
Dawniej sprawa była prosta. Bogaty był elitą, biedny był ludem. Bogaty miał pałac, lud miał widły, a kiedy stosunki społeczne się komplikowały, lud brał widły i szedł pod pałac. System nie był doskonały, ale przynajmniej każdy wiedział, gdzie mieszka wróg.
Dziś mamy postęp. Miliarder może być człowiekiem ludu, właściciel wielkiego medium outsiderem, przedsiębiorca walczący o niższe podatki buntownikiem przeciw systemowi, natomiast bibliotekarka, profesor uniwersytetu i aktorka czekająca trzy miesiące na honorarium należą do bezczelnych elit.
Marks by tego nie wymyślił. Specjalista od marketingu — owszem.
Amerykanie nazwali to „plutokratycznym populizmem”. Brzmi jak egzotyczna choroba weneryczna, ale jest to właściwie bardzo prosta przypadłość polityczna. Polega na tym, że człowiekowi, któremu drożeje mieszkanie, lekarz i szkoła dla dzieci, tłumaczy się, że jego najpoważniejszym problemem jest profesor gender studies, meksykański imigrant i facet w różowych włosach.
Kiedy już się dostatecznie zdenerwuje, można spokojnie obniżyć podatki komu trzeba.
Trump opanował tę sztukę do perfekcji. Mówi robotnikowi, że walczy z elitami, po czym otacza się ludźmi, którzy mają prywatne samoloty większe od jego domu. To mniej więcej tak, jakby właściciel rzeźni przewodził demonstracji wegetarian.
Ale Polska, jak wiadomo, nie kopiuje zagranicznych pomysłów. Polska je twórczo psuje.
Przez lata mieliśmy bowiem populizm swojski, pisowski, o nieco innym smaku. Było dużo Boga, narodu i złych elit, ale były także 500+, trzynastki, czternastki, państwowe spółki i przekonanie, że państwo powinno obywatelowi czasem coś dać, choćby przed wyborami i najlepiej własną ręką prezesa.
To nie był Reagan. To był raczej proboszcz z kartą bankomatową. Teraz jednak prawica się zmienia.
PiS słabnie, Konfederacja rośnie, Karol Nawrocki nauczył się języka Mentzena, a coraz ważniejsze stają się media, które codziennie tłumaczą ludziom, że Polska byłaby rajem, gdyby nie podatki, urzędnicy, artyści, profesorowie, Bruksela i każdy, kto kiedykolwiek dostał fakturę z budżetu państwa.
Najpiękniejsze jest pojęcie „elity”. Kiedyś elitą był ktoś posiadający władzę, pieniądze albo jedno i drugie. Dzisiaj kryteria są subtelniejsze. Profesor zarabiający osiem tysięcy jest elitą, bo mówi „inkluzywność”. Właściciel firmy wart miliony elitą nie jest, bo mówi „lewactwo”. Dziennikarz w wielkiej telewizji jest przedstawicielem systemu. Właściciel wielkiego kanału internetowego jest zwykłym chłopakiem, który przypadkiem ma studio, firmę, milionowe zasięgi i dział sprzedaży.
Antyelitaryzm stał się pierwszym buntem w historii, do którego można przystąpić z fakturą VAT.
Mamy więc nowy model przyjaciela ludu. Przyjaciel ludu niekoniecznie chce ludowi dać więcej. On chce przede wszystkim, żeby lud był mniej okradany przez państwo.
To brzmi fantastycznie, dopóki lud nie zachoruje, nie zestarzeje się, nie pośle dziecka do szkoły, nie wezwie policji, nie pojedzie drogą, nie będzie potrzebował sądu albo nie spłonie mu chałupa. Wtedy okazuje się, że państwo, którego miało być jak najmniej, powinno jednak przyjechać. Najlepiej szybko i za darmo.
Sławomir Mentzen zbudował na tym znakomity polityczny produkt. Niskie podatki, deregulacja, przedsiębiorczość, precz z biurokracją — wszystko podane w sosie buntu przeciw „pseudoelitom”.
Jest w tym pewien wdzięk. Rewolucjonista dawniej chciał przejąć Pałac Zimowy. Dzisiejszy chce przejąć Ministerstwo Finansów i obniżyć CIT.
Karol Nawrocki jest przypadkiem ciekawszym, bo wyrósł z tradycji PiS, ale coraz wyraźniej spaceruje po konfederackiej stronie ulicy. Fundacje rodzinne? Nie ruszać pochopnie. Kryptowaluty? Nie przesadzać z regulacją. Podatek od nadzwyczajnych zysków firm paliwowych? Trybunał Konstytucyjny. Zmiany w podatkach dla średniaków, pewnie weto
Oczywiście każdą z tych decyzji można racjonalnie uzasadniać. Prawo może być złe, regulacja nadmierna, podatek wadliwie skonstruowany. Felieton zaczyna się dopiero wtedy, gdy zauważymy kierunek marszu, bo jednocześnie trwa nieustanna wojna z elitami. Tylko dziwnym trafem podczas tej wojny pociski bardzo rzadko lecą w stronę ludzi posiadających naprawdę wielki kapitał.
Znacznie łatwiej trafić artystę. Ostatnio artyści świetnie nadali się na pasożytów społecznych. Projekt pomocy dla tych najbiedniejszych błyskawicznie zamieniono w opowieść o darmozjadach wyciągających ręce po pieniądze ciężko pracującego człowieka.
To politycznie genialne. Bank jest abstrakcją. Fundacja rodzinna jest skomplikowana. Optymalizacja podatkowa wymaga diagramu. A aktor jest konkretny. Widziałeś go w telewizji. Na pewno ma mieszkanie. Łobuz.
I tu dochodzimy do największego osiągnięcia nowej prawicy. Nie polega ono na tym, że wymyśliła gniew. Gniew był zawsze. Ludzie naprawdę są zmęczeni wysokimi kosztami życia, mieszkaniami poza zasięgiem, kiepskimi usługami publicznymi, niepewnością jutra i poczuciem, że system jest urządzony dla kogoś innego.
Sztuka polega na czym innym: pokazać palcem kogoś, kto na pewno nie jest sprawcą, ale za to świetnie wygląda jako winny.
Nie masz mieszkania? Bruksela. Nie możesz dostać się do lekarza? Biurokracja. Czujesz, że ciężko pracujesz, a niewiele z tego masz? Artysta dostał dotację.
I zanim człowiek zdąży zapytać o koncentrację majątku, ceny mieszkań, monopolizację rynku albo system podatkowy, już stoi na barykadzie przeciw bibliotekarce.
To jest właśnie wielka polityczna sztuczka naszych czasów. **Lud nadal walczy z elitami. Tylko elity dostały prawo wskazywania, które elity należy bić. **I dlatego przy śniadaniu proponuję patrzeć uważnie. Jeśli ktoś bardzo głośno mówi, że jest po stronie zwykłego człowieka, warto nie pytać, z kim chodzi na piwo. Warto zobaczyć, komu po głosowaniu zostają pieniądze. Bo w polityce, podobnie jak w restauracji, o charakterze lokalu nie świadczy nazwa dania. Świadczy rachunek, a ten zazwyczaj przynoszą ludowi.

Dodaj komentarz