
Warszawa w maju wygląda czasem jak miasto, które próbuje zapomnieć o własnych koszmarach. Drzewa już zielone. Tramwaje wyją po szynach jak stare metalowe wieloryby. Ludzie siedzą w ogródkach, mieszają łyżeczką kawę i przez chwilę udają, że państwo nie przypominało przez ostatnie lata domu opanowanego przez grupę pijanych administratorów, którzy najpierw wyrwali bezpieczniki ze ściany, a potem tłumaczyli wszystkim, że to nowoczesna reforma elektryki.
I właśnie wtedy z polityczno‑prawnego lamusa wychodzi Dagmara Pawełczyk‑Woicka. Cała w majestacie obrażonej instytucji. Cała w aurze urzędowego patosu człowieka, który przez lata siedział na pokładzie statku dryfującego prosto na skały, ale do końca upierał się, że orkiestra gra pięknie i wszystko jest zgodne z procedurą.
Pawełczyk‑Woicka zrezygnowała z funkcji przewodniczącej KRS. I zrobiła to w stylu tak charakterystycznym dla ludzi dawnej epoki Ziobry. Zostawiła po sobie jeszcze list, jeszcze pouczenie, jeszcze minę surowej wychowawczyni z internatu dla konstytucyjnych rozbitków. Bo przecież nawet schodząc ze sceny, trzeba jeszcze tupnąć nogą i oznajmić, że teatr nadal należy do nas.
To jest w ogóle fascynująca galeria postaci. Polska prawica przez lata produkowała takich urzędowych rycerzy chaosu niczym fabryka produkująca plastikowe figurki do tanich zestawów wojennych. Wystarczyło mieć odpowiednią lojalność wobec obozu i już można było zostać strażnikiem praworządności. Tak jakby lis dostał etat kierownika kurnika i jeszcze medal za troskę o drób.
Dagmara Pawełczyk‑Woicka nie wzięła się przecież znikąd. To nie była postać wyłoniona z majestatu niezależności sądów ani z podziwu środowiska prawniczego. To był polityczny projekt Zbigniewa Ziobry. Kolejny element jego wielkiej wojny z państwem prawa. Ziobro przez lata zachowywał się jak człowiek, który pomylił ministerstwo sprawiedliwości z prywatnym warsztatem tuningowym. Rozkręcał instytucje śrubokrętem ideologii, wymieniał części, smarował propagandą i jeszcze krzyczał, że właśnie naprawia demokrację.
A KRS pod kierownictwem Pawełczyk‑Woickiej stała się symbolem tej epoki. Nie rady. Nie strażnika niezależności sądownictwa. Nie miejsca poważnej debaty o prawie. Stała się urzędowym odpowiednikiem politycznego bazaru, na którym lojalność wobec władzy zaczęła znaczyć więcej niż autorytet.
To była instytucja oblepiona wątpliwościami niczym stary przystanek wyborczymi plakatami. Europejskie trybunały kwestionowały jej niezależność. Polscy sędziowie protestowali. Prawnicy alarmowali. A KRS trwała w tym wszystkim z uporem człowieka siedzącego w płonącym mieszkaniu i tłumaczącego strażakom, że dym jest elementem nowoczesnego ogrzewania.
Najbardziej osobliwe było jednak to poczucie moralnej wyższości. Ci ludzie naprawdę uwierzyli, że są reformatorami. Że historia zapisze ich jako budowniczych nowego ładu. Tymczasem coraz bardziej przypominali komisję lokatorów przejmującą kamienicę po to, by wymienić zamki i urządzić w piwnicy partyjne karaoke.
Pawełczyk‑Woicka przez lata występowała z tym charakterystycznym tonem urzędowej surowości. Jakby każda konferencja była rozprawą przeciwko rzeczywistości. Jakby konstytucja była tylko przeszkodą administracyjną, którą należy ominąć odpowiednio grubym segregatorem.
I oto dziś ta sama osoba mówi o „starym składzie” KRS, o zabezpieczeniach Trybunału Konstytucyjnego i o legalności. To jest dopiero polityczna groteska. Ludzie, którzy przez lata traktowali prawo jak plastelinę do lepienia partyjnych figurek, nagle odnaleźli w sobie duszę strażników procedur.
A przecież mówimy o Trybunale Konstytucyjnym, który za czasów PiS został przerobiony na coś pomiędzy biurem notarialnym partii a teatrem amatorskim. Instytucja mająca być najwyższym strażnikiem konstytucji zamieniła się w urząd wydający polityczne komunikaty z powagą kiosku ruchu ogłaszającego promocję na gumy do żucia.
I jeszcze ta cała atmosfera oblężonej twierdzy. Ciągłe przekonanie ludzi dawnego obozu władzy, że oni nadal są prawdziwym państwem, tylko chwilowo naród źle zagłosował. To trochę przypomina arystokrację po rewolucji francuskiej, która siedzi już bez pałacu, bez armii i bez wpływów, ale nadal ćwiczy ukłony przed lustrem.
Pawełczyk‑Woicka jest symbolem właśnie tej epoki. Epoki ludzi przekonanych, że instytucje istnieją wyłącznie po to, by służyły partii. Że niezależność jest przeszkodą. Że prawo można naciągać jak gumę od majtek, byle odpowiednio długo tłumaczyć w telewizji, iż to patriotyzm.
A potem przychodzi rzeczywistość. Cicha. Powolna. Nieefektowna. Jak komornik historii.
Zmienia się władza. Kończą się konferencje pełne triumfalnych min. Znikają ochronne parasole propagandy. I nagle okazuje się, że po latach politycznego huku zostaje głównie kurz, chaos i tysiące stron sporów prawnych.
Patrzę czasem na te twarze dawnej „dobrej zmiany”. Na ludzi Ziobry, Kaczyńskiego, Czarnka. I widzę w nich coś bardzo smutnego. Oni naprawdę uwierzyli, że państwo jest ich własnością. Że można je przestawiać po pokoju jak meble w kawalerce.
Tymczasem państwo to nie jest zabawka dla sfrustrowanych ideologów. To nie jest prywatny folwark ministra z ambicją prokuratora rewolucji. To delikatny mechanizm. Kiedy się go niszczy, skutki zostają na lata.
Dlatego historia KRS pod kierownictwem Pawełczyk‑Woickiej będzie wracała jeszcze długo. Jako przestroga. Jako przykład tego, jak łatwo zamienić ważną instytucję w polityczny instrument. Jak szybko można ośmieszyć autorytet prawa.
A sama Pawełczyk‑Woicka? Cóż. Schodzi dziś ze sceny jak aktorka teatru objazdowego po wyjątkowo nieudanym sezonie. Kurtyna opada. Widownia ziewa. Dekoracje się sypią. Zostają tylko resztki patosu i echo dawnych przemówień o legalności wypowiadanych przez ludzi, którzy przez lata traktowali prawo jak plastelinowy młotek.
Wieczorem miasto znowu ucichnie. Tramwaje pojadą przez mosty. Ludzie wrócą do domów. Ktoś będzie podlewał kwiaty na balkonie. Ktoś otworzy okno i poczuje zapach ciepłego deszczu.
A gdzieś w archiwach zostanie ten osobliwy rozdział polskiej historii. Rozdział o ludziach, którzy postanowili podporządkować sobie sądy, a skończyli jako bohaterowie politycznej farsy. Takiej smutnej komedii o prowincjonalnej pysze przebranej za państwowość.
I chyba właśnie to jest w tym wszystkim najbardziej kompromitujące.
Nie skala ich pewności siebie, nawet nie propaganda. Tylko to, że byli przekonani, iż nikt tego wszystkiego nie zapamięta.

Dodaj komentarz