
Polska klasa średnia nigdy nie miała łatwo. Najpierw przez pół wieku marzyła o tym, żeby mieć. Potem przez trzydzieści lat uczyła się, jak mieć więcej. A kiedy już wreszcie zaczęła mieć, okazało się, że najważniejsze jest, żeby inni widzieli, że ma.
To nie jest felieton o bogaczach. Bogaci mają swoje zmartwienia, których zwykły śmiertelnik nigdy nie zrozumie. Czy lepiej kupić trzeciego Range Rovera, czy jednak czwarte mieszkanie w Hiszpanii? To problemy z wyższej półki, niemal filozoficzne.
Ja chcę opowiedzieć o kimś znacznie ciekawszym. O człowieku, który zarabia wystarczająco dużo, żeby codziennie się bać, że przestanie.
To właśnie on tworzy polską klasę średnią. Najbardziej zapracowane, najbardziej zestresowane i chyba najbardziej zagubione plemię współczesnej Europy. Dawniej mieszczanin miał kamienicę, warsztat i konto w kasie oszczędnościowej. Dzisiejszy przedstawiciel klasy średniej ma kredyt hipoteczny, leasing, kartę kredytową, abonament na sześć platform streamingowych, smartwatch liczący stres, aplikację do medytacji oraz psychoterapeutę, który tłumaczy mu, że powinien zwolnić tempo. Zwykle odbywa się to podczas wideorozmowy między jednym spotkaniem na Teamsie a drugim.
Kiedyś człowiek pracował po to, żeby żyć. Dzisiaj żyje po to, żeby utrzymać styl życia, którego nawet nie lubi.
Każdy poranek wygląda podobnie. Budzik dzwoni nie dlatego, że człowiek się wyspał, lecz dlatego, że bank również wstaje wcześnie. Kredyt mieszkaniowy ma tę niezwykłą właściwość, że nie zna pojęcia długiego weekendu. Rata jest bardziej obowiązkowa niż pacierz, a przypomnienie z bankowej aplikacji przychodzi z punktualnością szwajcarskiego zegarka i czułością komornika.
Potem kawa. Koniecznie rzemieślnicza, najlepiej z ziaren, które rosły na zboczu wulkanu, były zbierane wyłącznie podczas pełni księżyca i słuchały muzyki klasycznej. Za trzydzieści złotych. W końcu człowiek sukcesu nie może pić zwykłej kawy. Od zwykłej kawy zaczyna się przecież społeczny upadek.
Następnie telefon. Instagram. LinkedIn. Facebook. TikTok. Kilka minut wystarczy, żeby dojść do wniosku, że wszyscy znajomi właśnie wrócili z Japonii, kupili dom pod lasem, przebiegli maraton, nauczyli się nurkować z rekinami, wychowują genialne dzieci i jeszcze znajdują czas na pieczenie chleba na zakwasie.
Patrzy na to człowiek siedzący w dwupokojowym mieszkaniu na kredyt, z kotem, który od tygodnia ignoruje właściciela, i myśli, że chyba coś w życiu przegapił.
To jest największy wynalazek współczesności. Już nie porównujemy się z sąsiadem zza ściany. Porównujemy się z milionem ludzi, którzy właśnie wrzucili do internetu najpiękniejsze pięć sekund swojego życia.
Potem przychodzi urlop. Ach, urlop. Dawniej urlop polegał na tym, że człowiek odpoczywał. Dzisiaj urlop przypomina operację wojskową połączoną z konkursem piękności i egzaminem z zarządzania projektami. Trzeba kupić bilety, znaleźć hotel oceniony co najmniej na dziewięć przecinek trzy, sprawdzić dwieście siedemdziesiąt opinii, obejrzeć trzydziestu influencerów, przeczytać pięć blogów podróżniczych, wykupić ubezpieczenie od deszczu, wiatru, zgubionej walizki i złego humoru pilota.
A potem koniecznie polecieć tam, gdzie jeszcze nie byli znajomi, bo przecież nie wypada drugi raz pokazać Grecji. Grecja jest dla początkujących. Teraz modne są Wyspy Owcze, Bhutan, Namibia albo jakaś maleńka wyspa na Pacyfiku, której nazwy nie potrafi wymówić nawet stewardesa.
Najważniejsze jednak nie jest zobaczyć. Najważniejsze jest udowodnić, że się zobaczyło. Podróż przestała być drogą. Stała się certyfikatem przynależności do klasy średniej. Selfie zastąpiło wspomnienia. Lajk zastąpił zachwyt. Album rodzinny zastąpił algorytm.
Coraz częściej odnoszę wrażenie, że współczesny turysta nie ogląda świata. On sprawdza, czy świat dobrze wygląda na ekranie telefonu.
A przecież człowiek nie urodził się po to, żeby całe życie coś odhaczać. Odhacza studia. Odhacza awans. Odhacza ślub. Odhacza kredyt. Odhacza dzieci. Odhacza Bali. Odhacza Islandię. Odhacza terapię. Na końcu pozostaje już tylko odhaczyć emeryturę, o ile wcześniej ZUS nie odhaczy jego.
I właśnie wtedy zaczyna się największy paradoks współczesnej klasy średniej. Im więcej ma możliwości, tym mniej ma spokoju. Im więcej posiada, tym bardziej boi się stracić. Im bardziej goni za szczęściem, tym rzadziej zauważa, że szczęście od dawna siedzi na ławce, zmęczone czekaniem.
Najdziwniejsze jest jednak to, że współczesna klasa średnia przestała kupować rzeczy. Ona kupuje opowieści o sobie.
Samochód nie jest już samochodem. Jest komunikatem. Mieszkanie nie jest miejscem do życia, lecz inwestycją. Pies nie jest psem, tylko elementem stylu życia. Nawet kawa nie jest kawą. Jest deklaracją światopoglądową. Zwykłą kawę piją ci, którzy jeszcze nie odkryli własnego potencjału. Ludzie sukcesu piją tylko taką, której nazwy nie potrafi wymówić połowa kelnerów.
To samo dzieje się z wakacjami. Jeszcze trzydzieści lat temu wystarczył Bałtyk. Człowiek wynajmował pokój u pani Stasi, dzieci dostawały gofra, ojciec parawan, matka chwilę spokoju i wszyscy wracali opaleni, szczęśliwi oraz przekonani, że życie jednak ma sens.
Dzisiaj Bałtyk stał się społecznie podejrzany. Jak to? Tylko Mielno? Nie było Bali? Nie było Islandii? Nie było safari? Nie nurkowaliście z żółwiami? To właściwie po co był ten urlop?
Tak oto odpoczynek zamienił się w konkurs. Nie wygrywa ten, kto najlepiej wypoczął. Wygrywa ten, kto bardziej zmęczył się udowadnianiem, że wypoczywa. Dlatego współczesny urlop zaczyna się kilka miesięcy przed wyjazdem i kończy długo po powrocie. Najpierw trwa polowanie na bilety, później rezerwacje, porównywarki, aplikacje, rankingi, filmiki, blogi, influencerzy, mapy atrakcji i listy miejsc obowiązkowych. Człowiek jeszcze nie wyjechał z domu, a już jest bardziej zmęczony niż jego dziadek po wykopaniu hektara ziemniaków.
Potem przychodzi wyjazd. Nie ma czasu na siedzenie w kawiarni. Nie ma czasu patrzeć na morze. Nie ma czasu zgubić się w uliczkach starego miasta. Trzeba przecież zdążyć na punkt widokowy numer siedem, muzeum numer dziewięć, wodospad numer jedenaście i restaurację numer trzynaście, którą polecał influencer z perfekcyjnym uśmiechem oraz zębami bielszymi od marmuru w ateńskim Partenonie.
Pod koniec dnia człowiek nie pamięta już, czy oglądał świątynię w Japonii, Portugalii czy może jednak w galerii handlowej pod Warszawą, bo wszystkie zdjęcia wyglądają identycznie. Najważniejsze, że licznik atrakcji się zgadza. Dawniej ludzie zbierali znaczki. Dzisiaj zbierają kraje.
Jest w tym coś głęboko wzruszającego i jednocześnie potwornie smutnego. Oto człowiek leci na drugi koniec świata tylko po to, żeby zrobić sobie zdjęcie w miejscu, w którym pięć minut wcześniej zdjęcie zrobiło tysiąc innych ludzi.
Prawdziwa podróż wymaga ciekawości. Dzisiejsza turystyka coraz częściej wymaga tylko dobrego zasięgu. Nieprzypadkowo coraz więcej osób wraca z egzotycznych wakacji bardziej wyczerpanych niż przed wyjazdem. Miało być odnajdywanie siebie, wyszło nieustanne ładowanie powerbanków.
A skoro o ładowaniu mowa… Nie znam bardziej polskiego zjawiska niż kredyt na odpoczynek. To pomysł tak genialny, że powinien zostać wpisany na listę narodowego dziedzictwa. Pożyczyć pieniądze po to, żeby przez tydzień udawać człowieka, którego byłoby stać na takie wakacje, gdyby nie musiał ich finansować z pożyczki.
To już nie jest ekonomia. To literatura fantastyczna. Banki doskonale wiedzą, jak działa ludzka psychika. Wystarczy zmienić nazwę. Nie mówi się przecież: „zadłuż się na dziesięć lat”. Mówi się: „spełnij marzenia”. Marzenia mają dziś oprocentowanie. Szczęście ma harmonogram spłat, a wspomnienia doliczoną prowizję.
Najbardziej poruszają mnie jednak ci, którzy zadłużają się nie dlatego, że naprawdę chcą zobaczyć świat. Oni zadłużają się po to, żeby nie odstawać. To jedno z najokrutniejszych zdań, jakie można dziś usłyszeć.
„Nie chciałam odstawać.” Nie od rodziny. Nie od przyjaciół. Od Instagrama. Od ludzi, których nigdy się nie spotka. Od algorytmu. Od cudzego życia, które w dziewięćdziesięciu procentach jest starannie wyreżyserowaną reklamą.
Klasa średnia od dawna nie żyje już własnym życiem. Ona wynajmuje cudze marzenia i spłaca je w miesięcznych ratach, a banki, biura podróży, producenci telefonów, samochodów i ekspresów do kawy z czułością obserwują ten spektakl. Wiedzą bowiem coś, czego przeciętny klient jeszcze nie odkrył.
Najlepszym klientem nie jest człowiek bogaty. Najlepszym klientem jest człowiek, który bardzo chce wyglądać na bogatego.

Dodaj komentarz