
Polska od kilku lat buduje nową religię państwową. Jej świętymi nie są już królowie ani powstańcy, lecz koparka, walec drogowy i żelbetowy jeż przeciwczołgowy. Liturgia odprawiana jest regularnie na konferencjach prasowych Ministerstwa Obrony Narodowej. Ministranci noszą mundury, a kadzidłem jest wizualizacja kolejnych miliardów wydawanych na bezpieczeństwo. Wierni nie pytają, czy to działa. Wystarczy, że wygląda groźnie.
Tak narodziła się Tarcza Wschód – przedsięwzięcie za około dziesięć miliardów złotych, obejmujące setki kilometrów rowów przeciwczołgowych, zapór, betonowych przeszkód i planowanych pól minowych. Brzmi imponująco. Imponująco brzmi zresztą większość rzeczy, które można pokazać z lotu ptaka. Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek schodzi na ziemię i przypomina sobie, że współczesna wojna coraz rzadziej porusza się na gąsienicach, a coraz częściej światłowodem, satelitą i dronem kosztującym mniej niż dobry samochód.
Ale Polska od dawna kocha fortyfikacje bardziej niż pytania.
Warto zauważyć rzecz oczywistą, która w naszym kraju brzmi niemal jak herezja. Linia Maginota także wyglądała znakomicie na mapach. Francuzi byli przekonani, że zbudowali arcydzieło nowoczesnej obrony. Niemcy, z typową dla siebie niewdzięcznością wobec cudzych planów, po prostu ją ominęli. Historia ma tę paskudną cechę, że nie szanuje kosztorysów.
Najciekawsze jest jednak coś innego. O wydaniu dziesięciu miliardów złotych na beton i zasieki praktycznie nie toczy się żadna poważna debata. W kraju, który potrafi przez trzy tygodnie dyskutować o kolorze krawata posła albo wpisie na portalu X, nikt niemal nie pyta, czy największa od lat inwestycja wojskowa rzeczywiście odpowiada charakterowi wojny XXI wieku. Telewizje wolą pokazywać kolejną awanturę sejmową. Awantura ma tę przewagę nad analizą, że mieści się w trzydziestosekundowym materiale.
To zresztą polska specjalność. Im większy wydatek publiczny, tym mniej publicznej dyskusji.
Równocześnie słyszymy, że nauka jest droga, uniwersytety nieefektywne, badania można odłożyć na później. Kolejne rządy – i warto podkreślić: niemal wszystkie, niezależnie od barw partyjnych – z niezwykłą konsekwencją zwiększają wydatki na uzbrojenie, a z równie niezwykłą konsekwencją traktują naukę jak dalekiego kuzyna, którego zaprasza się na święta wyłącznie z poczucia obowiązku.
To paradoks niemal literacki. Wojna w Ukrainie pokazała całemu światu, że przewagę coraz częściej zdobywa ten, kto szybciej projektuje oprogramowanie, buduje drony, rozwija sztuczną inteligencję, elektronikę i systemy rozpoznania. Polska odpowiedziała na tę lekcję z właściwym sobie rozmachem: postanowiła kupić więcej betonu.
Nasza polityka bezpieczeństwa coraz bardziej przypomina człowieka, który bojąc się włamania, montuje piąte drzwi antywłamaniowe, ale zapomina zapłacić za internetowy program antywirusowy.
Jest jeszcze drugi wymiar tej historii, znacznie bardziej ludzki.
Warszawa mówi o granicy językiem strategii. Mieszkańcy Podlasia, Warmii czy Podkarpacia mówią o niej językiem codzienności. Dla jednych „Tarcza Wschód” jest punktem programu rządu. Dla drugich oznacza wojskowe transporty, śmigłowce nad domem, kontrole, alarmy i dzieci, które dorastają w przekonaniu, że żołnierz z karabinem jest równie naturalnym elementem krajobrazu jak przystanek autobusowy.
Najbardziej przejmujące w reportażach z pogranicza nie są opisy wojskowych ćwiczeń. Najbardziej przejmujące jest zdanie nastolatki, która mówi, że „przyzwyczaiła się do lęku”. To jedno z najbardziej gorzkich zdań o współczesnej Polsce. Pokolenie wychowane już w Unii Europejskiej miało uczyć się wojny z podręczników historii. Tymczasem uczy się z nią żyć.
I tu dochodzimy do sedna.
Polityka strachu jest niezwykle wygodna. Przestraszony obywatel nie pyta, dlaczego nauka dostaje mniej pieniędzy. Nie zastanawia się, czy inwestycje są racjonalne. Nie analizuje technologii. Człowiek przestraszony chce przede wszystkim zobaczyć, że państwo coś robi. Cokolwiek. Najlepiej dużo, głośno i z udziałem kamer.
Dlatego beton ma w demokracji ogromną przewagę nad laboratorium. Laboratorium pracuje po cichu, a jego efekty widać po latach. Beton można przeciąć wstęgą jeszcze przed wyborami.
Polska od pokoleń żyje lękiem przed utratą suwerenności. Ten lęk nie jest wymysłem polityków. Wynika z historii, której nie da się wymazać. Problem zaczyna się wtedy, gdy strach przestaje być doradcą, a zostaje jedynym architektem państwa. Bo państwo zbudowane wyłącznie na lęku przypomina dom, którego wszystkie ściany są nośne. Jest bardzo solidny. Szkoda tylko, że nie da się w nim otworzyć żadnego okna.
Największym zagrożeniem dla Polski nie jest dziś brak patriotyzmu. Nie jest nim nawet brak pieniędzy. Jest nim coraz bardziej rozpowszechnione przekonanie, że bezpieczeństwo można kupić wyłącznie w składzie budowlanym albo w katalogu producentów uzbrojenia.
A przecież każda wojna ostatnich lat pokazuje coś dokładnie odwrotnego. Wygrywa nie ten, kto ma więcej betonu. Wygrywa ten, kto ma więcej ludzi zdolnych wymyślić coś, czego przeciwnik jeszcze nie potrafi przewidzieć.
Beton nigdy nikogo nie zaskoczył.
Naukowiec – owszem.

Dodaj komentarz