




Sobota, 3 stycznia 2026 roku. Dzień, który wdarł się w kalendarz jak wariat do kawiarni z zamiarem zamówienia wszystkiego naraz. Nie była to sobota refleksji, podsumowań ani wróżb z fusów. Była to sobota dośrodkowego huraganu informacyjnego, w którym każdy news przypominał lodowaty granat rzucony pod drzwi rozsądku.
Na pierwszy plan wyszedł Trump. Bo kiedy Donald Trump pojawia się na scenie, reszta wydarzeń zmienia się w tło. W stylu gangsterskiego musicalu postanowił „uwolnić” Wenezuelę z rąk Nicolása Maduro. Operacja – zbrojna, tajna, brutalna i nadzwyczaj skuteczna – zakończyła się schwytaniem prezydenta Wenezueli i jego żony, wywiezieniem ich na pokładzie USS Iwo Jima i wysłaniem prosto do sądu federalnego w Nowym Jorku. Zdjęcie z operacji, przypominające zwiastun serialu sensacyjnego klasy B, Trump opublikował, z dumą godną kandydata na pokojowego Nobla za interwencje prewencyjne.
Oficjalnie chodzi o walkę z narkoterroryzmem. Nieoficjalnie? O kontrolę nad największymi złożami ropy na świecie. Trump otwarcie przyznaje: „Ameryka odbiera to, co jej zabrano”. Zapowiada odbudowę infrastruktury, „ręczne” rządzenie Wenezuelą przez specjalnie wyznaczoną grupę i dominację na południowej półkuli. Ropa ma płynąć, ludność ma dziękować, a demokracja – jak zawsze – przyjedzie na czołgach.
ONZ i Bruksela zareagowały, jak zwykle, ceremonialnym szeptem. Guterres wyraził „głęboki niepokój”, Ursula von der Leyen pogłaskała powietrze retoryką o transformacji, a Święty Grzegorz z Brukseli pobłogosławił pokój w rytmie slow-motion. Tymczasem Ławrow i Putin próbowali udawać, że znów to oni są pokrzywdzeni przez Zachód. Z ich ust popłynęły słowa o „naruszeniu suwerenności” i „zbrojnej napaści na legalnie wybranego prezydenta”. W tej narracji Putin jawi się jako matka chrzestna międzynarodowego prawa, a świat – jako naiwny chłopiec z zawiązanymi oczami.
Z geopolitycznego punktu widzenia, Trump wskrzesił Doktrynę Monroe’a i zrobił z niej zombie do specjalnych poruczeń. To już nie izolacjonizm. To brutalny pokaz siły: robimy, co chcemy, gdzie chcemy, kiedy chcemy – bo możemy. Jeśli ktoś jeszcze myśli, że Polska leży zbyt daleko od Caracas, by się tym przejmować, to niech zerknie na mapę stref wpływów. Bo kiedy zasada „mam czołg, więc decyduję” zacznie obowiązywać globalnie, Warszawa znajdzie się w kiepskim sąsiedztwie. Z jednej strony Rosja z sierpem, z drugiej USA z lancą – oba ostrza celują w zasoby, wpływy i bezbronność.
Tusk zareagował jak polityk z krwi i kości – bez paniki, ale i bez złudzeń. Wypowiedź w Elblągu: „Będziemy się przygotowywać do tej nowej sytuacji” – brzmi jak kod alarmowy dla tych, którzy wiedzą, że pokój to nie stan stały, lecz luksus wymagający konserwacji.
Sikorski błysnął sarkazmem godnym oxfordzkiej kantyny: „It couldn’t have happened to a nicer guy”. Trafne, błyskotliwe, ale niezbyt pomocne. Zandberg zaś odgryzł się akademicką powagą: „Złamano prawo międzynarodowe!”. I choć ma rację – brzmi, jakby przemawiał z katedry do pustej sali. Bo w tym świecie, w którym siła znów rządzi – prawo jest tylko narzędziem narracji.
Kosiniak-Kamysz w swoim stylu poprosił o analizy i raporty – czyli typowa procedura zespołu obrotowego PSL: coś powiedzieć, nic nie przesądzić, wyglądać na zaangażowanego. Nawrocki – nasz konstytucyjny artysta orędziowy – znów przemówił do narodu językiem drewnianych metafor, w których Ojczyzna przypominała bardziej gospodarstwo agroturystyczne niż wspólnotę polityczną.
Wcześniej, w Sylwestra przyszedł ogień. W kurorcie Crans-Montana – tym od bogatych dzieci z zegarkami droższymi niż polska renta – wybuchł pożar w klubie. Młodzi ludzie, skonfrontowani z prawdziwym zagrożeniem, wybrali to, co znali najlepiej: telefon. Zamiast uciekać, nagrywali. Zamiast ostrzegać, robili relacje. Bo w świecie, w którym „dzieje się” tylko to, co ma hasztag, ogień to tylko tło do selfie.
Na koniec – wojna na Wschodzie. Niby w tle, ale nadal obecna jak tykający zegar w bombie. Trump obiecywał koniec konfliktu w 24 godziny. Minęły prawie cztery lata, a wojna trwa. Mówi się o rozejmie, ale wszyscy wiedzą, że rozejm to nie pokój. To tylko zmiana scenografii przed kolejnym aktem tragedii.
A w Polsce? Na TikToku znów rozkwitły kwiatki z moskiewskiego plastiku. Dziewczęta i chłopcy o słowiańskich kościach policzkowych i propagandowej mimice, z dumą i w zwolnionym tempie rozważają opuszczenie Unii Europejskiej. Podkład muzyczny? Oczywiście coś między hymnem caratu a tanim techno. Narracja? UE zła, Polexit dobry, a Putin to taki trochę srogi, ale w sumie miły dziadek, co tylko chce pokoju. Te cyfrowe panienki i panowie z kremlowskiego generatora idiotyzmów karmią młodych Polaków narracją oderwaną od rzeczywistości, jakby rosyjskie czołgi nie stały już przy naszej granicy, tylko w katalogu turystycznym.
A zima? O, zima zaatakowała jak Putin po długim weekendzie. I, jak co roku, zaskoczyła wszystkich prócz bałwanów. Służby drogowe, w stanie moralnego odśnieżania, ruszyły do akcji z werwą godną powstania styczniowego. Solarki ruszyły – ale niekoniecznie tam, gdzie trzeba. Przez chwilę wydawało się, że województwa północne wrócą do epoki lodowcowej. Pociągi stały, autobusy zamarzały, a kierowcy przypomnieli sobie, czym jest poślizg kontrolowany, choć nikt nie miał nad nim kontroli. Za to rzecznik prasowy GDDKiA zapewnił, że „sytuacja jest monitorowana”, co można przetłumaczyć jako: „patrzymy, jak się dzieje, ale nic nie zrobimy”.
A refleksja? Proszę bardzo. Nie mam nic przeciwko usuwaniu kacyków, dyktatorów i pomyleńców w mundurach. Świat bez nich byłby nie tylko bardziej znośny, ale też po prostu ludzki. Ale jeśli Trump może porwać Maduro jak bohater z taniego thrillera, to dlaczego nie zrobi tego z Kim Dzong Unem? Z Putinem, który ma na rękach krew całego pokolenia Ukraińców? Z ajatollahami z Iranu, co łamią ludziom kręgosłupy ideologiczne i dosłowne? A może z Erdoganem, który od lat tańczy na linie między NATO a autokracją? Gdyby usuwanie tyranów było konsekwentne, świat miałby więcej oddechu. A tak, wygląda to jak polityczne polowanie selekcyjne – odstrzeliwujemy tylko tych, którzy nie mają parasola nuklearnego albo odpowiedniego konta na Wall Street.
Ta sobota nie miała puenty. Była jak mem, który ma być zabawny, ale zostawia cię z niepokojem egzystencjalnym. Była przeglądem ludzkości, która w jednej chwili potrafi pojmać dyktatora, filmować tragedię i przestraszyć się cyfrowej blondynki z Moskwy.
Nowy rok dopiero się rozkręca, a my już wpadliśmy w wir informacji, który kręci się szybciej niż polityczne fikołki PSL.
Zapnijcie pasy, wyciszcie powiadomienia, ale trzymajcie głowę w górze. Bo jak wiadomo, historia lubi się powtarzać, a media społecznościowe potrafią to transmitować na żywo.

Dodaj komentarz