MAGISTER Z PRZEWIJANIA EKRANU, CZYLI UNIWERSYTET W TRYBIE UŚPIENIA

Warszawa

Kiedyś człowiek szedł na uniwersytet po wiedzę. Dzisiaj coraz częściej idzie po zaświadczenie, że przez pięć lat przebywał w pobliżu wiedzy i nie został przez nią śmiertelnie porażony. Jest to niewątpliwy postęp cywilizacyjny. Dawniej student musiał czytać książki, chodzić na seminaria, mieć poglądy, bronić ich przed profesorem i czasem nawet wiedzieć, kto napisał książkę, której tytuł właśnie wymienił. Dziś wystarczy mieć naładowany telefon.

Telefon stał się zresztą najważniejszą pomocą naukową polskiego studenta. Na wykładzie z filozofii polityki można dzięki niemu sprawdzić pogodę, cenę kebaba, nową fryzurę influencerki, trzy gole Realu i czy kolega odpisał „xd”. Platon czeka cierpliwie. Czeka od dwóch i pół tysiąca lat, więc jeszcze kwadrans go nie zbawi.

Uniwersytet również nauczył się cierpliwości. Wykładowca widzi trzydzieści pochylonych głów i dawniej mógłby pomyśleć, że młodzież sporządza notatki. Dzisiaj wie, że połowa ogląda TikToka, jedna czwarta pisze do dziewczyny, jedna ósma pracuje zdalnie dla firmy sprzedającej fotowoltanikę, a jeden student rzeczywiście słucha. Tego ostatniego profesor zaczyna podejrzewać o zaburzenia adaptacyjne.

W ten sposób powstał jeden z najdoskonalszych systemów społecznych III Rzeczypospolitej: student udaje, że studiuje, wykładowca udaje, że wykłada, uczelnia udaje, że kształci, pracodawca udaje, że wierzy w dyplom, a państwo na koniec wszystko pieczętuje orłem. System jest szczelny. Gdyby podobną skuteczność osiągnęła kolej, pociąg do Zakopanego przyjeżdżałby trzy minuty przed odjazdem.

Nie mam przy tym nic przeciwko masowemu studiowaniu. Przeciwnie. Wiedza jest jedną z niewielu rzeczy, których umasowienie naprawdę mogłoby człowiekowi nie zaszkodzić. Problem zaczyna się wtedy, kiedy umasawiamy nie wiedzę, lecz papier. To mniej więcej tak, jakby walkę z głodem prowadzić poprzez masową produkcję rachunków z restauracji. Dokumentów przybywa, człowiek nadal głodny, ale statystycznie jadł.

Dyplom stał się dziś rodzajem świadectwa szczepienia przeciwko bezrobociu. Nie wiadomo, czy działa, ale bez niego do niektórych budynków nie wpuszczają. Młody człowiek idzie więc na studia niekoniecznie dlatego, że pragnie zgłębiać socjologię, administrację czy zarządzanie międzykulturową logistyką zasobów kreatywnych, ale dlatego, że w ogłoszeniu o pracę napisano „wykształcenie wyższe”. Pracodawca również nie wie, po co mu to wykształcenie. Potrzebuje specjalisty od Excela, ale magister jest mile widziany. Najlepiej magister czegokolwiek. Byle Excel się otwierał.

Polska rodzina też zrobiła swoje. W naszej kulturze syn może nie wiedzieć, czym chce się zajmować, może przez trzy lata zmieniać kierunki, może mieć średnią wiedzę, zerowe zainteresowania i wybitny talent do omijania kolokwiów, ale dopóki „studiuje”, babcia może spokojnie odpowiadać sąsiadkom. Gorzej, gdyby został hydraulikiem i w wieku dwudziestu trzech lat zarabiał więcej od dziekana. Wtedy pojawia się dramat społeczny, bo pieniądze są wprawdzie dobre, lecz na weselu nie da się powiedzieć: „Nasz Kacper kończy zarządzanie”.

Najpiękniejszym wynalazkiem współczesnej edukacji jest jednak kierunek, który istnieje głównie dlatego, że istnieje. Program składa się z przedmiotów starannie dobranych według zasady, aby zgadzała się liczba punktów ECTS i nikt przypadkiem nie doznał intelektualnego urazu. Jeden wykład jest o komunikacji, drugi o kompetencjach, trzeci o komunikowaniu kompetencji, a czwarty o kompetentnym komunikowaniu komunikacji. Po trzech semestrach student zaczyna rozumieć, że chodzi o przetrwanie.

Słusznie pojawiło się określenie bullshit major. Brzmi brutalnie, ale niesie w sobie tę odrobinę akademickiej precyzji, której czasem brakuje samym studiom. To kierunek, na którym wszyscy wiedzą, że cesarz jest nagi, lecz dziekanat wydał mu legitymację.

Nie należy jednak mylić trudnej humanistyki z edukacyjną watą cukrową. Filozofia może nie nauczyć obsługi programu księgowego, ale dobrze prowadzona potrafi nauczyć człowieka rozpoznawać bzdurę, zanim zostanie ona uchwalona przez parlament. Historia sztuki nie naprawi kranu, lecz może sprawić, że człowiek przestanie uważać wszystko, czego nie rozumie, za zbędne. Filologia klasyczna nie zwiększy PKB jutro rano, ale społeczeństwo pozbawione ludzi zdolnych czytać, rozumieć i pamiętać zaczyna bardzo szybko wybierać polityków, którzy również nie czytają, nie rozumieją i nie pamiętają.

Problem nie polega więc na tym, że studiujemy za dużo. Problem polega na tym, że za często przestaliśmy wymagać, aby studiowanie oznaczało studiowanie.

Jeżeli student może przez pięć lat z powodzeniem omijać książki, a następnie dostać dyplom poświadczający wyższe wykształcenie, to mamy ciekawy przypadek semantyczny. Wykształcenie jest wyższe głównie dlatego, że szkoła mieści się kilka pięter nad liceum.

Na końcu tego łańcucha siedzi pracodawca i narzeka, że absolwenci nic nie umieją. Jest to trochę jak człowiek, który przez dwadzieścia lat kupował margarynę, bo była tania, a potem urządza konferencję o upadku smaku masła. Skoro przez lata dyplom był najprostszym filtrem rekrutacyjnym, rynek dostał dokładnie to, czego chciał: miliony dyplomów. Prawo podaży działa bez sentymentów. Jeśli każdy jest magistrem, magister zaczyna znaczyć mniej więcej tyle, co kiedyś „obywatel posiada dowód osobisty”.

Powstała więc inflacja tytułów. Kiedyś magister był kimś. Dzisiaj magister może siedzieć naprzeciw drugiego magistra na rozmowie kwalifikacyjnej, podczas której obaj zastanawiają się, czy kandydat potrafi napisać mail bez siedmiu błędów i otworzyć arkusz kalkulacyjny. A nad nimi czuwa doktor nauk o zarządzaniu procesami rekrutacyjnymi, który opracował formularz liczący dziewięć stron.

Najbardziej przewrotna jest myśl, że takie studia świetnie przygotowują do niektórych miejsc pracy. Jeżeli przez pięć lat człowiek nauczył się siedzieć na zebraniach, których sensu nie rozumie, robić prezentacje, których nikt nie przeczyta, używać słów „synergia”, „perspektywa interdyscyplinarna” i „kompetencje miękkie”, a na koniec otrzymywać za to pozytywną ocenę, to korporacja nie musi go już właściwie szkolić. On jest gotowy. Można mu dać identyfikator i zaprosić na pierwsze spotkanie o strategii spotkań.

I tu robi się trochę mniej zabawnie.

Uniwersytet powinien być jednym z ostatnich miejsc, gdzie człowiek ma czas pomyśleć bez natychmiastowego pytania, ile można na tym zarobić. Ma nauczyć nie tylko zawodu, lecz także odróżniania argumentu od wrzasku, faktu od opinii, wiedzy od pewności siebie. Jeżeli zrezygnuje nawet z tego, pozostanie wielką fabryką eleganckich papierów, z portiernią, logo, działem promocji i misją na stronie internetowej.

A misje uczelni są zresztą wspaniałe. Każda kształci liderów przyszłości, rozwija krytyczne myślenie i odpowiada na wyzwania współczesności. Człowiek czyta te deklaracje i zaczyna się zastanawiać, kto w takim razie wyprodukował teraźniejszość.

Może więc nie pytajmy, czy wszyscy powinni studiować. Pytajmy, czy wszyscy, którzy studiują, powinni dostać dyplom. To pytanie jest znacznie bardziej niebezpieczne, dlatego zapewne długo nie zostanie zadane na żadnym posiedzeniu senatu uczelni.

Bo odpowiedź mogłaby wymagać egzaminu.

A przecież jesteśmy cywilizowanymi ludźmi.


  1. Maciej

    Dzień dobry Panie Krzysztofie,
    Pozwoliłem sobie przywitać się w Pana przestrzeni, po zmianie miejsca ze SO. Zapisałem sobie adres tego bloga, aby móc śledzić Pana grafomaństwo 🙂 I od czasu do czasu pozwolić sobie na komentarz. Pana pióro dotyczące bieżących wydarzeń, doświadczenie biznesowe i uszczypliwe poczucie humoru połączone z ciętą ripostą to chyba najlepszy trening dla moich szarych komórek i uśmiechu z otaczającej nas rzeczywistości.
    Pozdrawiam serdecznie, Maciej Kowalski

    1. KRZYSZOF BIELEJEWSKI

      Miło mi, dzięki za obronę i celne podsumowania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights