
Politycy znaleźli wreszcie sposób, żeby patriotyzm się opłacał. Najbardziej dochodowym surowcem polskiej polityki przestał być węgiel. Jest nim oburzenie — odnawialne, bezemisyjne i wydobywane bez koncesji.
Nie trzeba już zakładać fabryki, zatrudniać ludzi ani wymyślać produktu. Wystarczy telefon, wykrzywiona twarz przeciwnika, odpowiednio tłusty napis i pytanie: „ZGADZASZ SIĘ?”. Naród klika, algorytm mruczy, reklamy płyną, a ojczyzna przechodzi na monetyzację.
Dariusz Matecki publikuje setki materiałów miesięcznie. Tusk jest zdrajcą, Czarzasty komunistą, Ukraińcy podejrzani, muzułmanie jeszcze bardziej, a prawda — jak zwykle — nie zmieściła się w pionowym kadrze.
Poseł nie wypuszcza telefonu z ręki, zapewne z obawy, że przez chwilę mógłby zostać sam na sam z refleksją.
Jego polityczna produkcja przypomina fermę drobiu. Co kilka godzin z taśmy zjeżdża nowe jajko oburzenia: identyczne, gorące i z Donaldem Tuskiem na skorupce. Wystarczy podrzucić widzom podejrzane zdjęcie, dopisać „SKANDAL!”, a potem zapytać, czy zgadzają się, że wydarzyło się coś, czego fotografia akurat nie przedstawia.
Dawniej polityk musiał zdobyć poparcie. Dziś wystarczy, że zdobędzie zasięg. Mandat jest tylko niebieskim znaczkiem weryfikacyjnym, opłacanym przez podatników.
Za Mateckim maszerują kolejni apostołowie cyfrowej prawicy. Jan Kanthak nagrywa wykłady, macha rękami, pohukuje na Tuska i podobno dorobił się samochodu. W Sejmie występował rzadko, ale na YouTubie jest niestrudzony.
To zrozumiałe. W Sejmie mogą odpowiedzieć.
Internet jest bezpieczniejszy. Kamera nie przerywa, wykres nie protestuje, a własne pytanie zawsze trafia na przygotowaną odpowiedź. Polityk może przez czterdzieści pięć minut sam siebie przepytywać, sam ze sobą się zgadzać i na końcu pogratulować sobie odwagi.
To nie debata. To polityczna masturbacja z reklamą suplementu przed finałem.
Sławomir Mentzen jest w tej branży Rockefellerem. Ponad milion subskrybentów, setki tysięcy złotych z wyświetleń i działalność gospodarcza tak pojemna, że dochody z mediów społecznościowych znikają w niej jak kostka lodu w piwie.
Mentzen sprzedaje gniew elegancko. Ma okulary, kancelarię i ton człowieka, który właśnie obliczył, ile państwo ukradło obywatelowi podczas przerwy reklamowej.
Pisze o obcych, migracji, Francji i stopach mytych w lotniskowej umywalce. Algorytm uwielbia takie rzeczy. Nie ma nic bardziej angażującego niż obrzydzenie podane przez doradcę podatkowego.
Matecki zbiera na kawę za obronę przed banderyzmem. Mentzen zarabia na grillowaniu. Kanthak na „najmie”. Kaleta także na czymś podobnym do najmu.
W polskich oświadczeniach majątkowych internet okazuje się nieruchomością.
Poseł wynajmuje społeczeństwu własne oburzenie na godziny, dzierżawi strach, podnajmuje nienawiść, a w rubryce dochodów wpisuje artykuł ustawy o PIT, przy którym księgowy dostaje wysypki.
Najwyraźniej kanał na YouTubie jest lokalem użytkowym. Właściciel wpuszcza do środka Tuska, Ukraińca, muzułmanina albo komunistę, bije ich słownie po głowie, a widzowie płacą czynsz w wyświetleniach.
Prawo za tym nie nadąża, ponieważ nadal sądzi, że poseł przede wszystkim pracuje w Sejmie. To wzruszające przywiązanie do tradycji.
Niektórzy parlamentarzyści mają frekwencję przypominającą obecność ojca w starym polskim filmie: formalnie istnieje, ale zwykle jest zajęty gdzie indziej. Za to kanały działają bez przerwy. Poseł może nie zdążyć na głosowanie, lecz nigdy nie przegapi okazji, żeby przed południem ogłosić koniec Polski.
Matecki ma setki wystąpień niewygłoszonych. To piękna kategoria, która powinna zostać rozszerzona na całą politykę. Ustawa niewymyślona. Odpowiedzialność nieponiesiona. Obietnica niespełniona. Refleksja niewystąpiona.
Wystąpienie niewygłoszone jest idealną pracą poselską: człowiek przemawia, nie otwierając ust, a państwo sumiennie to odnotowuje.
Interpelacje można natomiast kopiować, zmieniając nazwę gminy. Jest to parlamentaryzm seryjny, produkowany jak meble z płyty. Ten sam korpus, inna naklejka, klucz imbusowy dołączony do patriotyzmu.
Najważniejszy zysk z mediów społecznościowych nie mieści się jednak w oświadczeniach majątkowych. Jest nim życie bez pytań. Dziennikarz może poprosić o dowód, wskazać sprzeczność, przypomnieć wcześniejszą wypowiedź albo — co szczególnie brutalne — przeczytać dokument. Kamera internetowa nie ma takich paskudnych zwyczajów.
Patryk Jaki może mówić trzy kwadranse, sam pokazywać wykresy, sam je interpretować i sam sobie przyznawać rację. Publiczność przychodzi nie po wiedzę, lecz po masaż przekonań. Ma wyjść spokojniejsza, że nadal nienawidzi właściwych ludzi.
To największy sukces współczesnej polityki: zamieniła obywatela w klienta, pogląd w produkt, a wroga w model abonamentowy.
Hejt jest znakomitym biznesem, ponieważ nie zużywa się podczas używania. Przeciwnie — im więcej się go produkuje, tym więcej potrzeba następnego dnia. Człowiek kupuje porcję oburzenia rano, lecz wieczorem znowu odczuwa głód. Algorytm podsuwa mu kolejnego zdrajcę, nową prowokację i świeże zdjęcie Tuska z miną wybraną przez przeciwnika.
Politycy nie tylko zarabiają na podziale społeczeństwa. Oni prowadzą jego franczyzę. Każdy ma własny kanał, własną grupę wrogów, osobny kod rabatowy i kubek na datki. Flaga jest wspólna, ale kasa prywatna.
Najbardziej zdumiewa jedynie to, że dochody próbują ukrywać w gąszczu oświadczeń. Zupełnie niepotrzebnie. Powinni wpisywać uczciwie: Źródło przychodu: szczucie. Koszty uzyskania: telefon, internet i brak wstydu. Dochód: finansowy prywatny, moralny zerowy, społeczna strata nieograniczona.
Bo kiedy polityk zarabia więcej, im bardziej obywatel nienawidzi sąsiada, państwo przestaje być wspólnotą. Staje się platformą streamingową, a my wszyscy płacimy abonament.

Dodaj komentarz