
W sobotnie popołudnie, gdy cała Polska odpoczywała po tygodniu pracy i łapała ostatnie promienie słońca przez zamglone styczniowe okna z widokiem na mróz, garstka wyznawców św. Szymona z TVN zebrała się przy wirtualnych urnach, by dokonać dziejowego wyboru: kto poprowadzi Polskę 2050 ku politycznej nicości? Kto zostanie nowym przewodniczącym ugrupowania, które od lat przypomina inteligentną lodówkę — niby mówi, niby wie, co jest w środku, ale i tak niczego nie serwuje?
Zwycięskiego Hołowni już nie ma. Wysłał siebie, choć nieudanie, na azyl polityczno-humanitarny, starając się o posadę w ONZ, gdzie jego zdolność do formułowania wzniosłych frazesów ma większą wartość niż w Sejmie. Został jednak w Sejmie i udaje wicemarszałka, już cichego. Została po nim partia — sierota, dryfująca po politycznym Bałtyku, w którym toną już nie tylko sondaże, ale i sens istnienia.

Do boju o ster stanęli: Paulina Hennig-Kloska, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, Joanna Mucha, Ryszard Petru i Rafał Kasprzyk. Tych ostatnich dwoje warto wspomnieć, bo to polityczne zombie — Mucha, niegdyś liberalna nadzieja, dziś cień samej siebie, który błąka się między stołkami; Petru, relikt epoki memów, którego nazwisko wywołuje więcej śmiechu niż respektu. Swoje i tak dostali — odpowiednio 119 i 95 głosów — czyli mniej więcej tyle, ile można zebrać lajków pod postem o zmianie czasu. Głosowało ponoć 800 osób, czyli tylu ile wchodzi do niewielkiej świetlicy w przyzakładowym domu kultury.
W drugiej turze znalazły się dwie panie, których największym osiągnięciem w ostatnich miesiącach było to, że nie pokłóciły się na wizji.
Pełczyńska-Nałęcz, dama o inteligencji niekwestionowanej i ambicji mierzącej gdzieś pomiędzy Kancelarią Premiera a głową Świętego Jerzego, znana jest z tego, że z grzmiącą powagą potrafi powiedzieć absolutnie wszystko i nic. Jej przemówienia to jak listy do Świętego Mikołaja — pełne nadziei, nieosiągalne i lekko żałosne.
A Paulina Hennig-Kloska? No cóż. Jej medialne wystąpienia przypominają złe lekcje biologii: wszystko się jakoś rozjeżdża, tempo śpi, a uczniowie (czyt. wyborcy) modlą się, by dzwonek zadzwonił przed czasem. Ta polityczka z zacięciem do robienia szumu wokół niczego jest idealnym symbolem tego, co dzieje się w Polsce 2050 — czyli chaosu pod tytułem „byle nie PSL”.
Tymczasem partia, która miała być trzecią drogą, staje się trzecią ulicą od końca. Sondaże wiszą na progu, którego nie przekroczyłoby nawet dziecko na wrotkach. Każdy nowy komunikat przypomina odczyt z EKG: „———”.
A mimo to, trwa to wewnętrzne udawanie demokracji, gdzie wybory odbywają się online, z frekwencją nie godną partii politycznej, lecz rodzinnego czatu na Messengerze. „Uwaga, głosujemy, kto robi sałatkę na Święta” — poziom powagi i zasięg decyzyjny bardzo podobny.
W poniedziałek dogrywka — ostatni akt tego wewnętrznego kabaretu. Te same kandydatki, te same slogany, ten sam brak pomysłu na przyszłość.
I tak oto partia, której nazwa sugeruje przyszłość, grzebie się we własnym politycznym niebycie. Póki co, zamiast planować rok 2050, powinni się skupić, by dożyć 2027 w jednym kawałku.
Bo prawdziwe pytanie nie brzmi: kto zostanie przewodniczącym?
Tylko: czy w ogóle jest jeszcze czym kierować?

Dodaj komentarz