
Są takie dni, kiedy Polska przypomina poczekalnię na dworcu. Jedni nerwowo patrzą na tablicę odjazdów, inni sprawdzają, czy pociąg jeszcze istnieje, a pozostali udają, że wszystko jest pod kontrolą. Środa była właśnie takim dniem. Maturzyści czekali na wyniki egzaminów, pacjenci na obiecaną reformę ochrony zdrowia, generałowie NATO na humor Donalda Trumpa, przedsiębiorcy na decyzję Rady Polityki Pieniężnej, a zwykli obywatele – jak zwykle – na cud.
Cuda jednak nie są specjalnością administracji publicznej.
Poranek należał do maturzystów. Ponad trzysta tysięcy młodych ludzi otworzyło internet z takim samym drżeniem dłoni, z jakim kiedyś otwierano koperty z powołaniem do wojska. Tym razem jednak większość mogła odetchnąć. Ponad 81 procent zdało egzamin dojrzałości. Wynik przyzwoity, nawet nieco lepszy niż przed rokiem. Około 12 procent dostanie jeszcze drugą szansę w sierpniu, a niespełna 7 procent będzie musiało pogodzić się z porażką.
Najbardziej uderza jednak inna liczba. Czterysta szesnaście unieważnionych egzaminów. O ponad siedemdziesiąt procent więcej niż rok wcześniej. Oficjalny powód brzmi elegancko: „niesamodzielna praca”. Dawniej mówiło się po prostu: ściąganie. Dziś zapewne część odpowiedzi pisała sztuczna inteligencja, część podpowiadały elektroniczne gadżety, a część – wieczny polski wynalazek pod tytułem „jakoś to będzie”. CKE walczy z technologią równie skutecznie, jak strażnik miejski z dronem.
Można oczywiście oburzać się na młodzież. Tylko że młodzi bardzo szybko uczą się od dorosłych. Skoro całe życie oglądają polityków, którzy na każde trudne pytanie odpowiadają zmianą tematu, trudno mieć pretensje, że sami próbują znaleźć skróty.
Kilka godzin później pałeczkę przejęła minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda. Zapowiedziała zmiany. Brzmiało poważnie. Maksymalne wynagrodzenia. Koniec kominów płacowych. Korekty wycen świadczeń. Ograniczenie pracy lekarzy w wielu placówkach jednocześnie. Wszystko pod hasłem przejrzystości, bezpieczeństwa pacjenta i odbudowy zaufania. Piękne słowa. Wręcz podręcznikowe.
Problem polega na tym, że od słów nie spadają kolejki do specjalistów. Nie pojawiają się nowi lekarze. Nie przybywa pielęgniarek. Nie skraca się czas oczekiwania na tomograf. Nie naprawiają się szpitale, których dyrektorzy od miesięcy prowadzą księgowość bardziej przypominającą akrobatykę niż zarządzanie.
Cała ta konferencja przypominała malowanie elewacji domu, którego fundamenty właśnie zaczynają pękać. Farba jest nowa. Pędzle profesjonalne. Kamery telewizyjne obecne. Problem w tym, że ściana nadal się osuwa.
Od lat słyszymy o kolejnych „reformach”. Każda jest przedstawiana jako przełom. Każda ma uzdrowić system. A potem okazuje się, że zmieniają się głównie nazwy dokumentów, tabelki w Excelu i minister na konferencji prasowej.
Prawdziwa reforma zaczyna się od zrozumienia procesów. Dzisiaj, w epoce sztucznej inteligencji, modelowania procesowego i analityki danych, państwo mogłoby w kilka miesięcy stworzyć kompletną mapę funkcjonowania całego systemu ochrony zdrowia. Wiedzieć dokładnie, gdzie pacjent stoi w kolejce, gdzie przepływ pieniędzy się załamuje, gdzie lekarz wykonuje zbędną biurokrację, a gdzie marnowane są miliony złotych.
Tymczasem zamiast chirurgii systemowej znowu dostajemy kosmetykę. Taką, która ma uspokoić opinię publiczną po kolejnej aferze. Jak trafnie zauważają komentatorzy, bardziej chodzi o obniżenie temperatury politycznego sporu niż o przebudowę całego systemu.
Po południu oczy świata przeniosły się do Ankary. Tam odbywał się szczyt NATO, który bardziej przypominał rodzinne spotkanie z bardzo bogatym, ale niezwykle obraźliwym wujkiem niż konferencję najpotężniejszego sojuszu militarnego świata.
Donald Trump znów postanowił udowodnić, że dyplomacja może przypominać transmisję z portalu społecznościowego. Tym razem dostało się Hiszpanii, padły kolejne uszczypliwości pod adresem sojuszników, a europejscy przywódcy wykonywali skomplikowaną sztukę uspokajania człowieka dysponującego największym arsenałem nuklearnym świata.
Paradoksalnie szczyt zakończył się sukcesem. Potwierdzono obowiązywanie artykułu 5 Traktatu Waszyngtońskiego, a więc fundamentu wspólnej obrony. To dobra wiadomość dla Polski. Jeszcze ciekawsze są jednak doniesienia, że przyszłoroczny szczyt może zostać przełożony tylko po to, aby ograniczyć kolejne polityczne spektakle amerykańskiego prezydenta. Jeśli dyplomacja zaczyna planować kalendarz pod czyjeś nastroje, oznacza to, że psychologia zastępuje geopolitykę.
W cieniu wielkiej polityki Rada Polityki Pieniężnej pozostawiła stopy procentowe bez zmian. Rynek wstrzymał oddech przed wystąpieniem prezesa Adama Glapińskiego. To już narodowa tradycja. Najpierw wszyscy zastanawiają się, co zrobi RPP, a później jeszcze bardziej zastanawiają się, co miał na myśli prezes.
Była jeszcze liczba dnia. Pięćdziesiąt cztery procent firm chwali funkcję odbierania faktur w KSeF. Jednocześnie ponad jedna trzecia wystawia systemowi najniższą możliwą ocenę za identyfikację dokumentów. To piękna metafora całego państwa cyfrowego. Jedni mówią, że działa znakomicie. Drudzy, że nie działa wcale. Prawdę zna zapewne tylko serwer.
A gdzieś daleko, w Wenezueli, po trzęsieniu ziemi liczba ofiar przekroczyła trzy i pół tysiąca ludzi. Zdjęcia zrujnowanych miast przypominają, że natura nie prowadzi konferencji prasowych. Nie publikuje strategii. Nie obiecuje reform. Po prostu przypomina człowiekowi, jak niewiele naprawdę kontroluje.
I może właśnie dlatego ten dzień był tak osobliwy. Młodzi dowiedzieli się, czy są dojrzali. Politycy próbowali udowodnić, że są skuteczni. Generałowie przekonywali, że świat jest bezpieczny. Ekonomiści zapewniali, że inflacja jest pod kontrolą. Każdy zdawał jakiś egzamin.
Tylko obywatel, siedząc wieczorem przed telewizorem, miał coraz silniejsze wrażenie, że jedynym egzaminem, którego od lat nikt nie chce naprawdę napisać, jest egzamin z odpowiedzialnego rządzenia. Łatwo jest ogłosić reformę. Znacznie trudniej ją przeprowadzić.
A najtrudniej – przyznać, że zamiast remontować pękający dom, od lat jedynie przestawiamy doniczki w salonie.

Dodaj komentarz