
Jarosław Kaczyński – jedyny człowiek w Europie, który od lat potrafi wyleźć spod ziemi, niczym topielica z „Ringu”, by znowu obwieścić narodowi, że oto nadciąga apokalipsa. Tym razem w roli jeźdźców zagłady występują migranci. Nielegalni, niechrzczeni, zapewne jedzący dzieci i niepłacący abonamentu RTV.
Bo przecież – jak rzekł sam Prezes – „mamy do czynienia z patologią napędzaną przez pewnego rodzaju ideologie”. Czyli, mówiąc po ludzku, każdy kto nie drży na widok ciemniejszego koloru skóry albo nie popada w histerię na dźwięk słowa „Bruksela”, to idiota, lewak albo – co gorsza – Niemiec.
Prezes zapowiedział marsz. Marsz, proszę państwa! Nie taki tam spacer z kijkami, nie defiladę seniorów z koła gospodyń, ale Manifestację Wszystkich Sił Patriotycznych Przeciwko Patologii Migracyjnej. Skrót? MWSPPPM. W sam raz, by pomylić z nazwą jakiegoś antyszczepionkowego podcastu.
W tej epoce rozumu, kiedy Donald Tusk tłumaczy ludziom rzeczy trudne w sposób spokojny, kompetentny i – o zgrozo – zrozumiały, Kaczyński przypomina kogoś, kto przegapił ostatnie 20 lat i właśnie wychodzi z bunkra z pytaniem, czy już po wojnie. I tak, owszem, mamy wojnę – ale z rozsądkiem.
Na konferencji, w której udział wzięły kamery, mikrofony i jedna samotna myśl, Jarosław znów zagrzmiał. O Niemcach (obowiązkowo!), o UE (standard), o migracji (główny program dnia), a nawet o Macieju Świrskim – człowieku, który miał być medialnym Batmanem PiSu, a okazał się bardziej jak Alfred na zbyt dużej dawce melisy.
Występ Prezesa przypominał trochę teatr jednego aktora – tylko bez scenariusza, reżysera i kontaktu z rzeczywistością. Ale był za to gniew. O, jaki piękny gniew! Taki rasowy, stęchły, z domieszką nacjonalistycznej nuty i aromatem „zamachów stanu”, o których niby nikt nie wie, ale wszyscy mówią.
Przy okazji, Jarek rzucił ciepłym słowem o Hołowni. Że niby się zmienił. Że „już nie taki zły”. To trochę jakby Hannibal Lecter po dwóch wizytach u dietetyka uznał, że może jednak przejdzie na tofu. Czyżby Prezes robił sobie miejsce na przyszłą koalicję? Albo szukał nowego kota do pogłaskania?

Tymczasem Donald Tusk… robi rzeczy. I to jakieś merytoryczne. Pracuje nad ustawą o asystencji osobistej, tłumaczy, prostuje, odpowiada. Aż dziw bierze, że nie zaczyna każdego zdania od słów „Drodzy Rodacy!” i nie kończy „Amen”.
Prezes za to nie rezygnuje. Ani z marszów, ani z patosu, ani z mikrofonu. I choć wygląda coraz bardziej jak smutny Gandalf na diecie nienawiści, to wciąż ma swoich wyznawców, którzy z wypiekami na twarzy chłoną każde słowo. Nie zrozumieją nic, ale będą klaskać. Do rytmu propagandy.
Zatem już za chwilę, już za moment: Marsz o Patologię! Tysiące biało-czerwonych flag, gromkie „Nie dla Brukseli!”, transparenty z błędami ortograficznymi i Jarosław – pogromca zdrowego rozsądku, lider sił nieczystych, pierwszy człowiek, który sam siebie uznał za ofiarę wszystkich spisków.
W tle? Donald Tusk, który, jak to Donald, robi swoje. Bez piany, bez marszów, bez festiwalu pomówień. Po prostu: pracuje.
A to, jak wiadomo, największy grzech w oczach Kaczyńskiego. Bo jak tu rządzić strachem, kiedy ktoś proponuje normalność?
PS: Jeśli ktoś zapyta mnie, czym jest „patologia napędzana ideologią”, odpowiem: to wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego.

Dodaj komentarz