
Dzień zaczynam od kawy i kawą go kończę. Pomiędzy początkiem a końcem również piję kawę, żeby oba te ważne momenty nie czuły się osamotnione. Herbata mogłaby dla mnie właściwie nie istnieć. Mam do niej stosunek podobny jak do szwedzkiego kina eksperymentalnego: szanuję prawo innych do korzystania, ale sam nie widzę powodu.
Kawa natomiast nie jest napojem. Kawa jest urządzeniem medycznym do przywracania człowiekowi kontaktu z rzeczywistością.
Pierwsza filiżanka rano powoduje, że rozpoznaję meble. Druga pozwala mi przypomnieć sobie, dlaczego mam komputer. Trzecia sprawia, że politycy zaczynają mnie śmieszyć zamiast wyłącznie niepokoić. Każda następna jest już działalnością profilaktyczną przeciwko utracie zainteresowania światem.
I właśnie teraz dowiaduję się, że Unia Europejska może mi ten system ochrony zdrowia podrożyć nawet o 332 procent.
Nie jest to jeszcze cena zapowiedziana w kawiarni na przyszły wtorek, tylko najczarniejszy wariant analizy unijnego Wspólnego Centrum Badawczego, zakładający, że producenci spoza Unii nie dostosują się do nowych wymagań dotyczących pozostałości niektórych pestycydów. Ale człowiek przyzwyczajony do polskiej polityki wie, że jeśli eksperci przedstawiają wariant najgorszy, to administracja natychmiast zaczyna się zastanawiać, jak go wdrożyć bez zbędnych konsultacji.
Trzysta trzydzieści dwa procent.
Przeczytałem tę liczbę trzy razy, ponieważ za pierwszym pomyślałem, że dotyczy poparcia Karola Nawrockiego dla samego siebie.
Nie. Kawy!
Jeżeli sprawdzi się najbardziej dramatyczny scenariusz, poranna filiżanka może się stać czymś pomiędzy napojem a inwestycją kapitałową. Zamiast zapraszać znajomego na kawę, będziemy proponować wspólne wejście w aktywo. Barista przed przygotowaniem espresso będzie sprawdzał zdolność kredytową, a przy cappuccino na wynos klient dostanie siedem stron formularza informacyjnego i ostrzeżenie, że historyczna stopa kofeiny nie gwarantuje przyszłych pobudzeń.
Dla mnie jest to perspektywa szczególnie ponura, ponieważ piję kawę z konsekwencją, z jaką Jarosław Kaczyński obchodzi miesięcznice, a fiskus pobiera podatki. Regularnie, niezależnie od pogody i bez możliwości negocjacji.
Jeśli więc ceny naprawdę pójdą ostro w górę, będę zmuszony wystąpić do ZUS o podwyższenie emerytury z przyczyn nadzwyczajnych.
Nie będę oczywiście nazywał tego emeryturą. Przy obecnych kosztach życia słowo „emerytura” brzmi zbyt pompatycznie. Wolę określenie stypendium ZUS dla zasłużonego uczestnika rynku detalicznego.
Do wniosku dołączę zaświadczenie od ekspresu.
Wykażę średnie dzienne zużycie, ciśnienie w bojlerze, liczbę filiżanek oraz niebezpieczeństwo społeczne wynikające z przerwania dostaw. Sądzę, że lekarz również mógłby potwierdzić, że gwałtowne odstawienie kawy w moim wieku grozi nie tyle zdrowiu pacjenta, ile przede wszystkim jego otoczeniu.
ZUS powinien to zrozumieć.
Państwo dopłaca do leków. Może więc dopłacać do Arabiki. Zwłaszcza że bez wielu leków człowiek wie, że jest chory. Bez kawy człowiek przez pierwszą godzinę nie wie nawet, że jest.
Problem wziął się z bardzo szlachetnego miejsca, a wiadomo, że najbardziej kosztowne przedsięwzięcia publiczne zaczynają się zwykle od słów „w trosce o obywatela”. Unia chce, żeby żywność sprowadzana z innych części świata nie zawierała nawet śladowych ilości niektórych substancji zakazanych w europejskim rolnictwie.
Intencja jest zrozumiała. Skoro europejskiemu rolnikowi nie wolno czegoś używać, trudno mu wytłumaczyć, dlaczego brazylijski czy honduraski kolega może tym opryskać pół plantacji, zapakować rezultat do kontenera i sprzedać w Carrefourze obok produktu europejskiego, którego hodowca musiał przed szkodnikami bronić się perswazją i broszurą Komisji Europejskiej.
Powstała więc tak zwana klauzula lustrzana.
Bardzo ładna nazwa. Brzmi trochę jak urządzenie w łazience, dzięki któremu europejski urzędnik patrzy rano na własne regulacje i stwierdza, że skoro są dobre dla niego, świat też powinien w nich wyglądać.
Europejscy rolnicy mówią, że chcą równych warunków konkurencji. Trudno im się dziwić. Jeżeli jednemu bokserowi zwiążemy ręce ekologiczną tasiemką, a drugiemu pozwolimy wejść na ring z kijem, wynik walki może być nieco zafałszowany.
Z kolei plantatorzy spoza Europy odpowiadają, że w Brazylii, Maroku, RPA czy Hondurasie mają inne szkodniki, inny klimat i inne warunki uprawy. Europejska norma stosowana na całym świecie przypominałaby trochę przepis nakazujący mieszkańcom Sycylii używanie tych samych butów zimowych co mieszkańcom Suwałk, bo obie miejscowości leżą przecież na planecie Ziemia.
I tak stoimy przed klasycznym europejskim wyborem. Możemy chronić rolnika. Możemy chronić konsumenta. Możemy chronić środowisko. Możemy chronić handel międzynarodowy. Możemy także próbować chronić wszystkie cztery rzeczy naraz, co zwykle kończy się powstaniem rozporządzenia liczącego osiemset stron, po którego przeczytaniu nikt już nie pamięta, co właściwie miał chronić.
Najbardziej zagrożona jest kawa, ale cytrusy w najczarniejszym wariancie też mogłyby zdrożeć o 82 procent.
Tu jestem spokojniejszy. Pomarańcza jest miła, ale nigdy nie pomogła mi zrozumieć porannego wydania wiadomości.
Nie znam nikogo, kto obudziłby się, spojrzał na świat, uznał go za niemożliwy do zniesienia i powiedział: „Szybko, mandarynkę”. Kawa ma inny status. Kawa jest ostatnią linią obrony cywilizacji przed ósmą rano.
Można człowiekowi podnieść VAT. Można zmienić zasady podatkowe. Można kazać segregować opakowanie po jogurcie na siedem frakcji i złożyć elektroniczne oświadczenie, że nakrętka nie doznała krzywdy, ale kawa jest granicą.
Są takie miejsca, do których administracja nie powinna zaglądać: sypialnia, sumienie i pojemnik ekspresu.
Zwłaszcza że cena kawy na mieście już dzisiaj bywa doświadczeniem z pogranicza gastronomii i okulistyki. Człowiek zamawia niewielkie cappuccino, patrzy na rachunek i odruchowo sprawdza, czy przypadkiem nie kupił wraz z nim krzesła.
Po wzroście o kilkaset procent kawiarnie mogą zmienić charakter. Zamiast studentów z laptopami pojawią się ludzie w garniturach, którzy przy pojedynczym espresso będą rozmawiali półgłosem o sukcesji majątkowej. W menu kawa znajdzie się obok koniaku rocznikowego i metali szlachetnych.
„Flat white” będzie wymieniany w testamentach, a espresso zostanie produktem inwestycyjnym o wysokiej płynności, choć w bardzo małej filiżance.
Rynek oczywiście dostosuje się natychmiast. Powstaną lokaty kawowe, kontrakty terminowe na robustę i aplikacje umożliwiające kupowanie ułamkowych ziaren. Młody człowiek zamiast mieszkania zacznie odkładać na podwójne espresso. Rodzice z okazji chrztu podarują dziecku kilogram kawy specialty, żeby miało coś na start.
Podejrzewam również pojawienie się szarej strefy. Na bazarach eleganccy mężczyźni będą uchylać płaszcza, pod którym zamiast zegarków znajdą się próżniowo zamknięte paczki Kolumbii.
Przemyt przez granicę ożyje. Celnik zapyta, czy obywatel ma coś do zgłoszenia, a obywatel zlany potem przyzna, że pod kołem zapasowym wiezie pół kilo Lavazzy dla własnego użytku.
Sądy zaczną odróżniać posiadanie na własne potrzeby od zamiaru dystrybucji.
Do więzienia trafi pierwszy barista.
Nie lekceważę oczywiście kwestii pestycydów ani bezpieczeństwa żywności. Jeżeli jakaś substancja rzeczywiście jest niebezpieczna, lepiej jej nie wypijać razem ze śniadaniem tylko dlatego, że dzięki temu cappuccino kosztuje dwa złote mniej.
Rozsądek powinien jednak stać gdzieś pomiędzy trucizną a kawą za czterdzieści euro.
To miejsce nazywa się zwykle polityką. Niestety, ostatnio coraz trudniej je znaleźć.
Komisja zapewnia, że będzie analizować każdy przypadek osobno i brać pod uwagę bezpieczeństwo żywnościowe oraz konsekwencje międzynarodowe. Bardzo dobrze. Chciałbym tylko, żeby podczas tych analiz ktoś w Brukseli miał przed sobą filiżankę kawy. Dużą. Najlepiej własnoręcznie kupioną. Człowiek podejmuje inne decyzje, kiedy wie, ile kosztuje ich kofeinowa konsekwencja.
Ja w każdym razie zaczynam przygotowania. Zapasów robić nie będę, bo znam siebie. Gdybym kupił sto kilogramów kawy na trzy lata, wypiłbym je w osiem miesięcy, uznając, że jestem zabezpieczony strategicznie.
Rozważam natomiast dywersyfikację portfela. Kilka paczek brazylijskiej. Trochę etiopskiej. Kolumbia jako filar bezpieczeństwa. Robusta na sytuację kryzysową.
Herbaty nie przewiduję. Każdy plan awaryjny ma przecież swoje granice godności.
Pozostaje mi więc liczyć na europejski rozsądek oraz polski ZUS. Jeśli cena kawy rzeczywiście zacznie szybować, będę domagał się specjalnego dodatku kofeinowego dla emerytów. Można go nazwać Kawa Plus.
Program byłby tani, prosty i miałby ogromny efekt społeczny. Emeryt po dwóch filiżankach jest przecież aktywniejszy, bardziej zainteresowany światem, częściej czyta prasę i później zasypia przed telewizorem. Państwo wygrywa. Obywatel wygrywa. Plantator wygrywa, a ja rano nadal rozpoznaję własne mieszkanie.
Człowiek może zrezygnować z wielu rzeczy. Z cukru. Z alkoholu. Z mięsa. Z telewizji śniadaniowej. Przy odpowiedniej determinacji nawet z czytania komentarzy internetowych, ale gdy ktoś mówi mi, że będę musiał oszczędzać na kawie, zaczynam rozumieć, dlaczego europejscy rolnicy wyjeżdżają traktorami na ulice.
Ja traktora nie mam. Mam ekspres. Ale ostrzegam: ciśnienie dochodzi do piętnastu barów.

Dodaj komentarz