
Internet nie jest już nasz, ludzi. Być może nigdy nie był, ale przez pewien czas pozwalano nam tak myśleć, podobnie jak kot pozwala właścicielowi mieszkania sądzić, że to on jest właścicielem mieszkania. Człowiek płacił za łącze, kupował komputer, zakładał konto, wymyślał hasło zawierające wielką literę, cyfrę oraz znak specjalny, po czym logował się z poczuciem suwerena. Dzisiaj jest już jasne, że suweren został zdegradowany do funkcji biologicznego dodatku do plików cookie.
Nadal możemy w internecie przebywać, ale coraz bardziej na prawach gościa. Wolno nam wejść, rozejrzeć się, kliknąć zgodę na wszystko i zostawić dane osobowe. Nie powinniśmy tylko dotykać algorytmu, karmić botów po północy ani pytać, kto właściwie z kim rozmawia.
Teoria martwego internetu przez lata uchodziła za teorię spiskową. Głosiła, że sieć została zalana przez automatyczne treści, boty, sztuczne konta i algorytmy manipulujące zachowaniem ludzi, wskutek czego naturalna aktywność człowieka stała się w niej mniejszością. Brzmiało to jak opowieść mężczyzny, który w 2012 roku wszedł na forum wędkarskie, pokłócił się z kontem „Szczupak_Patriota_88”, po czym uznał, że za wszystkim stoi Pentagon.
Dziś ten sam mężczyzna mógłby dostać grant badawczy.
Cloudflare, firma obsługująca znaczną część infrastruktury internetowej, podała, że automatyczne systemy generują już około 57,5 procent żądań kierowanych do stron znajdujących się w jej zasięgu. Ludzie odpowiadają za mniej więcej 42,5 procent. Maszyny wyprzedziły nas szybciej, niż przewidywano, choć należy zachować odrobinę przytomności: chodzi o żądania HTTP, a nie o czas, emocje czy liczbę osób siedzących przed ekranem. Jeden człowiek może wejść na pięć stron w poszukiwaniu aparatu fotograficznego. Jego agent AI może w tej samej sprawie odwiedzić pięć tysięcy stron, porównać ceny, parametry, opinie, regulaminy i historie rozwodów członków zarządu producenta.
Człowiek wypada więc statystycznie blado nie dlatego, że całkiem zniknął, lecz dlatego, że jego elektroniczny służący biega po sieci jak jamnik po spuszczeniu ze smyczy.
Mimo tej poprawki chwila pozostaje historyczna. Kiedyś internet był miejscem, w którym ludzie pisali teksty dla ludzi. Potem ludzie zaczęli pisać dla algorytmów. Dzisiaj maszyny piszą dla maszyn, a człowiek pojawia się czasami jako niezbędny element procedury płatniczej.
To trochę tak, jakbyśmy zbudowali ogromne miasto, postawili w nim biblioteki, sklepy, redakcje, kina, urzędy, kawiarnie i domy publiczne, a potem pewnego ranka odkryli, że większość ruchu ulicznego tworzą autonomiczne odkurzacze. Odkurzacze chodzą do księgarni, czytają recenzje innych odkurzaczy, wystawiają gwiazdki restauracjom i oburzają się na zmianę przepisów drogowych. Ludzie siedzą natomiast w mieszkaniach i pytają wyszukiwarkę, dlaczego czują się samotni.
Druga liczba jest jeszcze bardziej malownicza. Badacze ze Stanfordu, Imperial College London i Internet Archive przeanalizowali witryny publikowane od 2022 do połowy 2025 roku. Około 35 procent nowo powstałych stron sklasyfikowali jako wygenerowane lub przynajmniej wspomagane przez sztuczną inteligencję. Przed premierą ChatGPT pod koniec 2022 roku ten udział był praktycznie zerowy.
Nie oznacza to, że jedna trzecia całego internetu została napisana przez maszynę. Stare strony nadal stoją, podobnie jak stare meblościanki, nieczynne blogi podróżnicze i fora, na których ostatni użytkownik w 2009 roku zapytał, czy ktoś zna dobrego mechanika w Pile. Oznacza to jednak, że wśród nowych budynków wyrastających w cyfrowym mieście mniej więcej co trzeci postawił automat, posługując się projektem wykonanym przez inny automat i materiałami opisanymi przez trzeci automat.
Człowiek przychodzi dopiero na przecięcie wstęgi.
Najciekawsze w badaniu nie było nawet to, że internet staje się coraz bardziej sztuczny. Bardziej interesujące okazało się to, jaki internet tworzą maszyny. Nie znaleziono jednoznacznego dowodu, że strony wspomagane przez AI są bardziej fałszywe albo mniej poprawne faktograficznie. Stwierdzono za to spadek różnorodności znaczeniowej oraz wzrost pozytywnego tonu.
Oto prawdziwa apokalipsa: nie internet pełen kłamstw, lecz internet nieznośnie entuzjastyczny.
Maszyny nie muszą nas podbić. Wystarczy, że będą nas bez końca inspirować do wykorzystania naszego potencjału.
Nad ruinami ludzkiej rozmowy unosić się będzie ciepły, profesjonalny komunikat: „To fascynująca perspektywa. Przyjrzyjmy się jej wspólnie”.
Spłonie biblioteka: „Każde wyzwanie jest szansą na rozwój”.
Upadnie cywilizacja: „To ważny moment transformacji”.
Ostatni człowiek zgasi światło: „Świetna decyzja! Oto pięć korzyści wynikających z ciemności”.
Żywy człowiek bywa złośliwy, niekonsekwentny, źle wychowany i zmęczony. Może powiedzieć, że pomysł jest idiotyczny, obiad niesmaczny, a konferencja powinna być e-mailem. Sztuczna inteligencja wychowana przez korporacyjnych prawników najpierw podziękuje za wartościowy wkład, następnie doceni wielowymiarowość zagadnienia, a na końcu zaproponuje tabelę porównawczą. Zamiast buntu dostajemy podsumowanie. Zamiast gniewu — trzy kluczowe wnioski. Zamiast osobowości — czytelne nagłówki.
Internet przyszłości może być więc całkowicie martwy, a mimo to niepokojąco uprzejmy.
Najbardziej syntetycznym miejscem w sieci nie okazał się zresztą portal dla miłośników robotyki ani forum programistów. Według badania firmy Pangram Labs, obejmującego ponad milion wpisów z pięciu platform, sztuczna inteligencja szczególnie bujnie zakwitła na LinkedInie. Około 41 procent długich postów na tej platformie zostało zaklasyfikowanych jako w całości wygenerowane przez AI. W całej badanej próbie co czwarty długi wpis miał być maszynowy.
Nie jest to niespodzianka. LinkedIn był sztuczną inteligencją jeszcze przed wynalezieniem sztucznej inteligencji.
Już od lat ludzie, którzy normalnie mówią: „Zmieniłem pracę”, pisali tam: „Z ogromną pokorą i ekscytacją pragnę podzielić się nowym rozdziałem mojej zawodowej podróży”. Człowiek, którego zwolniono w piątek o piętnastej, w poniedziałek publikował refleksję o wdzięczności za nieoczekiwaną szansę opuszczenia strefy komfortu. Pracownik, który dostał kubek z logo firmy, opisywał go jako dowód niezwykłej kultury organizacyjnej. Kierownik sprzedaży po dwudniowym szkoleniu oznajmiał, że przywództwo nie polega na prowadzeniu ludzi, tylko na pozwalaniu ludziom, aby poprowadzili samych siebie ku wspólnie zdefiniowanej doskonałości.
Maszyny weszły tam bez walki, ponieważ zastały środowisko naturalne.
AI nie musiała nauczyć się języka LinkedIna. Język LinkedIna od początku czekał na AI jak puste mieszkanie po świeżym remoncie.
Niedawno platforma zapowiedziała, że będzie ograniczać zasięg treści generowanych przez sztuczną inteligencję. Według badaczy komunikat informujący o tej inicjatywie sam wyglądał jak napisany przez AI. Trudno o piękniejszą scenę. To jak konferencja prasowa poświęcona walce z alkoholizmem, podczas której rzecznik przewraca się na mównicę, śpiewając „Barkę”.
W martwym internecie nie chodzi jednak tylko o to, że maszyny produkują śmieci. Śmieci produkowaliśmy świetnie także bez nich. Człowiek od początku cywilizacji wykazuje zdumiewającą pomysłowość w wytwarzaniu tandety, od złotych krasnali ogrodowych po programy telewizyjne, w których celebryta spożywa owada dla ratowania własnej rozpoznawalności.
Nowością jest skala, prędkość i koszt.
Kiedyś, aby stworzyć złą stronę internetową, trzeba było znaleźć autora, redaktora, grafika, programistę i człowieka, który na końcu zepsuł wszystko w panelu administracyjnym. Dzisiaj wystarczy napisać: „Stwórz portal o zdrowym życiu dla seniorów, dodaj trzydzieści artykułów o cudownych właściwościach imbiru, kilka zdjęć pogodnych emerytów i miejsce na reklamy maści”. Po chwili mamy witrynę, ekspertów, porady, zdjęcia ludzi, którzy nigdy nie istnieli, oraz doktora Jana Zdrowickiego, absolwenta uczelni nieobecnej na żadnej mapie.
Cała ta fabryka może działać nocą. Nie potrzebuje urlopu, podwyżki, kawy, sensu ani praw autorskich. Nie idzie na zwolnienie, nie wdaje się w romans z księgową i nie pisze złośliwych wiadomości po odebraniu premii. Produkuje. Artykuł za artykułem, poradnik za poradnikiem, opinię za opinią.
Maszyna tworzy stronę. Inna maszyna ją odwiedza. Trzecia zbiera jej treść. Czwarta układa z niej odpowiedź. Piąta sprawdza, czy odpowiedź brzmi jak ludzka. Szósta zostawia komentarz: „Bardzo potrzebny tekst, dziękuję za poruszenie tego ważnego tematu”.
Jedynym człowiekiem w całym przedsięwzięciu pozostaje reklamodawca, który płaci za wyświetlenie reklamy botowi.
To już nie teoria martwego internetu. To teatr lalek, w którym marionetki kupiły bilety, zasiadły na widowni i po spektaklu wystawiły sobie pięć gwiazdek.
W dodatku maszyny uczą się na tym, co znajduje się w sieci. Jeżeli sieć coraz częściej wypełnia treść maszynowa, sztuczna inteligencja zaczyna pożerać własne potomstwo. Badania opublikowane w „Nature” pokazały ryzyko tak zwanego załamania modelu: system uczony kolejnymi generacjami syntetycznych danych stopniowo traci kontakt z pierwotną rzeczywistością. Rzadkie informacje znikają, niuanse się spłaszczają, a rozkład świata robi się coraz prostszy.
To cyfrowa odmiana kopiowania kopii. Pierwsza odbitka jest trochę bledsza. Dziesiąta wygląda jak wspomnienie dokumentu. Setna przypomina szarą plamę, ale nadal ma profesjonalne podsumowanie.
Można to sobie wyobrazić jako wielki garnek zupy. Człowiek ugotował rosół, maszyna spróbowała i odtworzyła przepis. Następna maszyna ugotowała rosół na podstawie opisu poprzedniej. Kolejna dostała fotografię talerza i streszczenie recenzji. Po trzydziestu pokoleniach w garnku zostaje ciepła woda o aromacie prezentacji PowerPoint, lecz wszystkie algorytmy zgodnie zapewniają, że smak jest głęboki i autentyczny.
Najpoważniejszy problem zaczyna się jednak tam, gdzie automaty nie tylko piszą, lecz także udają społeczeństwo.
Demokracja opiera się na dość ryzykownym założeniu, że kiedy słyszymy wiele głosów, za głosami stoją ludzie. Nie było to nigdy założenie całkiem bezpieczne. Za częścią głosów stali partyjni działacze, agencje PR, płatni komentatorzy, funkcjonariusze obcych służb, właściciele kont z żabą w awatarze oraz wujek Zbyszek po trzecim kieliszku.
Dziś jeden człowiek może przy pomocy narzędzi AI stworzyć tłum.
Tłum oburzony, wzruszony, patriotyczny, liberalny, prawicowy, lewicowy, ekologiczny albo domagający się zakazu ekologii. Każdy uczestnik tłumu dostaje nazwisko, twarz, historię życia i poglądy dopasowane do zadania. Jeden jest emerytowaną nauczycielką z Radomia, drugi przedsiębiorcą spod Poznania, trzeci młodą matką, czwarty rozczarowanym wyborcą, a piąty człowiekiem, który „dotąd milczał, ale dłużej nie może”.
Żaden nie istnieje, ale wszyscy mają coś do powiedzenia.
Bot nie musi nas przekonać. Wystarczy, że wytworzy wrażenie, iż inni zostali już przekonani. Człowiek jest zwierzęciem stadnym i nawet kiedy szczyci się niezależnością, lubi najpierw sprawdzić, gdzie stoi kolejka. Jeśli tysiąc kont oburza się na wypowiedź polityka, zaczynamy podejrzewać, że być może rzeczywiście powiedział coś strasznego. Dopiero później może się okazać, że dziewięćset kont należało do jednego programu, osiemdziesiąt do agencji marketingowej, dziewiętnaście do dziennikarzy opisujących oburzenie, a jedynym prawdziwym człowiekiem był polityk, który też posłużył się generatorem tekstu.
Sztuczne konto może pracować bez przerwy. Człowiek musi czasem spać, zjeść obiad, umyć zęby, odebrać dziecko ze szkoły albo przez kwadrans patrzeć w ścianę, zastanawiając się, dlaczego poszedł do kuchni. Bot nie ma takich słabości. Może kłócić się przez całą dobę i nigdy nie zabraknie mu cierpliwości.
Jeżeli jego zadaniem jest doprowadzenie nas do wściekłości, jesteśmy na pozycji człowieka grającego w zapasy z betoniarką. My mamy układ nerwowy, ciśnienie, rodzinę i wrzody. On ma zasilanie.
Bot może nas obrazić dziesięć tysięcy razy, a po każdej odpowiedzi spokojnie wygeneruje nową prowokację. My po trzech komentarzach zaczynamy chodzić po mieszkaniu, tłumacząc nieobecnej żonie, co naprawdę powinniśmy byli odpisać. Bot w tym czasie kłóci się równolegle z pięciuset innymi osobami i żadnej nie pamięta.
Internet miał być wielką agorą, na której ludzkość wymienia idee. Został targowiskiem, na którym automatyczne megafony przekrzykują automatyczne megafony, a człowiek próbuje znaleźć godzinę otwarcia apteki.
Nie znaczy to, że sztuczna inteligencja jest z natury zła. Młotek także nie jest zły, choć można nim naprawić krzesło albo zdemolować fortepian sąsiada. AI potrafi tłumaczyć, porządkować wiedzę, wyszukiwać informacje, pomagać osobom z niepełnosprawnościami, analizować dane, wspierać lekarzy, programistów, nauczycieli i ludzi, którzy od dwudziestu minut próbują napisać uprzejmą odpowiedź na pasywno-agresywną wiadomość od administracji budynku.
Problemem nie jest samo narzędzie. Problemem jest model ekonomiczny, który nagradza ilość, szybkość, pobudzenie i pozór aktywności.
Platforma nie pyta, czy treść jest prawdziwa, potrzebna ani ludzka. Pyta, czy zatrzyma użytkownika przez następne osiem sekund. Jeśli film przedstawiający papieża na deskorolce zatrzyma go dłużej niż rzetelna analiza budżetu, papież dostanie deskorolkę, kask i serię sponsorowaną. Algorytm nie ma poczucia absurdu, godności ani wstydu. Ma wskaźnik utrzymania uwagi.
My natomiast sami nauczyliśmy maszyny, że najskuteczniejszą formą ludzkiego zaangażowania jest gniew. Klikamy szybciej, kiedy coś nas oburza. Komentujemy chętniej, gdy ktoś się myli. Udostępniamy częściej, gdy wiadomość potwierdza, że nasi przeciwnicy są jeszcze głupsi, niż podejrzewaliśmy. Algorytm spojrzał na naszą duszę, przeanalizował dane i uznał, że najlepiej podawać ją smażoną.
Martwy internet nie został nam narzucony przez roboty z kosmosu. Zbudowaliśmy go sami, kliknięcie po kliknięciu. Maszyny jedynie zauważyły, że da się na tym zarobić.
Najcenniejszą walutą przyszłości nie będzie więc informacja. Informacji będziemy mieli tyle, że trzeba ją będzie wywozić ciężarówkami. Cenne staną się pochodzenie, odpowiedzialność i zaufanie. Nie tylko pytanie: „Czy to jest prawdziwe?”, lecz także: „Kto to mówi, skąd to wie, po co to mówi i czy jutro nadal będzie gotów podpisać się pod tym własnym nazwiskiem?”.
Być może wrócimy do małych, rozpoznawalnych źródeł. Do redakcji, autorów, ekspertów, społeczności i miejsc, których reputacja powstaje latami, a nie w trzy sekundy po wpisaniu polecenia. Do internetu składającego się z ludzkich wysp otoczonych oceanem syntetycznej waty. Będziemy chronić te wyspy tak, jak kiedyś chroniono studnie: przed trucizną, oszustem i człowiekiem sprzedającym cudowny preparat na wszystko.
Ludzkość nie zniknie z internetu. Może natomiast stać się w nim dobrem luksusowym.
Tekst napisany przez człowieka będzie miał drobne niedoskonałości, dziwny rytm, ulubione słowa, przesadne porównanie i zdanie, którego żaden specjalista od optymalizacji nie przepuściłby przez panel. Będzie czasem niesprawiedliwy, niepełny, nerwowy, zabawny w sposób niezamierzony i smutny wtedy, kiedy miał bawić.
Czyli będzie żywy.
Być może wkrótce największym komplementem pod tekstem nie będzie „mądre”, „trafne” ani „świetnie napisane”. Ktoś napisze po prostu: „To chyba zrobił człowiek”.
Autor odpowie: „Dziękuję”.
Czytelnik zapyta: „Na pewno?”.
I wtedy obaj będą musieli zaznaczyć wszystkie obrazki przedstawiające przejście dla pieszych, aby udowodnić internetowi, że nie są robotami.

Dodaj komentarz