
Mateusz Morawiecki jest politykiem nowoczesnym. Nie ma poglądów, które mogłyby mu przeszkodzić w karierze. Ma za to zestaw końcówek.
Jedną do Tuska, drugą do Kaczyńskiego, trzecią do PSL, czwartą do Konfederacji, a ostatnio także różową przejściówkę do kobiet. Wystarczy wybrać odpowiednie gniazdko, lekko docisnąć i były premier natychmiast zaczyna świecić wartościami obowiązującymi w danym pomieszczeniu.
Kiedy pracował przy Donaldzie Tusku, był europejskim technokratą, człowiekiem banku, Excela i eleganckiej troski o produkt krajowy brutto. Gdy przeszedł do PiS, odkrył w sobie suwerenność, patriotyzm gospodarczy i głębokie przekonanie, że Unia Europejska jest dobra głównie wtedy, gdy przelewa pieniądze bez zadawania pytań.
Jako premier Kaczyńskiego był jednocześnie bankierem ludu, socjalistą z kalkulatorem, konserwatystą bez przesadnej ciekawości teologicznej oraz rewolucjonistą, który każdy przewrót rozpoczynał prezentacją w PowerPoincie.
Teraz jest centrystą. To znaczy stoi dokładnie pośrodku własnych możliwości.
Kilka dni temu Morawiecki wystąpił w koszulce z hasłem wspierającym kobiety. Barbara Nowacka przypomniała mu, że za jego rządów policja używała siły i gazu wobec uczestniczek protestów po zaostrzeniu prawa aborcyjnego.
Oczywiście zarzut jest niesprawiedliwy. Mateusz Morawiecki wspiera kobiety. Pod warunkiem, że są nadrukowane na koszulce.
Koszulka jest bezpieczna. Nie protestuje, nie zadaje pytań, nie domaga się praw reprodukcyjnych i można ją zdjąć przed spotkaniem z biskupem. Jest to feminizm tekstylny: pierze się w trzydziestu stopniach, nie wirować, nie wystawiać na debatę publiczną.
Morawiecki nie jest jednak hipokrytą w zwykłym, pospolitym znaczeniu tego słowa. Hipokryta zna swoje poglądy i je ukrywa. U Morawieckiego sprawa jest bardziej zaawansowana technologicznie. On swoje poglądy pobiera na bieżąco, zależnie od zasięgu, sondażu i składu publiczności.
To polityk w chmurze. Program nie jest zainstalowany lokalnie.
Kiedy widzi przedsiębiorców, mówi o deregulacji. Kiedy widzi emerytów, mówi o opiekuńczym państwie. Kiedy widzi narodowców, broni suwerenności. Kiedy widzi Brukselę, przypomina sobie angielski. Kiedy widzi kobiety, zakłada koszulkę. Kiedy widzi Kaczyńskiego, dawniej zakładał pokorę.
Teraz pokora wyszła z prania i nie wiadomo, czy się nie skurczyła.
Morawiecki formalnie utworzył już klub parlamentarny Rozwój Plus, do którego weszło czterdziestu posłów i jeden senator. Klub został zgłoszony w Kancelarii Sejmu, choć partyjny status jego członków pozostawał przez pewien czas zawieszony w pisowskim czyśćcu: politycy opuścili klub PiS, lecz ich formalne usunięcie z partii przekazano rzecznikowi dyscypliny.
To sytuacja typowo polska. Morawiecki wyszedł, ale pozostał. Kaczyński wyrzucił, ale jeszcze nie usunął. Rozłam nastąpił, choć wszyscy zapewniali, że chodzi o jedność. Klub jest nowy, posłowie starzy, a zdrada — jak zwykle — patriotyczna.
Rozwój Plus to zresztą nazwa genialna. Nie mówi nic, ale brzmi, jakby miała abonament. Można pod nią sprzedawać partię, fundusz inwestycyjny, suplement diety, prywatne przedszkole albo pakiet medyczny dla klasy średniej.
„Rozwój” jest dobry. „Plus” oznacza, że będzie jeszcze lepiej.
Brakuje wyłącznie drobnego druku na dole: oferta ważna do wyborów, warunki mogą ulec zmianie, odpowiedzialność za Polski Ład wyłączona.
Morawiecki zaczyna dziś nowe życie polityczne jako człowiek, który nie jest ani Kaczyńskim, ani Tuskiem. To niezwykle obiecująca tożsamość. W Polsce jest prawie trzydzieści osiem milionów ludzi, którzy nie są Kaczyńskim ani Tuskiem, ale tylko Morawiecki wpadł na pomysł, aby zrobić z tego program.
Jego oferta brzmi mniej więcej tak:
Nie chcesz Tuska? Proszę bardzo. Nie chcesz Kaczyńskiego? Jeszcze lepiej. Nie wiesz, czego chcesz? Witamy w Rozwoju Plus.
Były premier przedstawia się jako człowiek centrum, ponieważ prawa strona sceny politycznej zaczęła przypominać wagon metra w godzinach szczytu. Kaczyński przesuwa się w stronę Przemysława Czarnka, Czarnek w stronę Grzegorza Brauna, Braun w stronę miejsca, w którym kończy się mapa, a Konfederacja stoi obok i sprzedaje bilety.
Na tym tle Morawiecki wygląda umiarkowanie. Jest to jednak umiarkowanie człowieka stojącego obok pożaru. Nie musi być strażakiem. Wystarczy, że nie trzyma kanistra.
Kaczyński postawił na radykalizm, bo chce odzyskać wyborców odpływających do Konfederacji i Brauna. Morawiecki może więc łowić tych, którzy lubią prawicę, ale niekoniecznie chcą każdego ranka sprawdzać, kogo dziś należy wyrzucić z narodu.
To elektorat konserwatywny, lecz nerwowy. Chce tradycji, ale z parkingiem podziemnym. Chce Kościoła, ale bez proboszcza w radzie nadzorczej. Chce silnej Polski, lecz najlepiej takiej, w której da się również prowadzić firmę i nie tłumaczyć dzieciom każdego wystąpienia Czarnka. Morawiecki nadaje się do tego doskonale. Jest prawicowcem z miękkim zawieszeniem. Na zakrętach nie wypada z drogi, tylko zmienia kierunek.
Najbardziej fascynujące są dziś rozważania, z kim mógłby się sprzymierzyć. Z PSL Dlaczego nie. Władysław Kosiniak-Kamysz jest konserwatystą w sposób łagodny, schludny i przepisany przez lekarza rodzinnego. PSL ma doświadczenie w koalicjach ze wszystkimi, ponieważ ludowiec rozumie naturę przyrody: raz pada z lewej, raz z prawej, ale dopłaty trzeba zebrać przed żniwami.
Partia Kosiniaka-Kamysza w najnowszym sondażu znalazła się poniżej progu, podczas gdy Rozwój Plus uzyskał 7,8 procent. PiS spadł do 16,9 procent, niemal na poziom Konfederacji, która miała 14,4 procent.
PSL i Morawiecki mogliby więc stworzyć koalicję idealną. On ma ambicję bez partii. Oni mają partię bez wyniku. On szuka tradycji. Oni mają ją od 1895 roku i nadal trzymają fakturę.
Nazwę można ustalić łatwo: Polskie Stronnictwo Rozwoju Plus. Skrót PSR+ brzmiałby jak nowy nawóz, co na wsi nie jest wadą.
Problem polega na tym, że wyborcy PSL mogliby pamiętać, iż Morawiecki był twarzą rządów PiS. Ale pamięć wyborcy jest organem delikatnym, szczególnie gdy zbliża się próg wyborczy. Przy czterech procentach nawet dawny przeciwnik zaczyna wyglądać jak krewny, który wprawdzie kiedyś podpalił stodołę, ale ma własny traktor.
A może Polska 2050? To również związek naturalny. Polska 2050 jest partią przyszłości, która już dziś wygląda jak wspomnienie. Ma nazwę z odległą datą ważności i poparcie odpowiadające liczbie osób, które przeczytały instrukcję obsługi kuchenki mikrofalowej.
Morawiecki nazywa Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz dzieckiem Donalda Tuska, co w polskiej polityce nie wyklucza przyszłego małżeństwa. Przeciwnie, obelga jest często pierwszą fazą negocjacji koalicyjnych.
Najpierw ktoś jest zdrajcą. Potem partnerem programowym. Na końcu obejmuje ministerstwo cyfryzacji.
Sojusz Rozwoju Plus z resztkami dawnej Trzeciej Drogi mógłby wystąpić pod hasłem: „Ani Tusk, ani Kaczyński, tylko ludzie, którzy wcześniej byli z Tuskiem albo Kaczyńskim”.
Byłaby to prawdziwa nowość. Trochę jak komis samochodowy reklamujący auta słowami: „Żaden nie jest nowy, ale wszystkie zostały dokładnie umyte”.
Pozostaje Konfederacja. Sławomir Mentzen nie potrzebuje Morawieckiego, ponieważ sam ma okulary, kalkulator i przekonanie, że rozumie gospodarkę. Dwóch takich polityków w jednym ugrupowaniu przypominałoby dwa samce alfa zamknięte w biurze rachunkowym. Prędzej czy później jeden zakwestionowałby drugiemu amortyzację.
Ale Konfederacja jest szeroka. Mieści libertarian, narodowców, wolnorynkowców, monarchistów, ludzi przeciwnych podatkom, ludzi przeciwnych szczepieniom oraz obywateli przeciwnych zasadniczo wszystkiemu, poza własną transmisją w internecie.
Morawiecki mógłby więc znaleźć tam pojedynczych chętnych. Ma coś, co Konfederaci szanują najbardziej: pieniądze.
Nie wiadomo wprawdzie, czy własne, publiczne, europejskie, bankowe czy wyświetlone na slajdzie, ale niewątpliwie potrafi o nich mówić z miną człowieka, który właśnie osobiście odkrył procent składany.
W czasach rządów PiS Morawiecki był mistrzem ekonomicznego iluzjonizmu. Wyciągał miliardy z kapelusza, wkładał je do funduszu, przesuwał do programu, mnożył przez slajd i ogłaszał sukces, zanim publiczność zdążyła sprawdzić, czy portfel nadal znajduje się w kieszeni.
Polski Ład był jego pokazem galowym. Publiczność weszła z podatkami. Wyszła z infolinią.
Dziś były premier chce występować jako fachowiec od gospodarki, rozsądku i rozwoju. To trochę tak, jakby kapitan statku „Polski Ład”, po wpłynięciu na mieliznę, otworzył szkołę nawigacji pod hasłem „Wiem, gdzie popełniliśmy błąd”.
Ale właśnie na tym polega wielkość polityki. Lekarz odpowiada za pacjenta. Budowniczy za budynek. Kierowca za wypadek. Polityk odpowiada kolejnym wywiadem.
Morawiecki ma jednak przewagę nad Kaczyńskim i Tuskiem. Jest od nich młodszy, bardziej elastyczny i całkowicie pozbawiony ciężaru trwałej tożsamości politycznej.
Kaczyński jest Kaczyńskim nawet w pustym pokoju. Tusk jest Tuskiem także bez kamery. Morawiecki staje się Morawieckim dopiero po sprawdzeniu, kto siedzi naprzeciwko. To nie człowiek. To format pliku. Otwiera się w każdym systemie, choć układ tekstu może się nieco przesunąć.
Kiedyś współpracował z Tuskiem. Potem przez lata służył Kaczyńskiemu. Teraz chce być alternatywą dla obu. Jeszcze chwila, a ogłosi się ofiarą ich wieloletniego duopolu, mimo że przez sporą część tego duopolu osobiście nosił teczkę, siedział przy stole i podpisywał protokół. To jak kelner, który po zamknięciu restauracji zakłada ruch społeczny przeciwko menu. „Nie odpowiadam za te dania. Ja tylko przez sześć lat byłem szefem kuchni”.
Najświeższy sondaż jest dla niego przyjemny: 7,8 procent wystarczyłoby do wejścia do Sejmu, a wcześniejsze badanie dla rp.pl pokazało, że 37,8 procent badanych wierzyło w szansę jego ewentualnej partii na przekroczenie progu. W polityce taki wynik oznacza, że człowiek jeszcze niczego nie zbudował, ale już może zacząć kłócić się o stanowiska.
Morawiecki ma więc wszystko, czego potrzeba nowej formacji: klub parlamentarny, rozpoznawalnego lidera, ambicje większe od lokalu, program w przygotowaniu, sondaż dający nadzieję oraz trzy możliwe koalicje, którym oficjalnie zaprzecza. Brakuje jedynie odpowiedzi na pytanie, po co właściwie ta partia ma istnieć poza tym, że Mateusz Morawiecki bardzo chciałby być premierem jeszcze raz, tym razem bez konieczności pytania Jarosława Kaczyńskiego, czy może. To jednak detal.
Partie polityczne rzadko powstają z nadmiaru idei. Zazwyczaj powstają z niedoboru stanowisk. Rozwój Plus nie jest jeszcze gotową ideologią. Jest przymierzalnią. Morawiecki stoi przed lustrem i kolejno zakłada: marynarkę przedsiębiorcy, koszulę konserwatysty, krawat centrysty, kamizelkę patrioty, koszulkę feministy oraz nieprzemakalny płaszcz człowieka, który za nic nie odpowiada.
Każdy fason leży znakomicie. Metki wycięto.
Najzabawniejsze jest to, że może mu się udać. Polski wyborca nie zawsze szuka polityka wiarygodnego. Czasami szuka polityka, który nie krzyczy, ma okulary, zna kilka angielskich słów i potrafi wypowiedzieć „innowacyjność” bez poruszania ustami.
Na tle Czarnka Morawiecki wygląda jak Erazm z Rotterdamu.
Na tle Brauna — jak przewodniczący koła różańcowego po kursie mediacji.
Na tle Mentzena — jak bankier, który przynajmniej wie, gdzie znajduje się bank.
Na tle Kaczyńskiego — jak przyszłość.
Na tle Tuska — jak przeszłość, która zmieniła okulary.
Morawiecki ogłasza dziś, że nie chce ani Kaczyńskiego, ani Tuska. Kaczyński dał mu władzę. Tusk dał mu początek kariery publicznej. Teraz były premier zamierza uwolnić Polskę od obu swoich politycznych ojców. To piękny przypadek późnego buntu młodzieńczego.
Mateusz ma pięćdziesiąt osiem lat, własny klub parlamentarny i właśnie oznajmił rodzinie, że wyprowadza się z domu. Zabiera czterdziestu kolegów, senatora, grill, kilka slajdów i koszulkę wspierającą kobiety.
Nie wie jeszcze, dokąd jedzie, ale zapewnia, że będzie tam rozwój. I nawet plus.

Dodaj komentarz