
Są politycy, którzy po dojściu do władzy chcą zmienić podatki, szkołę, armię albo konstytucję. Donald Trump postanowił poprawić geografię.
W czwartek podpisał rozporządzenie nakazujące amerykańskim urzędom federalnym nazywać jezioro Ontario „Lake America”. Kanada, co może być dla prezydenta Stanów Zjednoczonych przykrą niespodzianką, nadal istnieje i nie ma obowiązku uczestniczyć w tej zabawie. Ponad połowa powierzchni jeziora znajduje się po kanadyjskiej stronie granicy, a sama nazwa Ontario wywodzi się z języka rdzennych mieszkańców i jest starsza zarówno od Kanady, jak i Stanów Zjednoczonych.
Nie sądzę jednak, żeby argument historyczny zrobił na Trumpie szczególne wrażenie. Historia, podobnie jak mapa, ma tę nieznośną wadę, że wydarzyła się przed Donaldem Trumpem.
Prezydent wyjaśnił, że Kanada od dawna oszukuje Amerykę w handlu, po czym oznajmił, że skoro jest już Zatoka Ameryki i Jezioro Ameryki, brakuje właściwie tylko oceanu. Być może więc trzeba będzie zmienić nazwę Atlantyku, Pacyfiku albo obu.
To jest moment, w którym zawodowy satyryk powinien złożyć wypowiedzenie. Co tu dopisać?
Można najwyżej podpowiedzieć, że Ocean Atlantycki mógłby zostać nazwany Trump Atlantic, A Donald J. Trump Ocean, natomiast Pacyfik – dla zachowania równowagi geopolitycznej – Greater Trump Pacific, Very Beautiful Water.
Potem należałoby przejść do kontynentów. Ameryka Północna jest wprawdzie już prawie dobrze nazwana, ale stanowczo za mało osobiście. Europa mogłaby zostać Trump Europe, skoro i tak nie płaci wystarczająco dużo na NATO. Afrykę można by przemianować po pierwszym korzystnym kontrakcie surowcowym, a Azję pozostawić chwilowo jako nazwę roboczą do czasu rozmów z Xi Jinpingiem.
Antarktyda byłaby trudniejsza, bo trudno sprzedać apartamenty przy minus czterdziestu, ale nie należy lekceważyć człowieka, który ma doświadczenie deweloperskie.
Cała historia zaczęłaby wyglądać jak niewinny dowcip starego wuja przy stole, gdyby Trump rzeczywiście tylko żartował. Tyle że to ten sam prezydent, który już wcześniej nakazał federalnym instytucjom używać nazwy Gulf of America zamiast Gulf of Mexico, przywrócił Mount McKinley zamiast Denali, wielokrotnie sugerował, że Kanada powinna zostać 51. stanem USA, mówił o przejęciu Grenlandii i odzyskaniu kontroli nad Kanałem Panamskim.
W normalnej administracji mapa służy do ustalania, gdzie państwo się kończy. W administracji Trumpa służy do ustalania, gdzie jeszcze się nie zaczęło.
Kanadyjczycy reagują z rosnącym zmęczeniem. Premier Ontario Doug Ford wcześniej nazywał Trumpa bully i w czasie wyjątkowo gorącej wymiany zdań posłużył się wobec niego językiem, którego dyplomacja zwykle nie drukuje na papierze firmowym. Potem próbował temperaturę obniżyć i wrócić do negocjacji. Zwykli mieszkańcy Ontario również wyśmiewali pomysł przemianowania jeziora, wskazując dość rozsądnie, że amerykański prezydent nie może przemianować świata tylko dlatego, że rano pokłócił się z Kanadą.
Ale właśnie tutaj ujawnia się istota trumpizmu. To nie jest zwyczajna megalomania. Zwykły megaloman chce mieć większy gabinet niż poprzednik. Trump chce, żeby poprzednik przestał mieć gabinet w historii.
Najlepszym przykładem jest Kennedy Center. Trump przejął kontrolę nad jego władzami, a podporządkowana mu rada postanowiła dopisać jego nazwisko do nazwy instytucji będącej od dziesięcioleci żywym pomnikiem Johna F. Kennedy’ego. Federalny sąd uznał później, że rada nie miała prawa tego zrobić i nakazał usunięcie nazwiska Trumpa. Nie zakończyło to sprawy. W sierpniu rada wróciła z pomysłem, żeby na budynku umieścić napis informujący, że został „odrestaurowany i odnowiony” przez Donalda J. Trumpa, a plac nazwać jego imieniem.
To bardzo charakterystyczne. Jeżeli nie można nazwać budynku Trumpem, można przynajmniej napisać na nim, że Trump go uratował. Jeżeli sąd zakaże napisu, pozostaje tablica. Jeżeli zakaże tablicy, można postawić pomnik.
A z pomnikami jesteśmy już na znacznie bezpieczniejszym gruncie, ponieważ pomnik Trumpa istnieje naprawdę.
Na polu golfowym Trump National Doral w Miami stoi 22-stopowy, czyli mniej więcej siedmiometrowy, pozłacany Donald Trump z uniesioną pięścią. Monument został sfinansowany przez grupę kryptowalutowych inwestorów, a podczas uroczystego odsłonięcia pastor Mark Burns wraz z duchownymi dokonał jego dedykacji. Pastor musiał później publicznie zapewniać, że nie jest to złoty cielec i nikt pomnika nie czci. Trump z kolei zachwycał się dziełem, informował, że golfiści je uwielbiają, i przewidywał, że z czasem zostanie ono „landmarkiem”.
Trzeba docenić moment dziejowy, w którym duchowny chrześcijański musi publicznie tłumaczyć, że siedmiometrowy złoty Donald Trump nie jest złotym cielcem. Stary Testament napisał tę scenę trzy tysiące lat za wcześnie. Mojżesz schodzi z góry, widzi złotą figurę i pyta, co się tutaj, do cholery, dzieje. Aaron odpowiada, że spokojnie, to nie bałwochwalstwo, tylko instalacja patriotyczna sfinansowana przez inwestorów kryptowalutowych.
Mojżesz patrzy na tablice. Patrzy na pomnik. Patrzy znowu na tablice. I dochodzi do wniosku, że jednak warto było zostać na górze.
Zresztą Trump sam rozwiązał problem skromności, nazywając posąg w swoim wpisie „The Real Deal – GOLD” i dziękując „wielkim amerykańskim patriotom”, którzy go postawili. Kilka dni później pisał, że z czasem będzie to punkt orientacyjny.
Dotychczas politycy stawiali sobie pomniki zazwyczaj po śmierci, głównie dlatego, że wcześniej byłoby niezręcznie. Trump usunął niezręczność. To ogromny wkład w kulturę polityczną.
Nawiasem mówiąc, złoty Donald ma jeszcze dostać odpowiednie towarzystwo. Projekt przyszłej biblioteki prezydenckiej Trumpa w Miami przewiduje szklaną wieżę, wycofany z eksploatacji Air Force One, replikę Gabinetu Owalnego i kolejny złoty pomnik prezydenta z uniesioną pięścią. Fundacja chce zebrać na przedsięwzięcie blisko miliard dolarów.
Biblioteka prezydencka zwykle powstaje po prezydenturze i służy badaniu jej dokumentów. Tutaj wygląda na to, że dokumenty będą dodatkiem do parku tematycznego Człowiek, Który Był Sobą. Air Force One, złoty Trump, Oval Office, wielka wieża. Brakuje tylko figury woskowej zwiedzającego, który pada na kolana.
Ale prawdziwą perełką pozostaje Pokojowa Nagroda FIFA. Tak, FIFA ma Pokojową Nagrodę. Tak, jej pierwszym laureatem został Donald Trump. Tak, wręczył mu ją Gianni Infantino.
Nie, tego akapitu nie pisało AI po udarze. W grudniu 2025 roku FIFA ustanowiła „FIFA Peace Prize – Football Unites the World”, a inauguracyjną nagrodę otrzymał właśnie Trump. Infantino chwalił jego wysiłki na rzecz pokoju i zapewniał go o poparciu światowej społeczności piłkarskiej.
Pokojowa Nagroda FIFA brzmi trochę jak Nagroda Trzeźwości Oktoberfestu, ale istnieje.
Co więcej, w środowisku europejskiej piłki nagroda stała się jednym z elementów krytyki Infantina. Szef European Leagues Claudius Schaefer wymieniał ją wśród decyzji świadczących o problemach z jego sposobem kierowania FIFA i mówił, że Infantino nie ma przyszłości na stanowisku.
Trump od dawna marzył o Noblu pokojowym, więc dostał FIFA. To tak, jakby człowiek od lat marzył o Oscarze, a właściciel weselnej sali wręczył mu statuetkę za najlepsze przemówienie przy rosole. Ale statuetka jest. Zdjęcie jest. Ceremonia była. A przede wszystkim można powiedzieć: nagrodę pokojową mam.
Szczegóły są dla ludzi bez pomników.
Trump zapowiadał także, że nie żartuje, gdy rozważa trzecią kadencję, mimo że 22. poprawka do konstytucji ogranicza prezydenta do dwóch wyborów na ten urząd. Później Amerykanie dostali jeszcze „Trump-class” – planowaną klasę nowych okrętów wojennych należących do zapowiedzianej „Golden Fleet”. Trump oznajmił przy okazji, że będzie osobiście uczestniczył w projektowaniu, ponieważ jest, jak sam powiedział, człowiekiem bardzo estetycznym.
I w ten sposób człowiek mający pokojową nagrodę FIFA projektuje pancerniki własnej klasy. Nawet Salvador Dalí uznałby, że trzeba trochę uspokoić kompozycję.
Do tego dochodzi Donald J. Trump Institute of Peace, czyli dawna instytucja zajmująca się pokojem, do której nazwy również dopisano nazwisko prezydenta.
Pokój Trumpa. Okręty Trumpa. Centrum Trumpa. Biblioteka Trumpa. Pomnik Trumpa. Jezioro Ameryki. Zatoka Ameryki. Za chwilę ocean. Człowiek zaczyna podejrzewać, że Donald Trump nie tyle chce przejść do historii, ile zamierza usunąć historię z lokalu i wprowadzić się z własnymi meblami.
Jest w tym coś dziecięcego. Pięciolatek dostaje kredki i pisze swoje imię na ścianie, krześle, samochodziku i psie. Donald dostał władzę wykonawczą. Różnica polega głównie na wielkości flamastra.
Najzabawniejsze w czwartkowym „Lake America” jest jednak to, że demonstracja potęgi okazuje się bardzo lokalna. Trump może nakazać amerykańskim urzędom federalnym zmienić nazwę na swoich mapach, ale Kanada może spokojnie dalej mówić „Lake Ontario”, reszta świata również, a jezioro – bezczelne jak natura – nie zmieni położenia ani o centymetr.
To chyba najbardziej złośliwa cecha geografii. Nie głosuje. Nie ogląda Fox News. Nie ma konta na Truth Social. Nie można jej zwolnić.
Jezioro nadal leży tam, gdzie leżało, połową po jednej stronie granicy, połową po drugiej, i najwyraźniej nie wie, że właśnie zostało wielkie.
Kanada zresztą ma w tej historii przewagę, której Trump może jej naprawdę zazdrościć. Ma Ontario. Trump ma tylko rozporządzenie.
A jeśli rzeczywiście przyjdzie kolej na Atlantyk i Pacyfik, proponuję nie protestować. Przeciwnie, trzeba pomóc. Atlantyk nazwać Trumpem, Pacyfik Trumpem, Wielki Kanion Trumpem, Drogę Mleczną Trump Galaxy, Księżyc Donald One, a Słońce – z przyczyn oczywistych – Trump Senior. Potem zostanie już tylko Wszechświat.
Tu mogą pojawić się problemy prawne, bo nie wiadomo, który departament jest właściwy, ale znając tempo tej administracji, odpowiednie rozporządzenie można przygotować do piątku.
Na końcu warto zaś przypomnieć człowiekowi stojącemu przy własnym siedmiometrowym złotym pomniku, posiadającemu pokojową nagrodę FIFA, klasę okrętów swojego imienia i apetyt na przemianowywanie akwenów, pewną starą prawdę.
Ludwik XIV miał powiedzieć: „Państwo to ja”. Donald Trump znacznie rozwinął tę koncepcję. Państwo to za mało. Teraz jezioro też.

Dodaj komentarz