju marynarki.
Były premier nie musi jednak od razu tworzyć partii. Wystarczy, że będzie nią groził. To bardziej ekonomiczne. Partia wirtualna nie potrzebuje biur, księgowej ani ludzi roznoszących ulotki. Wystarczy powiedzieć Jarosławowi Kaczyńskiemu: — Mam sześć przecinek dziewięć procent. Kaczyński odpowiada: — Masz dwa przecinek trzydzieści trzy. Wtedy obaj zamawiają trzeci sondaż i uznają go za niezależny, jeżeli wygra właściwy.
Morawiecki nie chce podobno opuszczać PiS. Chce tylko zbudować wewnątrz PiS własną strukturę, własne zaplecze, własną markę, własne listy i własne prawo do negocjacji. To jak lokator, który zapewnia właściciela mieszkania, że nie zamierza się wyprowadzać. Chce jedynie wymienić zamki, podzielić salon, wynająć kuchnię Konfederacji i wystawić właścicielowi rachunek za ogrzewanie.
Jarosław Kaczyński zareagował zgodnie ze swoim demokratycznym temperamentem: nakazał podpisywanie deklaracji lojalności. Każdy parlamentarzysta i eurodeputowany PiS ma do czwartku oświadczyć, że nie należy do organizacji prowadzących działalność polityczną i nie zamierza uczestniczyć w ich spotkaniach, projektach ani wydarzeniach. Członek partii politycznej musi więc przysiąc, że nie będzie działał politycznie bez zgody partii politycznej.
To piękne! PiS postanowił zwalczać rozłam za pomocą formularza. Człowiek może mieć ambicje, frakcję, trzy konta w mediach społecznościowych i prywatne rozmowy z Morawieckim, ale jeśli podpisze kartkę, jedność zostaje uratowana. W PiS papier zawsze miał szczególną moc. Można na nim wydrukować kartę wyborczą, której nikt nie użyje, wyrok Trybunału, którego nikt nie uznaje, albo deklarację lojalności człowieka, który chwilę wcześniej podpisał list poparcia dla buntowników.
Najpiękniejszy przykład dał Daniel Obajtek. Podpisał list w obronie Morawieckiego. Następnie podpisał oświadczenie lojalności wobec Kaczyńskiego. Później wyjaśnił, żeby pierwszego podpisu nie traktować jako nielojalności, a drugiego jako niewierności. Daniel Obajtek jest więc lojalny wobec wszystkich jednocześnie. To człowiek o orientacji politycznej przypominającej stację paliw przy rondzie: można do niego wjechać z każdej strony, zatankować dowolną narrację i wyjechać przekonanym, że kierunek był właściwy. Gdyby Kaczyński kazał podpisać deklarację, że Morawiecki nie istnieje, Obajtek podpisałby ją, po czym zadzwonił do Morawieckiego i zapewnił: — Mateusz, nie bierz tego osobiście. Podpisałem tylko formalnie, że cię nie ma. Politycznie jestem z tobą.
Do rozłamu potrzeba jednak czegoś więcej niż ludzi zdolnych podpisać każdą kartkę. Potrzeba piętnastu posłów, bo tylu wystarczy do utworzenia klubu parlamentarnego.
Morawiecki liczy. Dawniej liczył wzrost gospodarczy, deficyt, inwestycje oraz liczbę mieszkań, których nie zbudowano. Teraz liczy posłów. To trudniejsze, ponieważ mieszkanie przynajmniej nie zmienia zdania po rozmowie z Kaczyńskim.
Piętnaście to liczba magiczna. Przy czternastu Morawiecki jest byłym premierem otoczonym grupą znajomych. Przy piętnastu zostaje liderem klubu, dostaje pieniądze, biura, miejsca w komisjach, czas antenowy i możliwość wystawiania własnych ekspertów, którzy wyjaśnią, dlaczego podział prawicy jest najlepszą drogą do jej jedności. Nowa inicjatywa potrzebuje więc czternastu ludzi poza Morawieckim.
Na prawicy trwa wielkie liczenie szabel. Problem polega na tym, że część szabel jest gumowa, część należy do europosłów, a kilka podpisało już deklarację, że nigdy nie opuści pochwy Kaczyńskiego.
Pod listem Morawieckiego znalazło się 45 nazwisk. Brzmi imponująco, dopóki nie sprawdzi się, ilu sygnatariuszy zasiada w Sejmie, ilu naprawdę odejdzie i ilu podpisało list tylko dlatego, że ktoś powiedział im, iż dotyczy ambitnej Polski, pokoju w partii albo składki na prezent. Polityczne listy poparcia przypominają kartki urodzinowe w biurze. Człowiek podpisuje, bo wszyscy podpisują. Dopiero później pyta:
— A kto właściwie odchodzi?
Morawiecki chce uwolnić swoich „harcerzy” od „maślarzy” związanych z Jackiem Sasinem. Największa partia opozycyjna została więc podzielona na organizację młodzieżową i nabiał. Harcerze Morawieckiego maszerują z kompasem ustawionym na Brukselę, ale śpiewają pieśni o suwerenności. Maślarze Sasina siedzą przy ognisku i sprawdzają, czy można je rozpalić za siedemdziesiąt milionów bez przeprowadzania wyborów.
Sasin swoje stowarzyszenie rozwiązał posłusznie. Powiedział, że je budował, choć go to nie cieszyło. Jacek Sasin często bierze udział w przedsięwzięciach, które go nie cieszą. Wybory kopertowe go nie ucieszyły. Elektrownia w Ostrołęce nie ucieszyła. Teraz nie ucieszyło go własne stowarzyszenie. Zadziwiające, jak wiele smutku można wyprodukować za publiczne pieniądze.
Ludzie Suwerennej Polski także obserwują bunt Morawieckiego z niepokojem. Po politycznym osłabieniu własnego środowiska muszą szeroko rozpychać się w PiS, żeby nie wypaść z list. Przypominają pasażerów autobusu, którzy weszli grupą, zajęli cztery siedzenia, położyli torby na następnych i teraz krzyczą, że Morawiecki blokuje przejście.
Cała prawica mówi dziś o jedności, podczas gdy wszyscy mierzą sobie nawzajem miejsca na listach. Jedność jest tam stanem, w którym pozostali uznają moje pierwszeństwo. Kaczyński chce jedności pod Kaczyńskim. Morawiecki chce jedności z autonomicznym Morawieckim. Czarnek chce jedności mówiącej językiem Czarnka. Ziobryści chcą jedności zapewniającej mandaty ziobrystom. Konfederacja chce zjednoczyć prawicę poprzez odebranie PiS-owi wyborców. Grzegorz Braun też chce jedności, ale po wcześniejszym usunięciu ludzi, którzy nie zgadzają się z Grzegorzem Braunem, czyli większości gatunku ludzkiego.
Krzysztof Bosak słusznie zauważył, że awantura ośmiesza wszystko, co nazywa się prawicą, szczególnie w oczach młodych wyborców. To poważne oskarżenie, bo ośmieszenie polskiej prawicy wymaga dziś dużego wysiłku. Większość pracy wykonuje ona samodzielnie.
Bosak nie cieszy się z możliwości przyjścia Morawieckiego do Konfederacji. Były premier jest dla niego banksterem — człowiekiem z międzynarodowych finansów, zbyt miękkim gospodarczo i podejrzanie dobrze czującym się w garniturze.
Dla Sławomira Mentzena bankier może być jednak bardziej naturalnym partnerem. Obaj lubią liczby, wolny rynek i tłumaczenie, że ich wcześniejsze wypowiedzi zostały wyrwane z kontekstu.
Morawiecki mógłby więc wybierać: negocjować z Kaczyńskim albo z Mentzenem. To pozycja komfortowa. Przypomina człowieka stojącego między dwoma wagonami podczas jazdy. Może przejść w lewo, może przejść w prawo, może też zostać tam, gdzie jest, dopóki skład nie wejdzie w zakręt.
Najbardziej zadowolony z całej awantury może być jednak Karol Nawrocki. Prezydent patrzy na mnożące się prawicowe ugrupowania jak monarcha na wasali. Im więcej książąt, hetmanów, banksterów, harcerzy, maślarzy i zawodowych patriotów, tym częściej wszyscy muszą przyjeżdżać do pałacu po błogosławieństwo.
Nawrocki może rozgrywać Kaczyńskiego Morawieckim, Morawieckiego Mentzenem, Mentzena Braunem, a Brauna cywilizacją. To polityczna wersja bilardu. Prezydent uderza jedną kulę drugą i sprawdza, kto wpadnie do łuzy. Jeżeli nic nie wpada, zawetuje stół.
Rozłam w PiS byłby dla Nawrockiego prezentem. Prezydent przestałby być człowiekiem wyniesionym przez jedną partię, a zacząłby występować jako patron całej podzielonej prawicy. Każda frakcja musiałaby zapewniać, że to właśnie ona jest najbliższa prezydentowi. Nawrocki mógłby przyjmować delegacje, marszczyć brwi, wysłuchiwać propozycji i nie podpisywać niczego. Czyli robić to, co robi najlepiej.
Morawiecki ofiarowałby mu Niderlandy. Nie swoje, oczywiście. Politycy najchętniej ofiarowują to, czego nie posiadają. Morawiecki nie ma dziś partii, pewnych piętnastu posłów ani gwarancji przekroczenia progu, ale już może obiecać Nawrockiemu większość konstytucyjną, nowy porządek prawicy i koronę. To kontynuacja jego stylu zarządzania. Najpierw ogłasza się cel, potem przygotowuje prezentację, następnie przecina wstęgę, a na końcu sprawdza, czy istnieje działka.
Jeśli Rozwój Plus zdobyłby kilka procent, obie Konfederacje utrzymały wysokie poparcie, a PiS przeżył własne samookaleczenie, prawica mogłaby rzeczywiście zbliżyć się do bardzo silnej większości. Wtedy Nawrockiego można byłoby obwołać królem.
Karol I Wetujący. Władca Polski, Strażnik Suwerenności, Wielki Książę Saszetki Nikotynowej, Patron Apartamentów Muzealnych, Pogromca Ustaw i Obrońca Małżeństw przed Notariuszem.
Koronacja odbyłaby się przed Pałacem Prezydenckim. Czarnek wygłosiłby homilię. Sasin odpowiadałby za logistykę. Obajtek zapewniłby paliwo po cenie patriotycznej. Morawiecki przedstawiłby wykres dowodzący, że monarchia zwiększa PKB o osiem procent. Braun zgasiłby świece, ponieważ byłyby zbyt ekumeniczne.
Jarosław Kaczyński obserwowałby uroczystość z pierwszego rzędu, przekonując dziennikarzy, że od początku planował monarchię, tylko niekoniecznie z tym królem.
Nawrocki przyjąłby koronę z właściwą sobie skromnością człowieka, który uważa, że historia wybrała go jeszcze przed napisaniem podręcznika. Tadeusz Batyr opublikowałby następnego dnia recenzję:„Wybitna koronacja. Król silny, męski, historycznie przygotowany. Znam go osobiście i nieraz prosił mnie o radę”.
Problem prawicy polega jednak na tym, że każdy chce być królem, a nikt nie chce zostać poddanym. Kaczyński nie poświęci się dla Morawieckiego. Morawiecki nie poświęci się dla Czarnka. Czarnek nie poświęci własnego mikrofonu dla nikogo. Mentzen nie odda ekonomii Bosakowi. Bosak nie odda partii Mentzenowi. Braun nie odda gaśnicy.
Nawrocki chętnie objąłby wszystkich patronatem, pod warunkiem że patronat nie wymagałby odpowiedzialności za ich programy.
Całe środowisko przypomina rodzinę zgromadzoną przy testamencie, zanim lekarz zdążył stwierdzić zgon. Wszyscy zapewniają o miłości, wspólnych wartościach i szacunku dla seniora, ale dyskretnie sprawdzają księgi wieczyste.
PiS nazywa bunt Morawieckiego „scenariuszem wrogów obozu polskich patriotów”. To wygodna konstrukcja. Gdy PiS się rozpada, nie jest to wynik ambicji, konfliktów ani błędów prezesa. To scenariusz wroga. Wróg napisał stowarzyszenie. Wróg zebrał podpisy. Wróg ustawił sondaże. Wróg prawdopodobnie zmusił Morawieckiego do posiadania ambicji, które były dotąd całkowicie obce temu skromnemu byłemu bankierowi.
Rzecznik partii Rafał Bochenek ogłosił, że czwartkowy termin jest ostateczny, a skutki jego upływu nieodwracalne. Brzmiało to tak, jakby o północy miała eksplodować Nowogrodzka.
Tymczasem chodzi o formularz. Jeśli polityk nie podpisze kartki, przestanie być członkiem partii. Kaczyński postanowił więc rozwiązać problem lojalności metodą operatora telefonicznego: „Aby pozostać w PiS, wyślij SMS o treści PREZES. Brak odpowiedzi oznacza zgodę na opuszczenie klubu. Koszt wiadomości: kariera polityczna plus VAT”.
Michał Dworczyk odpowiedział: „Towarzyszki i Towarzysze”. Marcin Horała zacytował Herberta. Prawica weszła w fazę literacką. To niebezpieczne. Jeszcze kilka dni i Jacek Sasin przeczyta instrukcję obsługi.
Buntownicy wyśmiewają partyjny język, choć przez lata sami nim mówili. Dopiero kiedy komunikat o bezwzględnej lojalności został skierowany do nich, odkryli, że brzmi jak PRL. Wcześniej centralizm był jednością, dyscyplina odpowiedzialnością, a wykonywanie poleceń prezesa troską o państwo. Teraz, gdy pałka partyjna dotknęła własnych pleców, okazało się, że jest parciana.
To częsta droga polskiego demokraty. Najpierw popiera silną władzę. Potem silna władza podejmuje decyzję przeciwko niemu. Wtedy zaczyna cytować Herberta.
Nie wiem, ilu ludzi Morawiecki ostatecznie wyprowadzi z PiS. Może trzydziestu. Może piętnastu. Może czterech i jednego europosła, który przyjdzie tylko na otwarcie. Jeżeli nie zbierze klubu, Rozwój Plus okaże się Rozwojem Minus. Morawiecki zostanie generałem bez armii, wodzem bez pułku i prezesem stowarzyszenia, którego członkowie podpisali, że do niego nie należą.
Jeśli zbierze piętnastu, zacznie się targowanie. Kaczyński zaproponuje miejsca na listach. Mentzen wolność gospodarczą. Nawrocki wspólne zdjęcie. Braun prawdopodobnie egzorcyzm. Morawiecki będzie krążył między nimi z teczką, wykresami i Niderlandami.
Cała ta historia jest zabawna, ale ma też sens poważniejszy. Partia, która przez lata wymagała od państwa podporządkowania jednej woli, sama nie potrafi już podporządkować własnych ludzi. System zbudowany na posłuszeństwie działa doskonale tylko do chwili, gdy podwładni odkrywają, że prezes ma coraz mniej do rozdania. Kiedy władza znika, ideowa jedność zadziwiająco szybko zamienia się w negocjacje o miejsca.
Morawiecki nie buntuje się przeciwko metodom PiS. Buntuje się dlatego, że metody PiS zastosowano wobec Morawieckiego.
Kaczyński nie broni ideowej jedności. Broni prawa do ustalania, kto może mieć ambicje.
Nawrocki nie musi niczego rozwiązywać. Wystarczy, że poczeka, aż wszyscy przyjdą do niego osobno.
Dlatego były premier naprawdę ofiarowuje prezydentowi Niderlandy. Rozbijając PiS, osłabia Kaczyńskiego. Budując nową grupę, zwiększa rolę Pałacu. Przeciągając prawicę na kilka obozów, robi z Nawrockiego arbitra, patrona i potencjalnego monarchę. Tyle że Niderlandy nadal nie należą do Morawieckiego.
Posłów jeszcze nie policzono. Partii jeszcze nie założono. Wyborów jeszcze nie wygrano. Większości konstytucyjnej nie ma. Korona istnieje wyłącznie w wyobraźni ludzi, którzy pomylili sondaż z aktem własności. Na razie Karol Nawrocki dostaje od Mateusza Morawieckiego to, co polska prawica produkuje najsprawniej: cudze państwo, przyszłą większość, nieistniejącą partię i uroczystą obietnicę, że rachunek zapłaci ktoś inny.

Dodaj komentarz