

Ameryka, kraj zbudowany na kawie, kuloodpornych szkołach i filmach o facetach w trykotach, znów wcieliła się w rolę reżysera globalnego cyrku. Tym razem nie chodzi o reboot „Top Gun”, tylko o bombardowanie Caracas i porwanie Nicolasa Maduro w piżamie. Tak, to się wydarzyło. W prawdziwym świecie, nie na Netfliksie.
Donald Trump, człowiek, który słownik dyplomacji pomylił z kartą dań z fast foodu, ogłosił światu, że Stany Zjednoczone przeprowadzają „operację specjalną”. Brzmi znajomo? Putin się zapowietrzył z zazdrości. Trump dorzucił od siebie, że „oglądał wszystko na żywo, jak reality show”. Ciekawe, czy miał popcorn.
Caracas eksploduje, Maduro wyciągnięty z sypialni jak gnom z ogrodu, żona pod pachą, a wszystko transmitowane w triumfalnych tweetach prezydenta USA, który najwyraźnie pomylił Biały Dom z reżyserką „Jackass”.
Motywacja? „Zabrali nam ropę!” – krzyczy Trump, jakby to był fragment musicalu o kolonializmie. Oczywiście chodzi o wolność, demokrację i inne rzeczy, które brzmią dobrze w telewizji. A przy okazji amerykańskie koncerny naftowe już rozpakowują walizki.
ONZ? Po staremu: sekretarz generalny Antonio Guterres wydał oświadczenie, w którym wyraził „głęboki niepokój” i przypomniał wszystkim, że może i mamy XXI wiek, ale Karta Narodów Zjednoczonych dalej obowiązuje. Ursula von der Leyen, jak przystało na europejską matronę stabilności, poprosiła o „pokojową i demokratyczną transformację”, co zabrzmiało jak westchnienie rzucane do pustego pokoju. Kaja Kallas przytakiwała w rytm międzyzdaniowych koniunkcji.
Chiny? „Jesteśmy wstrząśnęci i potępiamy” — powiedzieli z kamienną twarzą, podczas gdy kalkulatory liczyły, ile beczek ropy wyleci przez okno. Rosja? Ławrow grzmiał o „bezprawnym porwaniu legalnego prezydenta”, a Putin dodał, że to „niedopuszczalne”. Słodkie. Facet, który sam napadł na Ukrainę, teraz udaje dziewicę na procesji. Iran i reszta Klubu Międzynarodowych Miłośników Czołgów i Milicji też pokręciła głowami. Nawet Brazylia, z wiecznym uśmiechem Luli, przypomniała, że Ameryka Łacińska nie jest planszą do gry dla Pentagonu.
Tak więc mamy teatr: Trump na scenie z Maduro w kajdankach, ONZ na widowni z regulaminem, którego nikt nie przeczytał, a reszta świata robi miny jak na przyjęciu, gdzie gospodarz upił się i podpalił kanapę.
Tymczasem Trump ogłasza, że USA „będą rządzić Wenezuelą”. Brzmi jak żart, ale niestety to tylko kolejny rozdział amerykańskiej opowieści pod tytułem: „Imperium Kontra Logika”. Kongres dowiedział się po fakcie, bo po co komu zgoda, skoro ma się samouwielbienie?
Z ust Trumpa poleciał deszcz zapewnień: że „będziemy przewodzić Wenezueli do czasu jej bezpiecznej, właściwej i rozsądnej transformacji ustrojowej”. Czyli tak długo, jak im się spodoba. Obiecał grupę wybranych ludzi, którzy mają rządzić krajem, z sekretarzem stanu Marco Rubio na czele — bo przecież nic nie koi wenezuelskich traum jak republikański senator z Florydy. Wenezuela ma zostać „odbudowana”, „infrastruktura zreformowana”, a ropa ma „płynąć, tak jak powinna” — w domyśle do amerykańskich rafinerii.
Trump twierdzi, że Maduro to baron narkotykowy i terrorysta. Może i tak. Ale co zrobił Trump? Wysłał komandosów, jakby odtwarzał scenę z „Rambo”, tylko że bardziej absurdalną. Teraz Maduro płynie na USS Iwo Jima do Nowego Jorku, jakby to była krzyżówka „Titanica” z „CSI: Miami”.
I co dalej? Bo historia zna już takich „wyzwolicieli”, którzy wchodzili z flagą i wracali w trumnie. USA są mistrzami w produkowaniu chaosu i nazywaniu go planem pokojowym. Wenezuelczycy mogą się obudzić z jednego koszmaru w drugim. Bo kiedy imperium zaczyna „tymczasowo rządzić”, to zwykle wychodzi z tego stała obecność, bazy wojskowe i Coca-Cola w parlamentach.
Czy to nowa doktryna? „Szeryf & ropa”? Bo jeśli tak, to szykujcie popcorn. Sezon drugi już się pisze. I oby nie był kręcony w waszym kraju.
Na razie wiemy jedno: Trump zrobił sobie Sylwestra z geopolityki. A świat będzie teraz zbierał petardy z gruzów Wenezueli.

Dodaj komentarz