
Sobota przyniosła Polakom kilka wiadomości, z których wynika, że przyszłość już nadeszła, ale nikt nie sprawdził, czy ma gdzie zaparkować.
Prawo i Sprawiedliwość stoi na krawędzi rozłamu, Konfederacja szykuje się do meblowania przyszłego rządu, prezydent chce referendum klimatycznego, posłowie debatują nad immunitetami, nauczycielskie pensje mają zależeć od gospodarki, na medycynę przypada nawet czterdziestu dziewięciu kandydatów na jedno miejsce, a Zara stała się więcej warta niż Gucci.
Na szczęście jest weekend. Człowiek może więc spokojnie usiąść, napić się kawy i zastanowić, dlaczego koszulka z Zary jest dziś bardziej perspektywiczna niż polski system partyjny.
Najbardziej kłopotliwym elementem sobotniej układanki jest Jarosław Kaczyński. Przez trzy dekady to on dobierał puzzle, wyrzucał te niepasujące, przycinał brzegi nożyczkami i wyjaśniał, że obraz przedstawia dokładnie to, co prezes zamierzał od początku. Teraz jednak zmienił się nie tylko obrazek. Zmieniło się całe pudełko.
Nowa prawica coraz mniej przypomina PiS, a coraz bardziej kilka Konfederacji w płaszczu, garniturze albo koszulce polo. Wspólnie formacje o konfederackim rodowodzie mogą liczyć w sondażach na ponad jedną czwartą głosów. To już nie jest młodzieżówka internetu, która przychodzi na wybory z kalkulatorem podatkowym i memem o Unii Europejskiej. To potencjalny współwłaściciel przyszłej większości.
Krzysztof Bosak, Sławomir Mentzen i Grzegorz Braun różnią się między sobą tak bardzo, że mogliby stworzyć trzy osobne partie, pięć rozłamów i siedem kanałów na YouTubie. Łączy ich jednak ważne odkrycie: po następnych wyborach to oni mogą wybierać partnera, a nie błagać o miejsce przy stoliku.
Jarosław Kaczyński nie jest dla nich partnerem wygodnym. Jest jak wielki zabytkowy kredens odziedziczony po rodzinie: bez wątpienia cenny, pełen historii i niemożliwy do ustawienia w nowoczesnej kuchni. Nie można go wyrzucić, ale każde otwarcie szuflady uruchamia konflikt o dziedzictwo narodowe.
Kaczyński buduje koalicje podobnie jak kot nawiązuje współpracę z myszą. Najpierw zapewnia, że obie strony mają wspólny interes, następnie wykazuje dużą elastyczność, a na końcu zostaje sam i wygląda na najedzonego. LPR, Samoobrona, Porozumienie i Solidarna Polska mogłyby wspólnie założyć grupę wsparcia dla dawnych koalicjantów prezesa.
Bosak i Mentzen znają tę historię. Braun prawdopodobnie uważa ją za zbyt mało dramatyczną.
Dlatego przyszły prawicowy rząd łatwiej wyobrazić sobie z Mateuszem Morawieckim albo Przemysławem Czarnkiem. Pierwszy potrafi mówić jednocześnie do przedsiębiorców, konserwatystów, Europejczyków, Amerykanów i każdej kamery znajdującej się w promieniu stu metrów. Drugi oferuje starą treść w młodszym opakowaniu i wypowiada słowo „lewactwo” z energią człowieka, któremu właśnie bez pytania dolano mleka owsianego do kawy.
Morawiecki chce być prawicą aspiracyjną: trochę suwerenności, trochę technologii, trochę Doliny Krzemowej i dużo slajdów. Czarnek mógłby odziedziczyć tradycyjny elektorat PiS, który od państwa oczekuje bezpieczeństwa, trzynastej emerytury i pewności, że gdzieś w Warszawie ktoś skutecznie walczy z czymś nowoczesnym.
Kaczyński natomiast może odziedziczyć partię. Pytanie, ilu zostanie w niej ludzi.
Termin ultimatum dla członków PiS działających w politycznych stowarzyszeniach mija 23 lipca. Ludzie Morawieckiego mają zdecydować, czy chcą należeć do PiS, czy do Rozwoju Plus. Jest to wybór trudny, ponieważ człowiek zwykle chce należeć zarówno do partii, jak i do jej przyszłości.
Morawiecki odpowiedział wpisem: „Jeszcze się nie narodził taki…”. Nie dopisał, jaki, ale w polskiej polityce niedopowiedzenie jest zawsze bezpieczniejsze. Można później wyjaśnić, że chodziło o człowieka, kompromis, regulamin grilla albo właściwie skonstruowany podatek liniowy.
Prezes z kolei milczy, a milczenie Kaczyńskiego jest w PiS formą komunikacji równie precyzyjną jak syrena alarmowa. Nikt nie wie dokładnie, co się wydarzy, ale wszyscy zaczynają pakować dokumenty.
Sytuacja przypomina rozwód małżeństwa, które wciąż prowadzi wspólny sklep. Oboje zapewniają klientów, że nic się nie dzieje, podczas gdy jedno wynosi kasę fiskalną, a drugie zmienia zamki.
Sondaż, według którego Donald Tusk jest oceniany jako lepszy premier niż Mateusz Morawiecki, dodatkowo komplikuje rodzinny dramat prawicy. Morawiecki musi bowiem jednocześnie udowodnić Kaczyńskiemu, że jest wystarczająco lojalny, Konfederacji, że jest wystarczająco samodzielny, centrowym wyborcom, że jest wystarczająco umiarkowany, oraz sondażom, że w ogóle jest lepszy od Tuska.
To zadanie wymagające tylu osobowości, że nawet dobrze prosperujące stowarzyszenie może nie wystarczyć.
Tusk ma zresztą w tej chwili rolę wyjątkowo komfortową. Może siedzieć, patrzeć, jak prawica dzieli się na prawicę właściwą, prawicę prawdziwą, prawicę nowoczesną, prawicę narodową i prawicę, która nie utrzymuje kontaktów z pozostałymi prawicami z przyczyn doktrynalnych oraz osobistych.
Premierowi pozostaje nie przeszkadzać. Jest to jedna z najtrudniejszych czynności w polityce, zwłaszcza dla Donalda Tuska.
Prezydent Karol Nawrocki również nie zamierza czekać na wynik prawicowej sukcesji. Zapowiedział kolejny wniosek o referendum dotyczące unijnej polityki klimatycznej. Poprzednia próba nie znalazła poparcia Senatu, ale w Polsce nieskuteczność pomysłu rzadko prowadzi do jego porzucenia. Częściej świadczy o tym, że trzeba go powtórzyć głośniej.
Polityka klimatyczna jest idealnym przedmiotem referendum, jeśli celem referendum nie jest uzyskanie odpowiedzi, lecz zadanie pytania w taki sposób, by odpowiedź była już wydrukowana na plakacie.
Można zapytać obywateli: „Czy jesteś za tym, żeby było drogo, zimno i żeby Bruksela zabrała ci samochód?”. Wynik może zaskoczyć wyłącznie Komisję Europejską.
Oczywiście polityka klimatyczna wymaga demokratycznej debaty. Tyle że referendum w skomplikowanej sprawie przypomina konsultowanie operacji serca za pomocą ankiety internetowej:
„Czy chirurg powinien:
a) ciąć,
b) nie ciąć,
c) przestać wykonywać polecenia zagranicznych koncernów farmaceutycznych?”.
Prezydent nie tyle chce rozstrzygnąć politykę klimatyczną, ile ustawić się na czele przyszłego obozu prawicy. Skoro Kaczyński może już nie pasować do układanki, ktoś musi stanąć obok pudełka i pokazać, jaki obrazek należy ułożyć.
Tymczasem Sejm dyskutuje o immunitetach. Pojawiło się pytanie, czy obowiązują obiektywne kryteria, czy może powstał polityczny „salonik VIP”. Immunitet jest wynalazkiem potrzebnym, ponieważ poseł nie powinien być ścigany za poglądy ani poddawany naciskom przez władzę. W polskim wykonaniu bywa jednak odbierany jako karta stałego klienta państwa: mandat wygasa, ale przywilej powinien zbierać punkty.
Obywatel, gdy popełni wykroczenie, otrzymuje mandat. Poseł otrzymuje debatę konstytucyjną, opinię komisji i czas antenowy. Równość wobec prawa oznacza, że wszyscy jesteśmy równi, tylko niektórzy mają najpierw konferencję prasową.
Na Ukrainie polityka ma znacznie mniej salonowy charakter. Ukraińskie drony uderzyły w rosyjskie obiekty logistyczne i naftowe setki kilometrów od frontu. Tam układanki nie dotyczą tego, kto zostanie przewodniczącym stowarzyszenia, lecz tego, czy rosyjskie paliwo i uzbrojenie dotrą na pole walki.
Zełenski zapowiada równocześnie otwieranie archiwów dotyczących Wołynia. To gest ważny, choć archiwum jest miejscem szczególnym: polityk wchodzi tam po dokumenty, a wychodzi z kilkudziesięcioma nowymi problemami. Historia polsko-ukraińska nie potrzebuje więcej uroczystych deklaracji. Potrzebuje prawdy, ekshumacji, nazwisk i zdolności do wytrzymania faktów także wtedy, gdy nie nadają się do patriotycznego przemówienia.
Dojrzałe państwo otwiera archiwa, nawet jeśli boi się tego, co znajdzie. Niedojrzałe otwiera przede wszystkim kolejną konferencję.
W kraju spokojniejszym od Ukrainy, choć nie zawsze lepiej zarządzanym, MEN szykuje pomysł powiązania wynagrodzeń nauczycieli z kondycją gospodarki. Brzmi rozsądnie. Pozostaje tylko ustalić, czy nauczyciele będą otrzymywali udział w sukcesach gospodarczych, czy wyłącznie solidarnie uczestniczyli w kryzysach.
Jeśli PKB rośnie, rząd może powiedzieć, że trzeba zachować ostrożność fiskalną. Jeśli spada, wiadomo, że na podwyżki nie ma pieniędzy. W ten sposób pensja nauczyciela zostaje trwale powiązana z gospodarką za pomocą eleganckiego mechanizmu, który zawsze wskazuje „proszę czekać”.
Najlepszym dowodem sprawności systemu edukacji jest rekordowe zainteresowanie medycyną. Na niektórych uczelniach o jedno miejsce walczy nawet czterdziestu dziewięciu kandydatów. To budujące. Polska młodzież nadal chce leczyć ludzi, mimo że miała już kontakt z polską ochroną zdrowia.
Kandydat na medycynę najpierw musi pokonać czterdziestu ośmiu konkurentów, potem sześć lat studiów, staż, specjalizację, dyżury i system informatyczny. Na końcu przyjmuje pacjenta, który mówi: „Panie doktorze, przeczytałem w internecie, że statyny są spiskiem”.
Lekarz przepisuje lek, pacjent konsultuje receptę na forum, a państwo zastanawia się, dlaczego młodzi medycy wyjeżdżają.
I wtedy pojawia się wiadomość naprawdę wyjaśniająca ducha epoki: Zara stała się na giełdzie więcej warta niż właściciel Gucci. Fast fashion pokonała luksus. Masowość zwyciężyła ekskluzywność, a zwykły T-shirt udowodnił, że odpowiednio sprzedany może mieć większe ambicje niż jedwabna torebka.
Polska polityka przechodzi podobną przemianę.
PiS przez lata było politycznym Gucci prawicy: rozpoznawalna marka, jeden główny projektant, ścisła kontrola kolekcji i przekonanie, że klient powinien nosić to, co mu zaproponowano. Konfederacje działają jak Zara. Szybciej wychwytują trendy, produkują nowe oburzenie co tydzień, błyskawicznie reagują na internet i nie przejmują się, że poprzednia kolekcja poglądów właśnie trafia na przecenę.
Kaczyński nadal uważa, że kieruje domem mody. Problem w tym, że młodsi klienci kupują już gdzie indziej.
Morawiecki chciałby stworzyć linię premium dla klasy średniej. Czarnek sprzedaje kolekcję tradycyjną. Mentzen oferuje politykę skrojoną jak kalkulator podatkowy, Bosak marynarkę państwowca, a Braun asortyment, którego instrukcję bezpieczeństwa lepiej przeczytać przed przymierzeniem.
Nawrocki próbuje zostać twarzą całej kampanii.
Tusk tymczasem stoi po drugiej stronie centrum handlowego i przekonuje, że jego płaszcz jest sprawdzony, europejski i leży lepiej niż płaszcz Morawieckiego.
Wyborca chodzi między witrynami, ogląda ceny i ma niepokojące wrażenie, że niezależnie od marki wszystko zostało uszyte z tego samego materiału: lęku, ambicji, sondażu i obietnicy, że zapłaci ktoś inny.
Najważniejszym wydarzeniem soboty nie jest więc rozłam w PiS. Rozłamu na razie nie ma. Jest coś groźniejszego dla Jarosława Kaczyńskiego: możliwość, że partia przetrwa, ale przestanie być centrum prawicowego świata.
Prezes zawsze świetnie radził sobie z przeciwnikami. Gorzej może sobie poradzić z następcami, którzy nie chcą go obalać. Chcą tylko poczekać, aż przestanie pasować.
Do środy trwa odliczanie. Ktoś ustąpi, ktoś zostanie wyrzucony, ktoś ogłosi kompromis, a ktoś wyjaśni, że od początku chodziło o jedność. Potem wszyscy zrobią wspólne zdjęcie, na którym każdy będzie patrzył w inną stronę.
Układanka zostanie chwilowo uratowana. Tyle że coraz wyraźniej widać, iż obrazek na pudełku przedstawia już kogoś innego.

Dodaj komentarz