KIEDY ROBOT ZOSTANIE PREZESEM, A CZŁOWIEK PETENTEM

Warszawa

Ludzkość od tysięcy lat marzyła o tym, żeby ktoś za nią pracował. Najpierw były woły. Potem konie. Później maszyny parowe. Następnie komputery. Dzisiaj doszliśmy do etapu, w którym człowiek patrzy na sztuczną inteligencję z nadzieją osoby zmęczonej życiem i mówi: „Może ty się tym zajmiesz?”.

I sztuczna inteligencja odpowiada:

— Oczywiście.

To właśnie dlatego z takim rozbawieniem obserwuję najnowsze pomysły płynące z Argentyny. Kraj, który przez ostatnie sto lat eksperymentował z niemal wszystkimi możliwymi teoriami gospodarczymi, postanowił tym razem przeprowadzić eksperyment na rzeczywistości. Prezydent Javier Milei chce bowiem dopuścić do powstawania firm zarządzanych całkowicie przez algorytmy. Bez zarządów. Bez rad nadzorczych. Bez walnych zgromadzeń. Bez prezesów. Bez człowieka.

Innymi słowy, Argentyna zamierza sprawdzić, czy kapitalizm można prowadzić bez kapitalistów. Pomysł jest tak odważny, że aż wzruszający.

Przez stulecia ludzie narzekali na zarządy spółek. Że są niekompetentne. Że są skorumpowane. Że są oderwane od rzeczywistości. Że nie ponoszą odpowiedzialności za własne decyzje.

W końcu ktoś spojrzał na ten problem i doszedł do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie zastąpienie ich systemem, który dosłownie nie ponosi odpowiedzialności za nic. To jest postęp. A przynajmniej bardzo nowoczesna forma humoru.

Wyobrażam sobie pierwsze walne zgromadzenie akcjonariuszy takiej firmy. Spółka właśnie straciła miliard dolarów. Inwestorzy są wściekli. Ktoś domaga się wyjaśnień.

— Kto podjął tę decyzję?

Zapada cisza.

Po chwili odzywa się serwer.

— Analiza wykazała 63,8-procentowe prawdopodobieństwo sukcesu.

— A kto odpowiada za porażkę?

— Błąd nie został zidentyfikowany.

— Kto zostanie zwolniony?

— Pytanie nie ma zastosowania.

W tym miejscu większość współczesnych prezesów poczułaby zapewne lekkie ukłucie zazdrości.

Najciekawsze jest jednak coś innego. W tym samym czasie, gdy politycy i inwestorzy marzą o świecie zarządzanym przez algorytmy, coraz bardziej nerwowi stają się ludzie, którzy te algorytmy budują. To trochę tak, jakby producenci kiełbasy zaczęli publicznie apelować o ograniczenie spożycia mięsa.

Twórcy kolejnych modeli sztucznej inteligencji od miesięcy ostrzegają, że rozwój technologii może wymknąć się spod kontroli. Jedni mówią o zagrożeniu dla rynku pracy. Inni o zagrożeniu dla demokracji. Jeszcze inni o zagrożeniu dla całej cywilizacji.

W tej konkurencji szczególnie rozbawiła mnie firma Anthropic. Jej przedstawiciele alarmują, że zbliżamy się do momentu, w którym sztuczna inteligencja zacznie samodzielnie ulepszać własny kod. Maszyna będzie tworzyła lepszą wersję siebie, która stworzy jeszcze lepszą wersję siebie, która stworzy jeszcze lepszą wersję siebie. Brzmi to mniej więcej jak rozmnażanie królików połączone z doktoratem z matematyki.

Problem polega na tym, że ostrzeżenia te wygłasza firma wyceniana na setki miliardów dolarów, przygotowująca się do giełdowego debiutu. To trochę tak, jakby producent papierosów zorganizował konferencję prasową pod hasłem „Palenie może szkodzić zdrowiu”, jednocześnie budując trzy nowe fabryki papierosów. Nie twierdzę, że ich obawy są nieprawdziwe. Twierdzę jedynie, że ich timing jest wyjątkowo interesujący.

Jeszcze ciekawiej robi się w Chinach. Tam sztuczna inteligencja zaczyna pomagać sędziom. Na razie wyszukuje dokumenty, analizuje akta i porządkuje informacje. Zapewnia się nas oczywiście, że nie zastąpi człowieka.

To zdanie zawsze pojawia się na początku każdej technologicznej rewolucji. Samochód miał nie zastąpić konia. Telewizja miała nie zastąpić radia. Internet miał nie zastąpić gazet. A media społecznościowe miały przede wszystkim pomagać ludziom utrzymywać kontakty.

Historia technologii przypomina serię obietnic składanych przez bardzo sympatycznego kuzyna, który regularnie pożycza pieniądze i zawsze zapewnia, że odda w przyszłym tygodniu.

Wszystko zaczyna się od pomocy. Potem przychodzi zastępstwo. Na końcu przychodzi dominacja.

Najbardziej fascynuje mnie jednak coś jeszcze. Od stuleci filozofowie zadawali pytanie, czym właściwie różni się człowiek od maszyny. Przez długi czas odpowiedź wydawała się oczywista. Człowiek potrafił myśleć, tworzyć, oceniać, podejmować decyzje.

Dzisiaj sytuacja staje się nieco bardziej skomplikowana. Sztuczna inteligencja pisze teksty. Tworzy obrazy. Komponuje muzykę. Analizuje dokumenty. Diagnozuje choroby. Pomaga pisać wyroki. W Argentynie ma zarządzać przedsiębiorstwami.

Czasami mam wrażenie, że jedynym zawodem przyszłości będzie człowiek i nie jestem pewien, czy będzie to zawód dobrze płatny.

Przez całe dekady marzyliśmy o technologiach, które uwolnią nas od ciężkiej pracy. Wyobrażaliśmy sobie, że maszyny przejmą nudne obowiązki, a ludzie zajmą się kulturą, filozofią, sztuką i rozwijaniem własnych talentów.

Tymczasem dzieje się coś dokładnie odwrotnego. Maszyny uczą się pisać wiersze, malować obrazy i komponować muzykę. Ludzie zaś coraz częściej zajmują się klikaniem w regulaminy, przepisywaniem kodów z SMS-ów, rozwiązywaniem problemów systemowych i tłumaczeniem chatbotowi, że chcieliby porozmawiać z człowiekiem.

Nie wiem, czy to jest przyszłość, którą sobie wymarzyliśmy, ale muszę przyznać, że jest ona niezwykle kreatywna. Być może za kilka lat naprawdę obudzimy się w świecie, w którym spółkami będą zarządzać algorytmy, wyroki będą współtworzyć boty, urzędników zastąpią modele językowe, a człowiek stanie się najdroższym i najrzadziej spotykanym elementem całego systemu.

Jeżeli tak się stanie, mam tylko jedną prośbę. Kiedy sztuczna inteligencja obejmie już stanowiska prezesów, ministrów, sędziów i dyrektorów, niech przynajmniej zostawi ludziom prawo do narzekania.

To jedyna dziedzina, w której nadal posiadamy wyraźną przewagę konkurencyjną.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights