KOMISJA WENECKA, PREZYDENT I PIŁKA NOŻNA, CZYLI WEEKEND W KRAINIE ABSURDU

Warszawa

Są takie chwile, kiedy człowiek czyta wiadomości i zaczyna podejrzewać, że Polska została potajemnie sprzedana scenarzystom kabaretów.

Nie ma innego wyjaśnienia. Oto bowiem Komisja Wenecka bierze na warsztat projekt ustawy prezydenta Karola Nawrockiego. Projekt nosi nazwę tak niewinnie brzmiącą, że człowiek odruchowo chce mu zaufać. „O przywróceniu prawa do sądu”. Brzmi niemal jak akcja dobroczynna. Jak zbiórka koców dla bezdomnych albo sadzenie drzew w Bieszczadach.

Tymczasem eksperci Komisji Weneckiej przeczytali ten dokument i najwyraźniej przeżyli doświadczenie podobne do człowieka, który kupił wodę mineralną, a po odkręceniu butelki odkrył w środku benzynę.

Opinia jest miażdżąca. Projekt należy wyrzucić do kosza. Nie poprawić. Nie skorygować. Nie dopracować. Wyrzucić.

To zawsze robi wrażenie. Zwłaszcza gdy ustawa mająca przywracać prawo do sądu zostaje oceniona jako zagrożenie dla niezależności sądów. To trochę tak, jakby producent gaśnic wypuścił model wyposażony w miotacz ognia.

Komisja Wenecka stwierdziła w gruncie rzeczy to, co od miesięcy mówili prawnicy. Że nie można karać sędziów za orzekanie. Że nie można budować państwa prawa poprzez zastraszanie ludzi, którzy mają tego prawa pilnować. Że jeżeli ktoś próbuje naprawiać zegarek młotkiem, to problemem nie jest wyłącznie zegarek.

Karol Nawrocki zdaje się coraz bardziej przypominać ucznia, który regularnie oddaje wypracowania napisane na kolanie, po czym jest szczerze zdziwiony, że nauczyciel nie chce ich wystawić w szkolnej gablocie. Co kilka tygodni pojawia się nowy pomysł. Nowe weto. Nowa inicjatywa. Nowa ofensywa, a potem przychodzą prawnicy z Polski, Europy albo świata i tłumaczą, że być może nie jest najlepszym pomysłem budowanie demokracji przy pomocy instrukcji obsługi pałki teleskopowej.

Tymczasem świat zajęty jest czymś zupełnie innym. Mundialem. Cała planeta przez chwilę przypomina wielkie boisko, po którym biegają milionerzy, a miliardy ludzi siedzą przed telewizorami, udając ekspertów od taktyki. Człowiek, który nie potrafi zaparkować samochodu tyłem, tłumaczy nagle reprezentacji Argentyny, jak należy rozgrywać piłkę w środku pola.

Jest w tym coś pięknego. Jeszcze piękniejsze jest jednak to, że Polska nie bierze udziału w tym spektaklu. Po latach cierpień nauczyliśmy się patrzeć na mistrzostwa świata jak krewny patrzący przez szybę restauracji na ludzi jedzących homary. Trochę zazdrości, trochę ulgi i świadomość, że rachunek i tak byłby ponad nasze możliwości.

Nieobecność naszych piłkarzy sprawia wręcz, że mundial ogląda się przyjemniej. Nie trzeba analizować narodowej katastrofy po remisie z Hondurasem ani zastanawiać się, czy przegrana z Kostaryką była efektem złego ustawienia drużyny czy zdrady narodowej. Można po prostu oglądać futbol.

A skoro już mowa o katastrofach, to Rosja nadal prowadzi najdroższą operację samobójczą w nowoczesnej historii. Według wyliczeń każda godzina wojny kosztuje Kreml równowartość 140 milionów złotych. To oznacza, że w czasie potrzebnym przeciętnemu urzędowi na wydanie jednego zaświadczenia, Rosja przepala sumę wystarczającą na budowę szkoły, szpitala i kilku kilometrów autostrady.

Władimir Putin miał odbudować imperium. Tymczasem coraz bardziej przypomina człowieka, który podpalił własny dom, aby udowodnić sąsiadom, że stać go na ogrzewanie.

Na drugim końcu świata Donald Trump zapowiada kolejne historyczne porozumienie z Iranem. Trump podpisuje historyczne porozumienia z taką częstotliwością, z jaką przeciętny człowiek wyrzuca śmieci. Każde jest przełomowe. Każde zmienia świat. Każde ma trwać wiecznie. Potem przychodzi kolejny tydzień i potrzebne jest następne przełomowe porozumienie.

Historia ostatnich lat przypomina już trochę serial produkowany przez ludzi cierpiących na nadmiar kofeiny, ale największą radość sprawił mi w ten weekend Ryszard Petru. Ryszard Petru chce bowiem budować nową formację polityczną. Konfederację light.

Uwielbiam takie pomysły. Polska polityka jest jedynym miejscem na świecie, gdzie odpowiedzią na istnienie partii jest stworzenie bardzo podobnej partii, ale z innym logo i nowym zestawem konferencji prasowych. To trochę jak otwieranie budki z kebabem naprzeciwko istniejącej budki z kebabem i ogłaszanie początku wielkiej rewolucji gastronomicznej.

Może jednak jestem niesprawiedliwy. Może właśnie na tym polega demokracja. Jedni budują partie. Inni budują ustawy odrzucane przez Komisję Wenecką. Jeszcze inni budują mundialowe marzenia, a my wszyscy siedzimy z kubkiem kawy i próbujemy zrozumieć, co właściwie dzieje się wokół.

I chyba właśnie dlatego czytamy wiadomości. Nie dlatego, że świat staje się bardziej racjonalny. Czytamy je dlatego, że każdego dnia znajduje nowy sposób, by być jeszcze bardziej absurdalnym niż wczoraj, a trzeba przyznać, że konkurencja jest coraz większa.

Wydarzenia dnia są tylko pretekstem do opowieści o Polsce, politykach, futbolu, Putinie, Trumpie i naszym narodowym uzależnieniu od obserwowania absurdu.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights