KLASA ŚREDNIA, CZYLI JAK KUPIĆ ŻYCIE NA RATY I ZAPOMNIEĆ PO CO

Warszawa

W Polsce istnieje pewien szczególny gatunek człowieka, który rozpoznaje się po trzech cechach: ma kredyt, ma ekspres do kawy droższy niż jego pierwsze auto i ma poczucie, że jest kimś pomiędzy arystokracją a ofiarą systemu. To właśnie nasza klasa średnia — stworzenie tak egzotyczne, że socjologowie badają je jak pandy, tylko panda przynajmniej wie, po co je bambus.
Polska klasa średnia nie wie. Ona wie natomiast, co kupić. Bo jeśli istnieje jakaś ideologia, która naprawdę wygrała po 1989 roku, to nie jest liberalizm, kapitalizm ani nawet zdrowy rozsądek. To jest ideologia czerwonej kanapy. Kanapy wielkiej, miękkiej, najlepiej z połyskiem, stojącej w salonie, który jest świątynią jednego wielkiego zdania: „patrzcie, udało się”.
I wszyscy patrzą. Sąsiad patrzy. Teściowa patrzy. Znajomi patrzą. Nawet pies patrzy z lekkim niepokojem, bo nie rozumie, czemu jego właściciel, zamiast iść na spacer, robi zdjęcie telewizora.
Polska klasa średnia żyje bowiem nie tyle dla siebie, ile dla publiczności. To jest teatr jednego widza — sąsiada z naprzeciwka. Każdy zakup to komunikat: „nie jestem gorszy”. Każdy wyjazd do Grecji to deklaracja: „radzę sobie”. Każda nowa rata kredytu to subtelny szept: „jeszcze mnie stać”.
W tym spektaklu jest coś jednocześnie komicznego i smutnego. To armia najemników, która wynajęła sama siebie do własnego życia. Pracują nie po to, żeby żyć, lecz po to, żeby wyglądać, jakby żyli lepiej niż inni pracujący. To maraton bez mety, w którym przyspiesza się nie dlatego, że trzeba, lecz dlatego, że ktoś obok właśnie przyspieszył.
Szczytem przedsiębiorczości tej klasy jest kupno kawalerki na wynajem. Człowiek, który przez dwadzieścia lat siedział w korporacji, w pewnym momencie oznajmia: „czas na ryzyko”, po czym kupuje mieszkanie, żeby ktoś inny spłacał jego kredyt. To nie jest biznes. To finansowa wersja chowania pieniędzy do skarpety — tylko skarpeta ma trzydzieści pięć metrów kwadratowych i balkon.
Potem przychodzi moment przebudzenia. Cichy, niepozorny, jak rachunek za prąd. Człowiek siedzi na tej czerwonej kanapie, patrzy na ogromny telewizor i nagle odkrywa coś absolutnie skandalicznego: że jest nieszczęśliwy.
Zaczyna się wtedy gorączkowe poszukiwanie sensu. Jedni rzucają się w jogę, inni w coaching, jeszcze inni w diety bezglutenowe, które mają uleczyć nie tylko jelita, ale i egzystencję. Pojawiają się trenerzy życia, doradcy wszystkiego i specjaliści od oddychania, którzy uczą, jak wdychać powietrze w sposób bardziej świadomy niż dotychczas. Skoro nie wiadomo już, po co się żyje, to przynajmniej można to robić poprawnie technicznie.
W międzyczasie pojawia się lęk. Wielki, ciężki, siedzący w kącie jak nieopłacona faktura. Lęk przed utratą pracy, przed starością, przed tym, że dzieci — te cudownie wykształcone, zapisane na wszystkie zajęcia świata — zarabiają trzy tysiące i zastanawiają się, czy nie zostać influencerami, bo to przynajmniej daje iluzję kontroli.
Rodzice patrzą na to i myślą: „czy to już ten moment, kiedy miało być lepiej?”. Nie jest.
Polska klasa średnia przypomina człowieka, który wspiął się na drabinę, tylko zapomniał sprawdzić, czy stoi ona przy właściwej ścianie. Stoi więc wysoko, zmęczony, z kredytem, z kanapą, z telewizorem i z narastającym poczuciem, że coś tu nie gra — ale zejść się boi, bo przecież ktoś patrzy.
Najbardziej ironiczne jest jednak to, że ta sama klasa średnia, która przez lata była moralnym nauczycielem narodu — pouczała, edukowała, tłumaczyła świat — dziś sama nie bardzo wie, co powiedzieć. Okazało się bowiem, że wiedza o winach, jogurtach i destynacjach wakacyjnych nie przekłada się na odpowiedź na pytanie: „co dalej?”.
I wtedy zaczyna się prawdziwa komedia. Nic nie jest tak zabawne jak człowiek, który całe życie grał eksperta, a nagle odkrył, że jest statystą we własnym scenariuszu. Spektakl jednak trwa. Kanapy stoją. Telewizory świecą. Wakacje się odbywają. Tylko sens gdzieś wyszedł po cichu, trzaskając drzwiami. I nikt nie pamięta, kiedy dokładnie.

A teraz scena, której nikt nie zamawiał, ale wszyscy znają ją na pamięć.
Wieczór. Mieszkanie w nowym budownictwie, które pachnie jeszcze kredytem. Na stole hummus z Lidla przełożony do ceramicznej miseczki, żeby wyglądał na droższy. Obok oliwa z pierwszego tłoczenia, której nikt nie rozumie, ale wszyscy szanują. Do tego wino, które ktoś kiedyś nazwał „wytrawnym”, więc teraz wszyscy udają, że im smakuje.
Gospodarz mówi: „My już nie jemy byle czego”. Goście kiwają głowami, żując coś, co przypomina karton z ambicjami. Rozmowa schodzi na inwestycje.
— My kupiliśmy drugie mieszkanie — mówi ktoś tonem człowieka, który właśnie odkrył Amerykę.
— My też myślimy — odpowiada drugi, jakby mówił o dziecku, a nie o kawalerce w kredycie na 30 lat.
Ktoś rzuca hasło „dywersyfikacja portfela”, choć jego portfel składa się głównie z jednej pensji i nadziei, że firma nie zrobi restrukturyzacji.
Śmiechy, żarty, jeszcze trochę hummusu. A potem zapada cisza. Krótka, niezręczna, jak moment, w którym wszyscy jednocześnie przypominają sobie, że jutro trzeba iść do pracy. I że ta praca nie jest ich. I że to życie też tak jakby nie do końca. I wtedy ktoś szybko dolewa wina, żeby zagłuszyć tę myśl, zanim się rozgości.
Bo najważniejsze w życiu klasy średniej jest jedno: nie dać się złapać na refleksji. Bo gdyby ta refleksja naprawdę przyszła, usiadła przy stole i zaczęła zadawać pytania, to mogłoby się okazać coś absolutnie kompromitującego — że całe to życie „na poziomie” to tylko bardzo drogi sposób na ukrycie faktu, że nikt nie ma pojęcia, po co to wszystko.
I tu dochodzimy do pointy, która jest mniej śmieszna, niż powinna. Polska klasa średnia nie tyle przegrała wyścig. Ona nawet nie wie, gdzie była meta. Biegnie więc dalej, coraz szybciej, coraz drożej, coraz bardziej nerwowo, z uśmiechem przyklejonym do twarzy jak naklejka z promocji.
Kiedy w końcu się zatrzyma, to nie będzie już dokąd wracać, bo wszystko, co miało być celem, okazało się dekoracją, a dekoracje — jak wiadomo — nie ratują, kiedy zaczyna się prawdziwy pożar.


  1. Elzbieta Sabik

    Jest Pan genialny.

  2. Elzbieta Sabik

    Jest Pan genialny!Oklaski!👏👏👏👏👏

  3. Ewa

    Jak zwykle cudnie i dosadnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights