
Polska przypomina dziś kierowcę, który od kilku godzin słyszy dziwne stukanie spod maski, ale zamiast zatrzymać samochód, podgłaśnia radio. Najpierw trochę. Potem mocniej. W końcu tak głośno, że nie słychać już ani silnika, ani własnych myśli. Samochód jedzie, pasażerowie są zadowoleni, krajobraz za oknem przesuwa się całkiem żwawo, więc wszyscy zgodnie dochodzą do wniosku, że problem najwyraźniej nie istnieje.
Aż pewnego dnia spod maski zaczyna wydobywać się dym.
Właśnie wtedy do akcji wkraczają ekonomiści. To osobliwy gatunek ludzi. Są trochę jak ci krewni, którzy podczas rodzinnego wesela zamiast tańczyć, siedzą pod ścianą i zastanawiają się, kto zapłaci za wynajęcie sali. Kiedy wszyscy wznoszą toast za przyszłość, oni liczą odsetki od kredytu. Kiedy orkiestra gra skoczną melodię, oni przeglądają harmonogram spłat.
I właśnie ci ludzie od liczenia przyjemności innym opublikowali kolejne ostrzeżenia. Polska gospodarka wciąż rośnie. To prawda. Polska nadal rozwija się szybciej niż większość Europy. To również prawda. Problem polega na tym, że coraz częściej przypomina człowieka biegnącego maraton z uśmiechem na twarzy i bólem kolana, którego uparcie nie chce zauważyć.
Przez ostatnie dwadzieścia lat przyzwyczailiśmy się do sukcesu. Polska rosła niemal bez przerwy. Budowaliśmy drogi, galerie handlowe, osiedla mieszkaniowe i narodowe przekonanie, że wzrost gospodarczy jest zjawiskiem równie naturalnym jak wschód słońca. Kiedy ktoś mówił o problemach finansów publicznych, reagowaliśmy mniej więcej tak, jak reaguje człowiek słyszący prognozę końca świata. Kiwa głową, mówi „ciekawe”, po czym wraca do grillowania kiełbasy.
To zresztą nie jest wyłącznie polska specjalność. Każde społeczeństwo lubi dobre wiadomości i nienawidzi rachunków. Tyle że Polska wyniosła tę niechęć do rangi sztuki narodowej.
Wyobraźmy sobie rodzinę, która zarabia dziesięć tysięcy miesięcznie, wydaje trzynaście, a brakujące trzy pożycza od sąsiada. Pierwszego miesiąca nikt się nie przejmuje. Drugiego również. Trzeciego wszyscy przywykają do nowego standardu życia. Po roku rodzina zaczyna uważać pożyczki za jedno ze swoich konstytucyjnych praw. Po dwóch latach domownicy kłócą się już tylko o to, na co przeznaczyć kolejne pożyczone pieniądze.
W pewnym sensie dokładnie tak wygląda dziś polityka.
Jedna partia obiecuje więcej świadczeń. Druga więcej inwestycji. Trzecia więcej ulg podatkowych. Czwarta więcej wszystkiego naraz. Jedyną rzeczą, której nikt nie obiecuje, jest wystawienie rachunku. To byłoby polityczne samobójstwo porównywalne z kampanią wyborczą prowadzoną pod hasłem „Szanowni Państwo, czas zacisnąć pasa”.
Polityk, który powiedziałby dziś prawdę o stanie finansów publicznych, zostałby potraktowany jak człowiek przynoszący gaśnicę na pokaz fajerwerków.
Raporty ekonomistów brzmią tymczasem coraz bardziej nerwowo. Ostrzegają, że okno na spokojne porządkowanie finansów powoli się zamyka. Że dziś można jeszcze hamować łagodnie, stopniowo ograniczać deficyt, rozkładać ciężary na lata. Jeśli jednak nikt nie będzie chciał podejmować niepopularnych decyzji, rzeczywistość zrobi to za polityków. A rzeczywistość słynie z tego, że nie bierze udziału w wyborach i nie interesują jej słupki poparcia.
To właśnie najbardziej fascynuje mnie w całej tej historii.
Politycy zachowują się czasem tak, jakby gospodarka była stworzeniem mitycznym. Jak smok wawelski, którego można nakarmić dowolną ilością owiec, a on i tak pozostanie syty. Tymczasem gospodarka przypomina raczej zwykły domowy budżet. Można przez jakiś czas wydawać więcej niż się zarabia. Można nawet robić to przez wiele lat. W pewnym momencie jednak pojawia się ktoś, kto chce odzyskać swoje pieniądze.
I wtedy kończy się magia.
Najbardziej ironiczne jest to, że ostrzeżenia pojawiają się w momencie, gdy kraj wcale nie wygląda na pogrążony w kryzysie. Sklepy są pełne. Restauracje działają. Bezrobocie pozostaje niskie. Ludzie kupują mieszkania, samochody i wakacje. To trochę tak, jakby lekarz próbował przekonać pacjenta do diety podczas wesela. Pacjent właśnie zjadł trzeci kawałek tortu, orkiestra gra „Jesteś szalona”, a lekarz opowiada o konsekwencjach nadwagi za pięć lat.
Nietrudno zgadnąć, kto wydaje się mniej wiarygodny.
A jednak historia gospodarcza pełna jest krajów, które odkrywały swoje problemy dopiero wtedy, gdy było już za późno. Najpierw przychodził komfort. Potem samozadowolenie. Następnie przekonanie, że prawa ekonomii zostały unieważnione. A na końcu rachunek, który okazywał się znacznie większy od przewidywań.
Polska nie stoi dziś nad przepaścią. To byłaby przesada. Nie jedziemy też na ścianę z zamkniętymi oczami. Ale coraz bardziej przypominamy kierowcę, który widzi znak ostrzegawczy, mija go spokojnie, po czym tłumaczy pasażerom, że znaki przecież od tego są, żeby stały przy drodze.
Najbardziej niepokojące jest coś innego. Wszyscy doskonale wiedzą, co należałoby zrobić. Ekonomiści wiedzą. Urzędnicy wiedzą. Politycy również wiedzą. Problem polega na tym, że między wiedzą a działaniem rozciąga się bezkresna równina zwana kampanią wyborczą.
A kampania wyborcza jest miejscem szczególnym. Tam każdy wydatek jest inwestycją, każdy podatek jest zamachem na wolność, a każde ostrzeżenie ekonomisty traktowane jest jak niestosowny żart psujący atmosferę.
Dlatego Polska przypomina dziś człowieka siedzącego przy suto zastawionym stole. Lekarz właśnie wręczył mu wyniki badań. Kardiolog patrzy z niepokojem. Dietetyk łapie się za głowę. Księgowy liczy rachunki. A on uśmiecha się szeroko, sięga po kolejny kawałek sernika i mówi:
„Spokojnie. Jakoś to będzie”.
I być może rzeczywiście jeszcze przez jakiś czas będzie.
Pytanie brzmi tylko, czy „jakoś” nadal oznacza plan, czy już wyłącznie narodową modlitwę gospodarczą.

Dodaj komentarz