LIBERAŁ. GATUNEK CHRONIONY, CHOĆ NIKT GO NIE CHCE CHRONIĆ

Warszawa

W niedzielę, kiedy deszcz bębni o parapet jak urzędnik skarbowy o drzwi przedsiębiorcy, a człowiek po raz kolejny słyszy, że jest albo „lemingiem”, albo „faszystą”, albo „symetrystą”, warto napisać coś w obronie najbardziej znienawidzonego stworzenia polskiej polityki. Liberała. Nie tego z memów. Prawdziwego. Jestem liberałem.

Piszę to ze spokojem człowieka, który osiągnął już taki wiek, że nie musi nikomu imponować. Nie muszę już udawać rewolucjonisty, patrioty zawodowego ani internetowego partyzanta walczącego codziennie o przyszłość cywilizacji pod artykułami na Facebooku.

Jestem liberałem i wiem, że dla wielu ludzi brzmi to mniej więcej tak, jakbym przyznał się do hodowli pijawek albo kolekcjonowania paragonów z lat dziewięćdziesiątych.

Liberał w Polsce ma fatalną prasę. Prawica uważa, że liberał gardzi ludem, chodzi do teatru, czyta książki bez obrazków i najchętniej oddałby Polskę Niemcom w leasing. Lewica uważa, że liberał jest księgowym kapitalizmu, który chciałby sprywatyzować powietrze, a za oddychanie wystawiać faktury VAT. Narodowcy twierdzą, że liberał nie kocha ojczyzny. Socjaliści twierdzą, że nie kocha ludzi, a  konserwatyści podejrzewają, że nie kocha nawet własnej rodziny, skoro uważa, że dorośli ludzie powinni sami decydować o swoim życiu. Krótko mówiąc, liberał jest jedynym stworzeniem politycznym, które potrafi być jednocześnie oskarżanym o wszystko.

To zresztą pewien sukces. Żeby zostać znienawidzonym przez wszystkich, trzeba mieć naprawdę szeroką ofertę programową.

Przez ostatnie lata obserwuję ze zdumieniem, jak polityka zamienia się w konkurs na największą zbiorową dumę. Jedni chcą być dumni z narodu. Inni z klasy społecznej. Jeszcze inni z pokolenia, płci, orientacji, regionu albo drużyny piłkarskiej.

Liberał ma z tym kłopot. Nie dlatego, że nie lubi wspólnot. Lubi, tylko zawsze zadaje niezręczne pytanie: a co właściwie zrobiłeś osobiście?

To jest pytanie, którego politycy nie znoszą. Znacznie łatwiej sprzedać człowiekowi dumę z czegoś, czego sam nie musiał budować. Można być dumnym z historii sprzed pięciuset lat. Można być dumnym z wielkości narodu. Można być dumnym z potęgi państwa. Można być dumnym z cywilizacji.

Najtrudniej być dumnym z własnej roboty. Dlatego liberał jest tak niewygodny. Przypomina, że człowiek nie rodzi się bohaterem tylko dlatego, że mieszka po właściwej stronie granicy, i że własne osiągnięcia są zazwyczaj bardziej wartościowe niż sukcesy przodków, których nigdy się nie spotkało.

Najzabawniejsze jest jednak oskarżenie o pogardę wobec zwykłych ludzi. Słyszę je od lat. Za każdym razem wypowiada je polityk wysiadający z limuzyny wartej więcej niż mieszkanie przeciętnego wyborcy. W Ameryce miliarder Trump został trybunem ludu. Na Węgrzech miliarderzy Orbána zostali obrońcami zwykłych obywateli. W Polsce milionerzy tłumaczą robotnikom, że walczą z elitami. To trochę tak, jakby właściciel pałacu przekonywał mieszkańców bloku, że wspólnie cierpią z powodu kryzysu mieszkaniowego.

Ludzie lubią takie opowieści, bo są proste. Liberał natomiast nigdy nie potrafi opowiadać prosto. To jego największa wada i być może największa zaleta.

Populista zawsze wie. Wie kto jest winny. Wie kto zdradził. Wie kto ukradł. Wie kto szkodzi. Wie kto powinien siedzieć. Wie kto powinien zniknąć.

Liberał zwykle zaczyna od słów: „to zależy” i już przegrał wybory, bo współczesny świat kocha ludzi, którzy mają odpowiedź na wszystko. Nieważne czy odpowiedź jest prawdziwa. Ważne, żeby była szybka.

Tymczasem życie staje się coraz bardziej skomplikowane. Sztuczna inteligencja zmienia gospodarkę. Internet zmienia relacje. Technologia zmienia politykę. Państwa tracą kontrolę nad rzeczami, których nawet nie rozumieją, a ludzie coraz częściej tęsknią za kimś, kto obieca im prostotę.

To właśnie dlatego liberalizm przeżywa dziś kryzys. Nie dlatego, że przegrał. W pewnym sensie wygrał aż za bardzo.

Większość z nas korzysta dziś z wolności podróżowania, wolności słowa, wolności wyboru, prywatnej własności i praw obywatelskich tak naturalnie, że nawet nie zauważamy ich istnienia.

Liberalizm przypomina hydraulika. Dopóki wszystko działa, nikt go nie zauważa. Przypominamy sobie o nim dopiero wtedy, gdy pęka rura, a potem wszyscy pytają, gdzie był hydraulik.

Patrzę więc dziś na polityczne wojny, internetowe krucjaty i kolejne rewolucje ogłaszane co tydzień przez ludzi, którzy jeszcze miesiąc temu głosili coś dokładnie odwrotnego, i dochodzę do prostego wniosku.

Bycie liberałem przypomina bycie rozsądnym w domu pełnym ludzi uzbrojonych w megafony. Nie jest efektowne. Nie daje wielkich emocji. Nie gwarantuje popularności, ale ktoś musi od czasu do czasu przypominać, że człowiek jest ważniejszy od tłumu, że wolność jest cenniejsza od wygody, a wątpliwości bywają mądrzejsze od pewności. Zwłaszcza w czasach, kiedy wszyscy są absolutnie pewni wszystkiego, a najbardziej ci, którzy nie mają o niczym pojęcia.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights