
W przeddzień osiemdziesiątej drugiej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego Polska przygotowuje się do corocznego cudu przemiany. Już jutro o siedemnastej politycy ucichną na minutę, narodowcy spoważnieją, internetowi husarze wstrzymają produkcję obelg, a ludzie, którzy przez pozostałe trzysta sześćdziesiąt cztery dni dzielą Polaków na prawdziwych, fałszywych i przeznaczonych do deportacji, przypomną sobie o narodowej wspólnocie.
Na klapach marynarek zakwitną Kotwice Polski Walczącej. Na koszulkach pojawią się powstańcy. Na przedramionach prężących się patriotycznie młodzieńców zobaczymy biało-czerwone opaski. Flagi będą tak wielkie, jakby od ich powierzchni zależała głębokość uczuć właściciela.
Im mniej człowiek ma do powiedzenia o Polsce, tym większą Polskę musi sobie wydrukować na brzuchu.
W 1942 roku Kotwicę malowano na murach pod groźbą aresztowania, tortur i śmierci. Dzisiaj można ją kupić na breloczku, czapce, kubku, zapalniczce, etui na telefon i koszulce termoaktywnej. Wersja samochodowa występuje obok orła, husarza oraz napisu ostrzegającego, że właściciel pojazdu ma benzynę we krwi, choć po sposobie parkowania należałoby podejrzewać raczej niedobór tlenu.
Kotwicę zaprojektowała najprawdopodobniej Anna Smoleńska „Hania”, studentka historii sztuki i harcerka Szarych Szeregów, zamordowana w Auschwitz. Znak miał dodawać Polakom nadziei, a okupantowi odbierać pewność siebie. Był symbolem oporu tworzonego przez konspirację, nie znakiem firmowym jednego obozu politycznego.
Dziś służy niektórym ludziom do odwrotnego celu: ma dodawać pewności właścicielowi i odbierać polskość wszystkim pozostałym.
KOTWICA JAKO PRZEPUSTKA DO POLSKOŚCI
Pseudopatriota nie zastanawia się, co oznacza symbol. Pseudopatriota sprawdza, czy symbol dobrze wygląda na zdjęciu.
Najlepiej, jeśli obok Kotwicy znajduje się dym z rac, zaciśnięta pięść, groźna mina i kilka słów o zdrajcach. Patriotyzm bez zdrajcy jest bowiem dla współczesnego narodowca jak kebab bez sosu: suchy, smutny i pozbawiony sensu.
Kotwica stała się u niego certyfikatem moralnym. Po jej przypięciu można już mówić o „elementach obcych”, „lewactwie”, „dewiantach”, „żydostwie”, „ukropolinie” i „zdrajcach narodu”. Odznaka ma działać jak polityczny odświeżacz powietrza: przykryć zapach pogardy aromatem Powstania Warszawskiego.
Tylko że pogarda nadal śmierdzi.
Jarosław Kaczyński wystąpił w październiku 2020 roku z Kotwicą w klapie, kiedy wzywał do obrony kościołów przed protestującymi kobietami „za wszelką cenę”. Oskarżał demonstrantów o nihilizm, przestępstwa i atak na Polskę. Powstanki Anna Jakubowska „Paulinka”, Wanda Traczyk-Stawska „Pączek”, Hanna Stadnik „Pętelka”, Anna Przedpełska-Trzeciakowska „Grodzka” i Krystyna Zachwatowicz-Wajdowa „Czyżyk” zaprotestowały. Uznały wykorzystanie znaku w takiej sytuacji za niedopuszczalne. One miały do tego symbolu prawo zapisane nie w partyjnym regulaminie, lecz we własnej krwi.
Prezes nie zdjął wtedy Kotwicy z historii. Próbował jedynie przypiąć historię do własnej marynarki.
Był to obraz doskonały: starszy pan siedzący bezpiecznie za stołem, wzywający Polaków do konfrontacji z innymi Polakami, a na klapie symbol ludzi, którzy walczyli z prawdziwym okupantem. Przy takim pomieszaniu pojęć Trybunał Konstytucyjny powinien był orzec, że gestapo było organizacją pozarządową, a powstańcza barykada — punktem konsultacyjnym.
BĄKIEWICZ MALUJE HISTORIĘ SPRAYEM
Robert Bąkiewicz poszedł jeszcze dalej. W styczniu 2024 roku namalował Kotwicę sprayem na fasadzie zabytkowego gmachu Ministerstwa Klimatu i Środowiska. Ogłosił, że władza usuwa polskie symbole, więc on nauczy ją polskości.
To było niezwykle polskie. Kiedy człowiek nie potrafi przekonać rodaków argumentem, może jeszcze pobrudzić im budynek.
Bąkiewicz przedstawił później swój proces jako prześladowanie „za znak Polski Walczącej”. W rzeczywistości zarzut dotyczył uszkodzenia zabytku. Używanie Kotwicy nie jest zakazane; niszczenie cudzej własności pozostaje przestępstwem także wtedy, gdy wandal posługuje się patriotycznym sprayem. „Konkret24” szczegółowo sprostował tę wygodną opowieść o męczeństwie.
Powstańcy malowali Kotwicę, ryzykując życie. Bąkiewicz namalował ją, ryzykując głównie fakturę za czyszczenie elewacji. Różnica drobna, ale historycznie zauważalna.
W okupowanej Warszawie znak mówił Niemcom: „Polska jeszcze żyje”. Na ministerstwie mówił konserwatorowi zabytków: „proszę przygotować rusztowanie”.
Pseudopatriota potrafi zamienić każdą świętość w bazgroł, a następnie zażądać szacunku dla bazgrołu.
BRAUN, CZYLI GAŚNICA PEŁNA TRADYCJI
Grzegorz Braun lubi mówić o Powstaniu: „chwała bohaterom, hańba prowokatorom”. Sam chętnie występuje jako narodowy egzorcysta, który przy pomocy gaśnicy, mikrofonu i głosu przedwojennego właściciela majątku usuwa z Polski wszystko, co uzna za niepożądane.
Braun ma do historii stosunek właścicielski. Z dawnych bohaterów wybiera sobie dekoracje, z dawnych tragedii — argumenty, z dawnych uprzedzeń — repertuar objazdowy. Polska jest dla niego szlacheckim dworem, w którym on jeden posiada akt własności, a reszta narodu mieszka warunkowo i może otrzymać wypowiedzenie za niewłaściwe pochodzenie, religię albo zestaw poglądów.
W Powstaniu Warszawskim walczyli ludzie różnych przekonań: socjaliści, narodowcy, konserwatyści, demokraci, katolicy, Żydzi, osoby niewierzące. Ginęli cywile, których nikt nie pytał o program wyborczy. Tymczasem współczesny radykał bierze ich wspólny symbol i używa go jak pieczątki na świadectwie czystości narodowej.
Braun, Bąkiewicz i ich konkurenci uprawiają patriotyzm selektywny. Kochają Polskę pod warunkiem, że Polska ma ich twarz, ich poglądy, ich wyznanie i ich listę wrogów. Jeżeli rzeczywista Polska okazuje się różnorodna, europejska i niechętna marszowi pod komendą, tym gorzej dla Polski.
KAMRACI, CZYLI MOSKWA W ROGATYWCE
Najbardziej groteskowym kwiatem tego patriotycznego ogrodu są Kamraci. Wojciech Olszański i Marcin Osadowski zbudowali internetową subkulturę agresywnego nacjonalizmu, antysemityzmu, antyukraińskości i prorosyjskich opowieści. Owijają się polskimi barwami tak szczelnie, jakby bali się, że bez flagi ktoś rozpozna przesyłkę z Kremla.
Trudno o większe szyderstwo z Polski Walczącej niż człowiek, który krzyczy o narodowej suwerenności, a następnie powtarza narracje państwa prowadzącego imperialną wojnę. To jak wystąpić w hełmie powstańca i zameldować gotowość do służby u Stalina.
Kamracki patriotyzm ma budowę cepa. Z jednej strony znajduje się Polska, z drugiej wróg, a pośrodku człowiek wymachujący całym urządzeniem bez pewności, którą stroną zaraz uderzy się w głowę.
Co znamienne, środowisko Kamratów deklarowało współpracę z Braunem, a droga od internetowego patostreamu do polityki okazała się krótsza niż droga powstańczego meldunku przez kanały. Ich nacjonalizm łączy się z poglądami antyukraińskimi, antyunijnymi i prorosyjskimi.
Oni wszyscy kochają Polskę tak mocno, że najchętniej odebraliby ją większości Polaków.
FALANGA PRZY KOTWICY
Już w 2019 roku weterani Powstania protestowali przeciw łączeniu Kotwicy z Falangą podczas marszu narodowców organizowanego 1 sierpnia. Mówili jasno, że boli ich zestawianie symbolu Polski Walczącej ze znakiem przedwojennego radykalnego nacjonalizmu. Sprzeciwiali się także poniżaniu mniejszości seksualnych i przypominali, że homoseksualiści byli mordowani przez nazistów. Powstańcy bronili pamięci przed ludźmi, którzy twierdzili, że występują w jej obronie.
To najcelniejsza recenzja współczesnego pseudopatriotyzmu.
Kiedy żywy powstaniec nie zgadza się z narodowcem, narodowiec nie zmienia poglądów. Zmienia powstańca. Bohater staje się nagle naiwnym staruszkiem, ofiarą manipulacji, człowiekiem „wykorzystywanym przez lewicę”. Prawdziwy powstaniec jest bowiem dla radykała wygodny dopiero po śmierci. Nie zabiera głosu, nie protestuje, nie przypomina, że walczył o wolność także dla ludzi, których nacjonalista chciałby dziś wyrzucić poza wspólnotę.
Wanda Traczyk-Stawska, zagłuszana przez narodowców podczas demonstracji poparcia dla obecności Polski w Unii Europejskiej, odpowiedziała im słowami żołnierza, nie pamiątkowej figurki: „Milcz, głupi chłopie, milcz, chamie skończony”. Przypomniała, że widziała krew i śmierć, a Polska należy także do Europy.
Był to rzadki moment, gdy podróbka patriotyzmu spotkała się z oryginałem.
Podróbka miała głośniki. Oryginał miał pamięć.
PRAWO DO SYMBOLU NIE JEST PRAWEM DO CUDZEJ OJCZYZNY
Kotwica Polski Walczącej należy do wszystkich Polaków, lecz nie każde jej użycie jest godne. Prawo pozwala przypiąć ją do klapy. Przyzwoitość wymaga jeszcze zapytać, co znajduje się pod klapą.
Czy jest tam szacunek dla drugiego człowieka? Czy odpowiedzialność za wspólnotę? Czy gotowość obrony słabszych? Czy uznanie, że Polska może należeć także do kogoś, kto inaczej głosuje, modli się, kocha albo rozumie własną tożsamość?
Jeżeli nie, Kotwica staje się kostiumową biżuterią. Patriotycznym listkiem figowym przypiętym do moralnej nagości.
Jutro politycy PiS, Konfederacji, środowiska Brauna, narodowcy i wszyscy zawodowi właściciele ojczyzny znów ustawią się przy pomnikach. Będą mówić o jedności, choć żyją z podziału. O odwadze, choć najczęściej walczą z ludźmi słabszymi od siebie. O suwerenności, choć niektórzy powtarzają propagandę Moskwy. O pamięci, choć pamiętają tylko to, co można wykorzystać przeciw przeciwnikowi.
Niech sobie przypinają Kotwicę. Od samego przypięcia nikt nie staje się spadkobiercą Polski Podziemnej, podobnie jak człowiek w koszulce z Chopinem nie nabywa słuchu muzycznego.
Kotwica Polski Walczącej nie jest medalem za nienawiść do połowy narodu. Nie jest partyjnym logo, przepustką do wyłącznej polskości ani certyfikatem moralności wydawanym przez człowieka z racą.
Powstańcy walczyli, ponieważ odmówiono Polsce wolności. Pseudopatrioci używają ich symbolu, aby odmawiać wolności innym.
I właśnie dlatego jutro, kiedy zawyją syreny, najlepiej byłoby, gdyby zawodowi patrioci naprawdę zamilkli.
Nie tylko na minutę.

Dodaj komentarz