KRZYŻ, BERLIN I OSTATNI POWSTAŃCY TELEWIZJI REPUBLIKA

Warszawa

Berlin budził się spokojnie, jak człowiek, który ma za sobą tysiąc koszmarów i nauczył się już odróżniać prawdziwe niebezpieczeństwo od ulicznego przedstawienia. Nad Szprewą wisiało ciężkie czerwcowe powietrze, turyści fotografowali Reichstag, urzędnicy spieszyli do pracy, a niemieccy rowerzyści, ci wieczni wyznawcy ruchu zorganizowanego, sunęli przez miasto z minami ludzi przekonanych, że świat można naprawić odpowiednio oznakowaną ścieżką rowerową.

I właśnie wtedy do Berlina wkroczył Robert Bąkiewicz.

Nie sam, rzecz jasna. Bohaterowie takich widowisk nigdy nie podróżują sami. Potrzebują publiczności, kamer, telefonów komórkowych, transmisji na żywo i kilku polityków gotowych później opowiedzieć, że byli świadkami wydarzenia porównywalnego co najmniej z odsieczą wiedeńską.

Na czele pochodu niesiono drewniany krzyż. Za nim maszerowali działacze Ruchu Obrony Granic. W mediach społecznościowych od rana pompowano atmosferę wielkiej historycznej misji. Człowiek mógł odnieść wrażenie, że za chwilę zostanie zdobyta twierdza, obalony tyran albo przynajmniej podpisany traktat pokojowy kończący wszystkie wojny świata.

Tymczasem chodziło o coś znacznie bardziej przyziemnego. O awanturę.

Bo jeśli naprawdę chodziłoby o pamięć polskich ofiar niemieckiej okupacji, Robert Bąkiewicz musiałby zająć się czymś piekielnie nudnym. Musiałby rozmawiać z historykami. Wspierać projekty edukacyjne. Zabiegać o obecność polskiej historii w niemieckich podręcznikach. Współpracować z instytucjami, które od lat walczą o upamiętnienie polskich ofiar wojny.

To jednak wymaga cierpliwości, wiedzy i pracy. Awantura wymaga tylko kamery.

Dlatego znacznie łatwiej jest pojechać pod Bundestag, wejść w spór z policją i wrócić do kraju w glorii męczennika oddelegowanego do walki z niemieckim regulaminem zgromadzeń.

Najbardziej fascynująca była jednak reakcja polityków PiS. Ledwie niemiecka policja zatrzymała Bąkiewicza, a już rozpoczęła się narodowa produkcja oburzenia. Jarosław Kaczyński opowiedział o niemieckim nożu wbitym Polsce w plecy. Przemysław Czarnek zażądał reakcji państwa i zaczął mówić o napaści na polskich patriotów. Marcin Przydacz i inni politycy prawicy ruszyli tłumaczyć narodowi, że oto właśnie rozgrywa się dramatyczna batalia o honor Rzeczypospolitej.

Patrzyłem na to z rosnącym zdumieniem.

Kilka dni wcześniej Polska żyła informacjami o brutalnym zabójstwie rosyjskiego opozycjonisty w Białej Podlaskiej. Wszystko wskazuje na to, że była to pokazowa egzekucja człowieka walczącego z putinowskim reżimem. Rosja prowadzi wojnę. Rosyjskie służby są aktywne w Europie.

Polska i Niemcy podpisują właśnie umowę o współpracy wojskowej, a część prawicy uznała, że największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa jest Robert Bąkiewicz pokłócony z niemieckim policjantem. To trochę tak, jakby podczas pożaru domu właściciel porzucił gaśnicę, po czym rozpoczął konferencję prasową poświęconą źle dobranym zasłonom.

Właśnie dlatego cała ta historia jest tak symboliczna. Pokazuje bowiem, czym stała się znaczna część polskiej prawicy po przegranych wyborach. Kiedyś PiS próbował być partią władzy. Dzisiaj coraz częściej przypomina polityczne przedłużenie Telewizji Republika, której podstawowym paliwem jest nieustanne wzburzenie. Każdy dzień musi przynieść nową katastrofę. Nowy skandal. Nowego wroga. Nową zdradę. Nową okupację. Jeżeli rzeczywistość nie dostarcza odpowiedniej ilości dramatów, trzeba je wyprodukować.

Robert Bąkiewicz idealnie odnalazł się w tym świecie. Jest jak wędrowny handlarz politycznych emocji. Rozstawia stragan, wyciąga patriotyczne rekwizyty, uruchamia transmisję i czeka, aż pojawią się klienci. Raz są to granice, innym razem Niemcy, jeszcze innym Unia Europejska. Towar pozostaje ten sam. Zmienia się tylko opakowanie.

Najsmutniejsze jest jednak to, że w cieniu tej całej operetki ginie sprawa naprawdę ważna. Pamięć o polskich ofiarach wojny, bo pamięć nie potrzebuje krzyku, nie potrzebuje szarpanin, nie potrzebuje internetowych widowisk.

Pamięć wymaga powagi, a powaga jest dziś towarem znacznie rzadszym niż patriotyczna histeria. Zwłaszcza po prawej stronie sceny politycznej, gdzie coraz częściej trudno odróżnić działalność polityczną od castingu do kolejnego sezonu narodowego reality show.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights