KURIER, CHIRURG I RYŻ W GALERII HANDLOWEJ

Warszawa

Bywają takie dni, kiedy człowiek otwiera serwisy informacyjne i ma wrażenie, że ktoś pomylił redakcję polityczną z teatrem absurdu. Dzisiejszy dzień należał właśnie do tej kategorii. Polska przypominała statek, na którego pokładzie jedni kłócą się o order, drudzy o lekarzy, trzeci o mieszkania na wynajem, czwarty o kryptowaluty, a tymczasem gdzieś w tle księgowy próbuje bezskutecznie wyjaśnić, że budżet nie jest workiem Świętego Mikołaja.

Najpierw był Szpital Południowy.

W Polsce szpitale od dawna przypominają bohaterów filmów katastroficznych. Jeszcze stoją. Jeszcze działają. Jeszcze świeci się światło. Ale każdy, kto zajrzy do środka, widzi kontrolki migające czerwienią, niczym choinka po zwarciu instalacji.

Afera wokół Szpitala Południowego jest o tyle ciekawa, że wszyscy znaleźli sobie wygodnego winnego. Jedni wskazują dyrekcję. Inni samorząd. Jeszcze inni lekarzy. Tymczasem cała historia przypomina sytuację, w której pasażerowie Titanica prowadzą zażartą dyskusję o jakości orkiestry, podczas gdy głównym problemem pozostaje jednak góra lodowa.

Bo prawda jest dużo mniej widowiskowa niż polityczne awantury. Polski system ochrony zdrowia od lat działa według zasady człowieka, który pożycza pieniądze od sąsiada, żeby spłacić dług u kuzyna, a następnie ogłasza sukces finansowy. Wszyscy wiedzą, że coś się nie zgadza. Wszyscy wiedzą, że rachunek przyjdzie. Nikt tylko nie chce go otworzyć.

Najbardziej wzrusza mnie jednak regularnie oburzenie społeczne na zarobki lekarzy. To taki polski sport narodowy. Gdy chirurg zarabia dużo, ludzie pytają, jak to możliwe. Gdy chirurg wyjedzie do Niemiec, ci sami ludzie pytają, dlaczego w Polsce brakuje specjalistów. To trochę tak, jakby ktoś chciał kupić ferrari za cenę używanego roweru, a następnie był zdziwiony, że sprzedawca nie oddzwania.

Tymczasem nad Wisłą trwa druga wielka narodowa konkurencja sportowa: rzucanie orderami.

Order Orła Białego przeżywa obecnie większe emocje niż niejeden uczestnik programu randkowego. Najpierw został odebrany, później odesłany, następnie wszyscy zaczęli tłumaczyć, co naprawdę mieli na myśli, a na końcu pojawiły się porównania historyczne tak ciężkie, że mogłyby służyć za kotwicę dla promu kursującego przez Bałtyk.

Patrząc na tę historię, trudno oprzeć się wrażeniu, że symbole zaczęły w Polsce prowadzić własne życie. W kraju, w którym czas oczekiwania do specjalisty bywa dłuższy niż kariera niejednego polityka, największe emocje wzbudza obecnie podróż jednego orderu kurierem.

Sam obraz jest zresztą niezwykle współczesny. Jeszcze sto lat temu monarchowie wysyłali sobie posłańców konnych. Pięćdziesiąt lat temu przyjeżdżały delegacje dyplomatyczne. W XXI wieku geopolityczny kryzys mieści się w kartonie z kodem śledzenia przesyłki.

Gdzieś obok tej awantury premier Donald Tusk ustępuje Katarzynie Pełczyńskiej-Nałęcz w sporze o najem krótkoterminowy. To temat znacznie mniej efektowny niż ordery, ale o wiele bardziej wpływający na codzienne życie ludzi. Nic bowiem nie działa na współczesnego mieszkańca miasta tak skutecznie jak odkrycie, że mieszkanie obok zamieniło się w całodobowy terminal przylotów tanich linii lotniczych.

Polityka mieszkaniowa przypomina dziś próbę gaszenia pożaru przy pomocy instrukcji obsługi gaśnicy. Wszyscy wiedzą, że problem istnieje. Wszyscy wiedzą, że ceny mieszkań od dawna odleciały w stratosferę. Ale każda propozycja rozwiązania natychmiast wywołuje awanturę porównywalną z dyskusją o wyższości schabowego nad pierogami.

Tymczasem gdzieś w tle pojawia się jeszcze Konfederacja i sprawa Wiplera, Monako oraz kryptowalut. To już niemal klasyka gatunku. Gdy słyszę jednocześnie słowa „Monako”, „kryptowaluty” i „polityk”, natychmiast mam przed oczami człowieka sprzedającego kurs wolności finansowej z pokładu jachtu kupionego za cudze pieniądze.

Nie twierdzę oczywiście, że zawsze tak jest. Ale przyznajmy uczciwie, że trudno o bardziej stereotypowy zestaw rekwizytów. Brakuje tylko cygara i zdjęcia z napisem „pracuj mądrze, nie ciężko”.

Za granicą również nie było nudno. Brytyjczycy podobno szykują nowego premiera, a media z zachwytem ochrzciły jednego z kandydatów mianem „Króla Północy”. Wielka Brytania pozostaje krajem niezwykłym. W większości państw świata polityk jest politykiem. W Londynie każdy musi być bohaterem powieści fantasy albo przynajmniej dowódcą armii walczącej z lodowymi demonami.

W Rosji zaś Ukraińcy trafiają kolejne strategiczne cele i przypominają światu, że wojna trwa niezależnie od tego, ile orderów właśnie podróżuje po Europie firmami kurierskimi. To jest ta brutalna część rzeczywistości, która regularnie przebija balon naszych lokalnych sporów.

Najbardziej urzekło mnie jednak zdjęcie dnia. W chińskim centrum handlowym ludzie sadzą ryż. Pomyślmy przez chwilę nad tym obrazem.

Cywilizacja doszła do momentu, w którym pole ryżowe buduje się między sklepem z elektroniką a strefą gastronomiczną. Człowiek może kupić smartfon, kawę z syropem pistacjowym i jednocześnie przypomnieć sobie, skąd bierze się jedzenie.

To być może najlepsza metafora współczesności.

Żyjemy bowiem w świecie pełnym orderów, aplikacji, funduszy inwestycyjnych, politycznych awantur, kryptowalut i medialnych bitew. Tymczasem pod spodem nadal istnieją rzeczy proste. Ktoś musi wyhodować ryż. Ktoś musi leczyć chorych. Ktoś musi zbudować mieszkanie. Ktoś musi zapłacić rachunki.

A reszta? Reszta jest w dużej mierze teatrem. Czasem śmiesznym. Czasem kosztownym. Czasem niebezpiecznym, ale zawsze, absolutnie zawsze, granym z pełnym przekonaniem przez ludzi, którzy są przekonani, że właśnie odgrywają główną rolę w historii świata, podczas gdy większość obywateli chciałaby po prostu dostać się do lekarza przed emeryturą i nie płacić za kawalerkę tyle, ile kiedyś kosztował średni zamek obronny.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights