KTO TU RZĄDZI — PREZYDENT, NACZELNIK CZY DUCH „BOLKA”

Warszawa

Polska prawica przypomina dziś rodzinę, która przez trzydzieści lat nie potrafi zakończyć jednej awantury przy świątecznym stole. Wszyscy już dawno zapomnieli, od czego się zaczęło, ale wujek nadal czerwienieje na samo wspomnienie sałatki jarzynowej z 1992 roku.

I oto znów wraca Lech Wałęsa. Człowiek, który dla jednych pozostaje symbolem polskiej wolności, a dla innych osobistą obsesją Jarosława Kaczyńskiego, ciągnącą się przez dekady jak stary serial emitowany wyłącznie po to, żeby jego twórca mógł odreagować własne kompleksy.

Awantura dotyczy dziś Sądu Najwyższego, stanowiska Pierwszego Prezesa i kandydatury Zbigniewa Kapińskiego. Człowiek normalny pomyślałby zapewne, że chodzi o kompetencje, wizję sądu, może doświadczenie. Ale nie. W Polsce roku 2026 najważniejsze pozostaje pytanie, kto trzydzieści lat temu uczestniczył w procesie lustracyjnym Wałęsy.

Jarosław Kaczyński, niczym emerytowany strażnik pamięci narodowej pilnujący własnych urazów bardziej niż granic państwa, postanowił zablokować kandydaturę Kapińskiego. I właśnie tutaj widać coś znacznie głębszego niż zwykły polityczny konflikt. Kaczyński od dawna nie prowadzi już normalnej polityki. On prowadzi wieloletnią prywatną vendettę przeciw rzeczywistości, która nie ułożyła się według jego własnej legendy.

Wałęsa jest dla niego symbolem wszystkiego, czego nigdy nie udało mu się naprawdę zdobyć. Charyzmy. Międzynarodowego znaczenia. Historycznego mitu. Kaczyński od dekad zachowuje się trochę jak człowiek siedzący samotnie po zamknięciu restauracji i nadal kłócący się z dawnym rywalem, który dawno wyszedł już z sali i przeszedł do historii.

Ta obsesja dawno przekroczyła granice polityki. Ona stała się fundamentem całego środowiska PiS. Dlatego Cenckiewicz, dlatego niekończące się tropienie teczek, dlatego nieustanne próby udowodnienia, że Wałęsa nie był symbolem wolności, tylko wielką mistyfikacją. Bo jeśli udałoby się obalić Wałęsę, można byłoby napisać nową historię Polski — historię, w której to Kaczyński i jego obóz od początku byli jedynymi prawdziwymi depozytariuszami patriotyzmu. Powód? Kapiński był w składzie sądu, który w 2000 roku uznał, że dokumenty obciążające Wałęsę zostały sfałszowane przez bezpiekę. I to wystarczyło, żeby w głowie prezesa PiS uruchomiła się cała polityczna syrena alarmowa.

Człowiek patrzy na tę historię i ma wrażenie, że Polska została zakładnikiem jednej gigantycznej terapii grupowej, której główny uczestnik od trzech dekad nie może pogodzić się z faktem, że Wałęsa przeszedł do historii świata, a on sam głównie do historii własnych pretensji.

Najbardziej groteskowe jest jednak to, że ten cały konflikt rozgrywa się niby wokół praworządności i niezależności Sądu Najwyższego. Tymczasem PiS traktuje sądy mniej więcej tak, jak mafijni księgowi traktują niszczarkę do dokumentów — instytucja jest dobra wyłącznie wtedy, kiedy pracuje dla swoich.

Kaczyński doskonale rozumie, że kontrola nad Sądem Najwyższym jest dziś ostatnią wielką twierdzą jego obozu. KRS powoli wymyka się z rąk. Trybunał Konstytucyjny coraz mniej przypomina prywatny salon polityczny Julii Przyłębskiej i kolegów od patriotycznego cateringu. Zostaje jeszcze SN. Ostatnia reduta ludzi, którzy przez osiem lat demolowali państwo z energią ekipy remontowej po spożyciu.

I właśnie dlatego ta cała awantura jest tak ważna. Nie chodzi o historię. Nie chodzi nawet o Wałęsę. Chodzi o wpływy. O bezkarność. O możliwość dalszego blokowania rozliczeń ludzi PiS.

Bo Sąd Najwyższy w Polsce to nie jest dziś zwykły sąd. To centrum politycznej grawitacji. Instytucja, od której zależy ważność wyborów, status tysięcy wyroków i przyszłość całego chaosu prawnego pozostawionego po czasach Ziobry.

I właśnie dlatego PiS oraz Nawrocki tak panicznie walczą o wpływy w SN. Jeśli nowy układ polityczny odzyska realną kontrolę nad Sądem Najwyższym, zacznie się proces stopniowego wygaszania systemu zbudowanego przez neosędziów i politycznych nominatów poprzedniej władzy. Możliwe będą zmiany w kierownictwie poszczególnych izb, podważanie części decyzji starej KRS, a przede wszystkim odbudowa pozycji sędziów odsuwanych wcześniej przez ludzi Ziobry.

Nawrocki doskonale rozumie, że jego polityczna rola może polegać właśnie na blokowaniu tych procesów. Będzie wetował ustawy dotyczące sądownictwa, przeciągał nominacje, organizował kolejne patriotyczne konferencje o „obronie konstytucji”, choć przez osiem lat jego środowisko traktowało konstytucję mniej więcej tak, jak pijany lokator traktuje regulamin spółdzielni mieszkaniowej.

Możliwe są również próby dalszego chaosowania systemu poprzez kwestionowanie legalności nowych składów KRS i części decyzji rządu. PiS gra dziś przede wszystkim na zmęczenie obywateli. Im większy bałagan prawny, im większe poczucie chaosu i niepewności, tym łatwiej później opowiadać ludziom, że „demokracja liberalna sobie nie radzi”.

To zresztą dokładnie ten sam model, który obserwujemy u Trumpa w Stanach Zjednoczonych. Najpierw podważa się zaufanie do instytucji. Potem blokuje ich działanie. Następnie przedstawia chaos jako dowód słabości państwa. A na końcu oferuje siebie jako jedynego zbawcę narodu. To polityczny schron przeciwatomowy. Tam rozstrzyga się ważność wyborów. Tam można podważać decyzje rządu. Tam można przeciągać sprawy w nieskończoność niczym serial historyczny TVP o żołnierzach wyklętych i niezłomnych piekarzach antykomunistycznych.

Najzabawniejsze jest jednak to, że nawet w samym obozie prawicy zaczyna się wojna o wpływy. Karol Nawrocki, człowiek wyglądający momentami jak kustosz muzeum narodowych urazów, najwyraźniej chciałby pokazać odrobinę samodzielności. Problem polega na tym, że samodzielność w PiS przypomina palenie papierosów przy zbiorniku z gazem — teoretycznie można, ale wszyscy wiedzą, jak to się skończy.

I wtedy na scenę wchodzi oczywiście Sławomir Cenckiewicz. Człowiek, który od lat zachowuje się tak, jakby całe życie marzył o pracy w archiwum Stasi, tylko pomyliły mu się kraje i epoki. Cenckiewicz nie bada historii. On ją tropi. Węszy wokół niej jak polityczny labrador karmiony teczkami IPN.

Jego obsesja na punkcie Wałęsy dawno przestała być naukowa. To już raczej osobliwy gatunek narodowej psychozy, w której każdy dokument staje się relikwią, a każda plotka dowodem objawionym.

I tutaj pojawia się największa ironia całej tej historii. Polska prawica od lat opowiada o patriotyzmie, dumie narodowej i wielkości Polski, a jednocześnie z uporem maniaka próbuje zniszczyć najbardziej rozpoznawalny symbol polskiej wolności na świecie.

Wałęsa nie jest postacią idealną. Bywał chaotyczny, próżny i momentami irytujący jak taksówkarz opowiadający o polityce po północy. Ale był też człowiekiem, którego nazwisko znał cały świat, kiedy większość dzisiejszych patriotycznych rekonstruktorów walczyła co najwyżej o lepsze miejsce w kolejce po karpia.

Tusk i jego rząd próbują dziś mozolnie odbudowywać państwo po latach politycznej dewastacji. To proces nudny, techniczny i mało widowiskowy. Demokracja liberalna nie daje ludziom emocjonalnego narkotyku. Nie ma w niej wielkich wodzów ani patriotycznych spazmów transmitowanych na żywo.

Dlatego PiS tak panicznie potrzebuje ciągłego konfliktu. Bez wojny z Wałęsą. Bez oblężonej twierdzy. Bez zdrady narodowej. Bez histerii wokół sądów — ten obóz polityczny momentalnie traci sens istnienia.

Wieczorem Polska znowu usiądzie przed telewizorami. Kaczyński znów będzie mówił o zdradzie. Nawrocki będzie patrzył groźnie w kamerę jak kierownik patriotycznego escape roomu. Cenckiewicz prawdopodobnie odnajdzie kolejny dokument, który „zmienia wszystko”, choć od dwudziestu lat nie zmienia niczego poza ciśnieniem najbardziej zagorzałych wyznawców prawicowej martyrologii.

A gdzieś pośrodku tego całego teatru starszy człowiek z charakterystycznym wąsem zapewne znów pomyśli, że naprawdę nie po to przeskakiwał przez płot stoczni, żeby pół wieku później grupa obrażonych archiwistów próbowała przepisać historię na własne polityczne potrzeby.

I może właśnie to jest w tym wszystkim najbardziej smutne i jednocześnie najbardziej śmieszne.

Że Polska XXI wieku nadal bywa zakładnikiem jednej bardzo starej urazy Jarosława Kaczyńskiego.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights