KRONIKI STAREGO IDIOTY, KTÓRY WCIĄŻ CZYTA WIADOMOŚCI

Warszawa

Przyszło mi ostatnio do głowy, że starość nie zaczyna się wcale wtedy, kiedy człowiek wstaje z fotela wydając dźwięki przypominające pracę starej drewnianej szafy podczas trzęsienia ziemi. Nie zaczyna się nawet wtedy, gdy człowiek zaczyna fotografować paragony, interesować się poziomem cholesterolu i odkrywa, że ulubionym tematem rozmów jego rówieśników stały się wyniki badań laboratoryjnych. Prawdziwa starość zaczyna się znacznie wcześniej. Zaczyna się rano, przy pierwszej kawie, kiedy otwierasz portal informacyjny, patrzysz na nagłówki i nagle odkrywasz, że świat nie budzi już twojej ciekawości. Budzi jedynie ciężkie westchnienie człowieka, który po raz tysięczny ogląda ten sam serial i doskonale zna wszystkie kwestie.

Nie powinienem już czytać wiadomości. Naprawdę nie powinienem.

Mam wystarczająco dużo dowodów, by uznać, że nic dobrego z tego nie wynika. Od lat każdy dzień wygląda niemal identycznie. Jakiś polityk mówi coś głupiego. Jakiś drugi polityk jest oburzony głupotą pierwszego. Trzeci polityk jest oburzony oburzeniem drugiego. Następnie pojawiają się eksperci od oburzeń, którzy tłumaczą w programach publicystycznych, że oburzenie zostało przeprowadzone niezgodnie z procedurami.

A ja to wszystko czytam. Codziennie. Z własnej, nieprzymuszonej woli.

Coraz częściej mam wrażenie, że nie jestem już obserwatorem wydarzeń. Jestem współuzależnionym krewnym świata. Kimś, kto od lat siedzi przy łóżku chorego kuzyna, słucha jego bredni, narzeka na nie, wywraca oczami, a następnego dnia wraca dokładnie po to samo.

Świat tymczasem doskonale wyczuł słabość takich ludzi jak ja. Codziennie produkuje nowe atrakcje.

Otwieram wiadomości i dowiaduję się, że kolejna firma została wyceniona na sumę pieniędzy, której nie potrafię już nawet sobie wyobrazić. Miliardy przestały robić wrażenie dawno temu. Potem były setki miliardów. Potem biliony. Dziś czytam o wycenach przypominających PKB średnich kontynentów i zauważam, że reaguję na to dokładnie tak samo jak na prognozę pogody.

A przecież powinienem być zdumiony. Powinienem krążyć po mieszkaniu i krzyczeć: „Czy wy wszyscy oszaleliście?!”. Tymczasem tylko mieszam herbatę i zastanawiam się, czy mleko jeszcze nie skisło.

Kilka minut później czytam, że gdzieś na świecie kolejny przywódca grozi wojną, kolejny przywódca odpowiada groźbą, a eksperci tłumaczą, że sytuacja jest napięta, ale stabilna.

Uwielbiam to określenie. „Napięta, ale stabilna”. Brzmi jak diagnoza człowieka siedzącego na beczce prochu z zapaloną zapałką i zapewniającego wszystkich wokół, że sytuacja pozostaje pod pełną kontrolą.

Potem przenoszę się do Polski. To dopiero jest podróż.

Polska polityka przypomina bowiem od wielu lat wielką rodzinną uroczystość, podczas której wszyscy uczestnicy są ze sobą pokłóceni, nikt nie pamięta, o co poszło, ale wszyscy doskonale pamiętają, że należy się obrażać.

Patrzę na konferencje prasowe, sejmowe występy, wywiady i wpisy w mediach społecznościowych. Widzę ludzi, którzy od trzydziestu lat przekonują mnie, że właśnie teraz rozstrzyga się los ojczyzny. Właśnie teraz. Dokładnie dziś. Nie jutro i nie pojutrze. Słyszę to mniej więcej od czasu, gdy modem internetowy wydawał odgłosy chorego delfina.

Jeżeli zsumować wszystkie polityczne końce świata, które przeżyłem od lat dziewięćdziesiątych, powinienem już mieszkać na zgliszczach cywilizacji, żywić się konserwami i handlować kapslami. Tymczasem siedzę przy biurku i czytam kolejny artykuł.

Nie wiem, kto jest tu bardziej absurdalny, politycy czy ja. Coraz częściej podejrzewam, że jednak ja,  bo oni przynajmniej mają interes. Walczą o władzę, stanowiska, wpływy i miejsce w podręcznikach historii. Ja walczę o możliwość przeczytania jeszcze jednego komentarza pod artykułem i przegrywam. Za każdym razem.

Najgorsze jest jednak to, że świat bywa czasem naprawdę interesujący. Człowiek już ma rzucić to wszystko, wyłączyć telefon, kupić działkę nad jeziorem i hodować pomidory, kiedy nagle wydarza się coś fascynującego. Jakaś spektakularna historia naukowa. Jakiś niezwykły wynalazek. Jakiś odkrywca. Jakiś artysta. Jakiś astronauta lecący tam, gdzie jeszcze nikt nie był.

I wtedy przypominam sobie, dlaczego od tylu lat śledzę ten cały bałagan. Bo świat, mimo całej swojej głupoty, pozostaje najciekawszym widowiskiem, jakie kiedykolwiek wymyślono.

Jest jednocześnie tragedią, farsą, operetką, kabaretem i cyrkiem objazdowym. Jednego dnia oglądamy miliarderów marzących o kolonizacji Marsa, drugiego polityków tropiących wrogów narodu w książce telefonicznej, trzeciego naukowców próbujących ratować planetę, a czwartego internet kłócący się przez dwanaście godzin o kolor sukienki albo zdjęcie kota.

To wszystko jest kompletnie niedorzeczne i właśnie dlatego tak trudno przestać na to patrzeć.

Podejrzewam więc, że jutro rano znów zrobię to samo. Znów zaparzę kawę. Znów obiecam sobie, że nie będę czytał wiadomości. Znów wytrzymam może siedem minut, a potem otworzę portal informacyjny i zacznę czytać o kolejnej katastrofie, aferze, rewolucji, wojnie, kryzysie albo genialnym wynalazku.

Po czym westchnę ciężko, pokręcę głową i zacznę pisać felieton o tym, jak bardzo jestem zmęczony czytaniem wiadomości. Jest w tym jakaś żałosna konsekwencja, ale po tylu latach przywiązujesz się nawet do własnych absurdów.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights