KACZYŃSKI WYRZUCA MORAWIECKIEGO, CZYLI BANKOWIEC ZAŻĄDAŁ WYPŁATY Z PiS

Warszawa

Wtorek zaczął się uroczyście.

Jarosław Kaczyński ma dziś formalnie wyrzucić z PiS Mateusza Morawieckiego i jego ludzi, ponieważ nie podpisali deklaracji lojalności wobec partii. W politycznej nomenklaturze oznacza to, że człowiek, który jeszcze kilka dni temu był wiceprezesem, byłym premierem, nadzieją prawicy, delfinem, następcą, technokratą i gospodarczym mózgiem obozu, zostanie teraz zdrajcą, wichrzycielem, kretem, sabotażystą oraz osobą, której prezes od początku nie ufał, choć przez sześć lat powierzał jej rząd.

Polska prawica uwielbia takie nagłe odkrycia.

Przez lata Morawiecki był najwybitniejszym premierem od czasów Mieszka I. Dzisiaj okaże się banksterem, karierowiczem i błędem personalnym. Jutro być może ponownie zostanie partnerem koalicyjnym, wybitnym państwowcem oraz człowiekiem, z którym trzeba rozmawiać dla dobra ojczyzny.

W polskiej polityce nie ma trwałych ocen. Są wyłącznie aktualne potrzeby kadrowe.

**Dziś Kaczyński wyrzuca Morawieckiego z PiS. Znacznie trudniej będzie wyrzucić PiS z Morawieckiego. **Były premier nosi tę partię w sobie jak człowiek, który przez osiem lat pracował w wędzarni: może zmienić ubranie, ale zapach zostaje.

Morawiecki próbuje teraz przedstawić się jako umiarkowany konserwatysta, nowoczesny Europejczyk, przyjaciel przedsiębiorców, młodzieży, samorządów i inwestycji. Zamierza docierać do centrum, odbudowywać gospodarkę, łagodzić konflikty i opowiadać o przyszłości.

To niezwykłe, ponieważ jeszcze niedawno był premierem rządu, który miał możliwość robienia wszystkich tych rzeczy.

Jeżeli Mateusz Morawiecki zna sposób na naprawę ochrony zdrowia, szkolnictwa, mieszkalnictwa i inwestycji, powinien wyjaśnić, dlaczego trzymał go w szufladzie podczas własnej kadencji. Być może czekał, aż ktoś zabierze mu urząd, żeby rozwiązania nabrały odpowiedniej świeżości. To jakby strażak przez sześć lat patrzył na pożar, a po zwolnieniu ogłosił powstanie stowarzyszenia promującego wodę.

Morawiecki jest politykiem o szczególnym talencie do ponownego debiutowania. Za każdym razem, gdy kończy się jeden etap jego kariery, były premier wychodzi zza kulis w nowym kostiumie i udaje, że widzimy go po raz pierwszy.

Był liberalnym bankowcem. Później został doradcą gospodarczym Donalda Tuska. Następnie patriotycznym wicepremierem Beaty Szydło. Potem premierem Kaczyńskiego, pogromcą elit, obrońcą socjalnych transferów i człowiekiem walczącym z rzekomym liberalnym wyzyskiem, w którym sam wcześniej odnosił znakomite sukcesy zawodowe. Dzisiaj wraca jako europejski konserwatysta środka, który nie chce Polexitu i przestrzega przed nadmiernym radykalizmem.

Mateusz Morawiecki nie zmienia poglądów. On aktualizuje warunki świadczenia usługi.

Każda jego ideologia przypomina bankową lokatę promocyjną. Obowiązuje przez określony czas, posiada wiele drobnego druku i może zostać zamknięta wcześniej, jeśli zmieni się sytuacja rynkowa.

Człowiek ten miał podobno od dawna wielkie ambicje polityczne. Jeszcze jako bankowiec miał mówić, że prawdziwym celem nie jest oprocentowanie kredytów, lecz polityka, a jego życiowym planem pozostaje prezydentura. To wyjaśnia bardzo wiele.

Kiedy inni chłopcy chcieli zostać strażakami, pilotami albo kierowcami ciężarówek, młody Mateusz pragnął najwyraźniej zostać instytucją państwową. Później konsekwentnie budował własną legendę. Według rozbudowanych opowieści o młodości działalność antykomunistyczną miał rozpocząć właściwie między pierwszym dzwonkiem szkolnym a nauką tabliczki mnożenia. Wydawał podziemną prasę, prowadził dywersję, był porywany, bity, zmuszany do kopania grobu, uciekał ze szpitala na maturę i najwyraźniej tylko chwilowo nie uczestniczył w obradach Okrągłego Stołu, ponieważ musiał odrobić pracę domową.

Działacze wrocławskiej opozycji odnosili się do części tych opowieści z dystansem. Władysław Frasyniuk wspominał, że o młodym Morawieckim słyszał głównie od nauczycielki skarżącej się na jego zachowanie. Autorzy biografii „Delfin” pisali natomiast, że w banku Morawiecki nie opowiadał o działalności w Solidarności Walczącej, a szerzej zaczął o niej mówić dopiero przed wejściem do rządu.

Nie znaczy to, że w młodości niczego nie robił. Znaczy jedynie, że pomiędzy działalnością opozycyjną a ekranizacją działalności opozycyjnej znajduje się czasem las, grób, szpital, matura i dział promocji.

Morawiecki buduje własną biografię tak, jak budował mieszkania i samochody elektryczne — przede wszystkim w warstwie narracyjnej.

W jego opowieściach wszystko jest większe, wcześniejsze, dramatyczniejsze i bardziej patriotyczne. Człowiek nie miał zwykłego dzieciństwa. Od razu posiadał mit założycielski.

Później kariera ruszyła znacznie bardziej konkretnie.

Był zdolnym bankowcem, został prezesem BZ WBK, zarabiał wielkie pieniądze i potrafił nawiązywać relacje z ludźmi, którzy w danej chwili mieli wpływ. Najpierw znalazł się w Radzie Gospodarczej przy Donaldzie Tusku. Kiedy zauważył, że prawdziwy polityczny wiatr zaczyna wiać z Nowogrodzkiej, udał się do Kaczyńskiego z wizją wielkiego rozwoju, skutecznej walki w Brukseli i nowoczesnego patriotyzmu gospodarczego.

Prezes uwierzył. Kaczyńskiemu należy oddać sprawiedliwość: przez lata podejrzewał wszystkich o wszystko, ale bankowiec z prezentacją potrafił go zaczarować.

Morawiecki obiecał, że poradzi sobie z Unią, gospodarką, inwestycjami i Europą. Miał być człowiekiem, który połączy socjalny program PiS z kompetencjami międzynarodowego menedżera. Wyszedł z tego bankiet, podczas którego kelner zapewniał, że wszystkie dania są bezpłatne, ponieważ rachunek zapłaci przyszłość.

Dzisiaj Morawiecki opowiada o swoim przywiązaniu do polityki społecznej, ale podczas zamkniętego spotkania działaczy PiS przyznawał, że program 500 plus finansowany jest na kredyt i nie buduje długofalowo produktu krajowego. Kiedy nagranie ujrzało światło dzienne, były wicepremier zastosował swoją ulubioną metodę: wyjaśnił, że słowa wprawdzie padły, lecz nie należy ich rozumieć w sposób sugerowany przez ich znaczenie.

To podstawowa zasada języka Morawieckiego. Zdanie byłego premiera posiada treść, ale jedynie do chwili, w której ktoś zaczyna ją sprawdzać.

Później pojawia się kontekst, skrót myślowy, manipulacja przeciwników, nieprecyzyjny cytat oraz minister Müller tłumaczący, że premier powiedział dokładnie odwrotnie, tylko bardzo subtelnie.

W czasach Rady Gospodarczej przy Tusku Morawiecki wspierał liberalną politykę ekonomiczną i podnoszenie wieku emerytalnego. W PiS został obrońcą wieku emerytalnego przed ludźmi o poglądach podobnych do jego wcześniejszych.

Jako szef rządu popierał zaostrzenie prawa aborcyjnego. Po utracie władzy zaczął przypominać sobie własne przywiązanie do kompromisu.

Bronił górnictwa, jednocześnie negocjując zamykanie kopalń. Krytykował unijną politykę klimatyczną, choć uczestniczył w podejmowaniu kluczowych decyzji. Straszył wspólnym europejskim zadłużeniem, chociaż sam zgodził się na Fundusz Odbudowy.

Morawiecki potrafi stać jednocześnie po obu stronach sporu i jeszcze pobierać dietę za udział w negocjacjach między sobą.

Jego poglądy nie mają kręgosłupa, lecz zawiasy. Otwierają się w zależności od tego, z której strony nadchodzi władza.

Nie wszystkie nieprawdziwe wypowiedzi byłego premiera pozostały wyłącznie przedmiotem publicystycznych ocen. W 2018 roku sąd w trybie wyborczym nakazał mu sprostować nieprawdziwe słowa dotyczące budowy dróg i mostów za rządów PO-PSL. Nie został „skazany za kłamstwo” w sensie karnym — jak później często upraszczano — ale musiał publicznie sprostować swoją wypowiedź.

To ważne rozróżnienie. Sąd nie stwierdził, że Morawiecki jest kłamcą przez całą dobę, także podczas snu. Stwierdził jedynie, że konkretna wypowiedź była nieprawdziwa i wymagała sprostowania. Resztę były premier dopracował już samodzielnie wizerunkowo.

Zdolności finansowe Morawieckiego są natomiast znacznie bardziej solidne niż jego ideowe przekonania.

Kiedy zwykłym Polakom inflacja zjadała oszczędności, premier posiadał miliony złotych w obligacjach skarbowych, w tym papierach chroniących kapitał przed wzrostem cen. W jednym z oświadczeń wykazał obligacje warte około 4,6 miliona złotych, rok później ponad 4,4 miliona. Szacowano, że same odsetki przyniosły mu w 2022 roku około 96 tysięcy złotych netto.

Nie było w tym nic nielegalnego. Przeciwnie — z punktu widzenia prywatnego inwestora była to decyzja rozsądna. Morawiecki, były bankowiec i urzędujący premier, doskonale wiedział, że kiedy inflacja przyspiesza, pieniądze trzymane na zwykłym rachunku zachowują się jak kostka lodu na rozgrzanym parapecie.

Problem nie polegał na tym, że kupił obligacje. Problem polegał na kontraście pomiędzy jego prywatną zapobiegliwością a publicznymi zapewnieniami, że sytuacja jest pod kontrolą, inflacja wkrótce minie, a Polacy powinni spokojnie patrzeć w przyszłość.

Premier patrzył spokojnie, ponieważ jego przyszłość była indeksowana inflacją.

Obywatel posiadający pięć tysięcy oszczędności słuchał, że wzrost cen jest przejściowy. Premier posiadający miliony kupował instrumenty, które szczególnie dobrze zachowują się wtedy, gdy przejściowość przeciąga się na kolejne kwartały.

Morawiecki nie tylko walczył z inflacją. On miał z nią prywatną umowę o podziale korzyści.

Nie należy mu zarzucać, że potrafił liczyć. Należy jedynie zauważyć, że obywatelom sprzedawał optymizm, a dla siebie kupował zabezpieczenie.

Jeszcze ciekawsza jest historia gruntów nabytych od Kościoła.

W 2002 roku Morawieccy kupili od parafii we Wrocławiu działki za 700 tysięcy złotych. Według medialnych szacunków ich wartość rynkowa już wtedy mogła być znacznie wyższa. Nieruchomości zostały później objęte majątkową układanką małżeńską, a w 2021 roku Iwona Morawiecka sprzedała działki za 14,9 miliona złotych.

Sprawa budziła ogromne kontrowersje, ale trzeba powiedzieć uczciwie: postępowanie prokuratury dotyczące pierwotnej sprzedaży zostało w 2025 roku umorzone z powodu braku dowodów popełnienia przestępstwa.

Nie ma więc podstaw, by nazywać samą transakcję przestępstwem. Pozostaje jednak polityczne arcydzieło: człowiek, który przez lata pouczał Polaków o ciężkiej pracy, oszczędzaniu, cierpliwości i patriotyzmie gospodarczym, dokonał rodzinnej inwestycji, przy której zwykły obywatel może jedynie podejrzewać, że jego osobista przedsiębiorczość została przydzielona zbyt skromnym kodem pocztowym.

Ziemia kupiona za 700 tysięcy, sprzedana za 14,9 miliona. To nie jest inwestycja. To objawienie gospodarcze.

Przeciętny Polak kupuje działkę i po dwudziestu latach odkrywa, że przechodzi przez nią planowana obwodnica, słup energetyczny oraz spór spadkowy ciotki. Rodzina Morawieckich kupiła grunt, który rozwijał się dynamiczniej niż wszystkie rządowe strategie odpowiedzialnego rozwoju razem wzięte.

Najlepszym programem gospodarczym Morawieckiego okazał się plan zagospodarowania przestrzennego.

Przed objęciem funkcji premiera Morawiecki ustanowił z żoną rozdzielność majątkową. Samo w sobie również jest to legalne i stosowane przez wiele małżeństw. Efektem było jednak to, że znaczna część rodzinnego majątku przestała być widoczna w oświadczeniu majątkowym premiera.

Obywatel miał zatem wiedzieć wszystko o programach socjalnych rządu, ale znacznie mniej o rodzinnych zasobach człowieka, który nimi zarządzał. Morawiecki uważał najwyraźniej, że transparentność jest znakomitą zasadą dla budżetu państwa, pod warunkiem że nie zagląda zbyt natarczywie do budżetu domowego.

W 2026 roku jego oświadczenie nadal przedstawia człowieka bardzo zamożnego: miliony w obligacjach, nieruchomości, kosztowne wyposażenie, oszczędności i odroczone premie bankowe.

Nie ma nic złego w byciu bogatym. Źle robi się dopiero wtedy, gdy milioner zaczyna mówić ludziom żyjącym od wypłaty do wypłaty, że doskonale rozumie ich problemy, ponieważ również zauważył wzrost ceny masła podczas przejazdu obok sklepu.

Morawiecki doskonale rozumie klasę średnią, szczególnie tę jej część, która posiada kilka milionów w papierach skarbowych, parę nieruchomości i odroczone premie z banku. Resztę klasy średniej zamierza odwiedzić podczas trasy po Polsce.

Potem są wybory kopertowe.

W lutym 2025 roku Morawiecki usłyszał zarzut przekroczenia uprawnień w związku z decyzjami dotyczącymi organizacji wyborów prezydenckich w 2020 roku. Odmówił składania wyjaśnień, do czego miał pełne prawo. Postępowanie trwa, a o winie może zdecydować wyłącznie sąd.

Politycznie sprawa jest jednak klarowna. Państwo wydało dziesiątki milionów złotych na wybory, które się nie odbyły. Karty wydrukowano, procedury uruchomiono, odpowiedzialność rozpuszczono, a obywatel otrzymał najdroższy niewykorzystany pakiet korespondencyjny w historii polskiej poczty.

Morawiecki lubił wielkie projekty. Wybory kopertowe były projektem szczególnym: nie odbyły się, ale kosztowały jak prawdziwe. To idealny pomnik jego rządów.

Plan istnieje. Pieniądze wydano. Prezentację pokazano. Efekt nie dotarł.

Nad byłym premierem unosi się również cień afery Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych. Media informują, że prokuratura analizuje jego rolę i możliwość przedstawienia mu zarzutów dotyczących niedopełnienia obowiązków nadzorczych. Na dziś nie oznacza to winy ani nawet pewności, że zarzuty zostaną postawione.

Pewne jest, że RARS podlegała premierowi, a kierował nią jego zaufany współpracownik Michał Kuczmierowski. Pewne jest także, że śledczy badają gigantyczne kontrakty, zawyżane ceny oraz przepływy pieniędzy do przedsiębiorców związanych z agencją.

Morawiecki odpowiada, że to polityczne igrzyska i próba odwracania uwagi.

To jego tradycyjna linia obrony. Kiedy coś się udało — zasługa premiera. Kiedy coś się nie udało — wina urzędników. Kiedy pieniądze wydano — decyzja instytucji. Kiedy przecięto wstęgę — osobisty sukces Mateusza Morawieckiego.

Jego odpowiedzialność działa jak jednostronna szyba: sukcesy przechodzą do środka, porażki odbijają się na zewnątrz.

Teraz człowiek o tak bogatym życiorysie, majątku, zestawie śledztw, politycznych przemian i rozciągliwych przekonań buduje nowe ugrupowanie. Ma już około czterdziestu posłów, kilku eurodeputowanych, senatora, stowarzyszenie, trasę po kraju, hasła, sondaż oraz przekonanie, że Polska ponownie potrzebuje właśnie jego.

Brakuje mu tylko partii, elektoratu wystarczającego do samodzielnego rządzenia i odpowiedzi na pytanie, dlaczego nowa polityka ma być lepsza, skoro tworzą ją ludzie odpowiedzialni za starą.

Morawiecki liczy zapewne na Karola Nawrockiego. W prezydenckim otoczeniu znajdują się ludzie związani z byłym premierem, a Pałac może odegrać ważną rolę w nowym układzie prawicy.

Gdyby Morawiecki zdołał oczarować Nawrockiego, mógłby rzeczywiście puścić Kaczyńskiego z torbami. Należy przy tym zauważyć, że oczarowywanie ludzi władzy jest jego największym politycznym talentem.

Oczarował bankowców. Oczarował środowisko Tuska na tyle, by znaleźć się w Radzie Gospodarczej. Oczarował Kaczyńskiego, obiecując mu gospodarczy cud, ujarzmienie Brukseli i nowoczesne państwo. Teraz chce oczarować wyborców opowieścią, że był jednocześnie premierem przez sześć lat i niewinnym zakładnikiem systemu, którym kierował.

To już nie jest polityka. To hipnoza estradowa.

Morawiecki wychodzi na scenę, patrzy publiczności w oczy i mówi: zapomnijcie o wyborach kopertowych. Zapomnijcie o konflikcie z Unią. Zapomnijcie o inflacji. Zapomnijcie o praworządności, propagandzie, gruntach, obligacjach i RARS. Kiedy policzę do trzech, zobaczycie nowoczesnego centroprawicowego reformatora.

Najbardziej przerażające jest to, że część publiczności rzeczywiście zasypia.

Jarosław Kaczyński nie powinien jednak udawać poszkodowanego.

Sam wprowadził Morawieckiego do centrum władzy. Sam zrobił go premierem. Sam tolerował jego ludzi, ambicje i frakcję. Sam korzystał z jego finansowej wiarygodności, europejskich kontaktów oraz zdolności sprzedawania starych obsesji w języku prezentacji biznesowej.

Prezes hodował delfina, licząc, że będzie pływał wyłącznie w partyjnym basenie. Teraz delfin wyskoczył, zabrał czterdziestu ratowników i otwiera własne oceanarium.

Kaczyński chciał mieć bankowca, który zarobi dla partii polityczny kapitał. Nie przewidział, że bankowiec pewnego dnia zażąda wypłaty.

Wtorkowe posiedzenie Komitetu Politycznego będzie więc nie tyle wyrzuceniem Morawieckiego, ile formalnym potwierdzeniem, że inwestycja prezesa dobiegła końca z ujemną stopą zwrotu.

Morawiecki odejdzie i natychmiast ogłosi, że został brutalnie wypchnięty, choć od kilkunastu miesięcy przygotowuje miejsce, w które zamierza upaść.

Pojawi się przed kamerami w granatowym garniturze, z zatroskaną miną człowieka, który właśnie stracił rodzinę, ale wcześniej przezornie wynajął sobie nowe mieszkanie. Powie o jedności, przyszłości, odpowiedzialności, odwadze i Polsce. Każde słowo zabrzmi tak, jakby zostało przebadane przez dział marketingu i zabezpieczone obligacją antyinflacyjną.

Następnie wyruszy w kraj. Będzie mówił robotnikom o ciężkiej pracy, emerytom o stabilności, młodym o mieszkaniach, przedsiębiorcom o wolności, rolnikom o ziemi, a ludziom z oszczędnościami o tym, że warto wierzyć w państwo. Szczególnie jeśli państwo oferuje dobre oprocentowanie.

Mateusz Morawiecki nie jest politykiem z przyszłości. Jest politykiem z każdej możliwej przeszłości, którą potrafi w danej chwili korzystnie opowiedzieć.

Był liberałem, socjalnym konserwatystą, doradcą Tuska, premierem Kaczyńskiego, przeciwnikiem Polexitu, pogromcą Brukseli, obrońcą górnictwa, uczestnikiem transformacji energetycznej, zwolennikiem kompromisu i wykonawcą jego demontażu.

Jego biografia nie przypomina drogi. Przypomina rondo, na którym wszystkie zjazdy prowadzą do władzy.

Dzisiaj PiS ma go usunąć.

Z partii można człowieka wyrzucić jedną uchwałą. Znacznie trudniej usunąć z życia publicznego jego opowieści, ambicje, pieniądze, ludzi i niezwykłą zdolność przekonywania, że właśnie narodził się na nowo i nie ma nic wspólnego z człowiekiem, którego jeszcze wczoraj oglądaliśmy w tym samym garniturze.

Morawiecki zapewne przetrwa. Ma obligacje, grunty, wpływy, posłów, ambicję i życiorys odporny na sprawdzanie.

Jedynie prawda nie podpisała deklaracji lojalności. Dlatego została usunięta pierwsza.


  1. Marek Jastrząb

    Tekst niniejszy powstał na własne zamówienie. Od początku istnienia grupy UGRYŹ SIĘ W PIÓRO, mieliśmy nadzieję że przyświecające jej założenia są jasne i nie trzeba o nich mówić bez przerwy. Chcieliśmy, by była przeznaczona dla ludzi piszących SWOJE TEKSTY. WŁASNE, czyli NIE UDOSTĘPNIONE.

    Felietony udostępnione, zasługują na uwagę i z pewnością są warte upowszechnienia. Lecz zamieszczanie ich tutaj, przeczy idei samodzielności strony. Strony ludzi posługujących się niezapożyczonym rozumem i piszących od serca. Byłoby całkowicie inaczej, gdyby autor ukradzionego artykułu zechciał pisać u nas OSOKIŚCIE; pragniemy, by na tej stronie znajdowała się twórczość pozbawiona pirackich ułatwień.
    *
    W tym miejscu muszę się wytłumaczyć, dlaczego, wbrew przyjętym zasadom, udostępniane są felietony Krzysztofa Bielejewskiego, założyciela i pomysłodawcy gryzaczkowej grupy. Po pierwsze dlatego, że został zniszczony na Facebooku. Dopóki miał na nim konto, jego teksty czytały tysiące osób, a pod nimi znajdowały się setki mądrych komentarzy.

    Kiedy utracił możliwość publikowania na Facebooku i został skazany na przedruki, jego teksty przestały cieszyć się poprzednim zainteresowaniem i zamiast tysięcy czytelników osiągał zawrotną liczbę kilku.

    Nie do zrozumienia jest fakt tak drastycznego spadku odbiorców jego publicystyki, bo przecież teksty Bielejewskiego w dalszym ciągu były doskonałe. Nie do pojęcia tym bardziej, że pod względem merytorycznym i stylistycznym, są nadal bez zarzutu, a karanie go za to, iż pisze ZA DOBRZE, jest absurdem.

    1. KRZYSZOF BIELEJEWSKI

      Marku,
      Wielkie dzięki, dobrze, że czasem spotykamy się na http://www.studioopinii.pl. Pisz częściej, więcej i zdrowiej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights