GRILL, DYM I IMPERIA, KTÓRE ZACZYNAJĄ PACHNIEĆ SPALENIZNĄ

Warszawa

Czwartek okazał się dniem, w którym polityka przypominała wielki rodzinny grill. Nie taki elegancki, z drewnianym stołem i sałatką z rukoli. Raczej ten polski, osiedlowy, gdzie ktoś już spalił karkówkę, dzieci biegają z kiełbasami, sąsiad pokłócił się z szwagrem o węgiel, a gospodarz udaje, że nad wszystkim panuje, choć właśnie zapaliła się altana.

Na pierwszy rzut oka wydawało się, że największym problemem Jarosława Kaczyńskiego jest Przemysław Czarnek. Kandydat na premiera zdążył przecież opowiedzieć światu, że Unia Europejska powinna wstrzymać finansowanie uzbrojenia Ukrainy. W normalnych warunkach lider partii powinien wezwać go na dywanik, postawić do kąta albo przynajmniej odebrać mikrofon.

Ale nie. Na ruszcie wylądował Mateusz Morawiecki.

To jest dopiero polityczna kuchnia molekularna. Czarnek rozpala pożar dyplomatyczny, a Kaczyński wyciąga z lodówki byłego premiera i oznajmia, że od dziś największym zagrożeniem dla Prawa i Sprawiedliwości jest… stowarzyszenie „Rozwój Plus”.

Polityka potrafi być pięknie absurdalna. Wyobraźmy sobie kapitana Titanica, który po zderzeniu z górą lodową zwołuje załogę i mówi:
– Szanowni państwo, od tej chwili zakazuję gry w szachy w mesie. To właśnie przez wasze pionki statek traci sterowność.

Jarosław Kaczyński najwyraźniej uznał, że prawdziwym problemem nie jest odpływ wyborców do Konfederacji i Korony Grzegorza Brauna, nie fatalne sondaże ani coraz bardziej egzotyczne wypowiedzi własnych polityków. Problemem jest grill Morawieckiego.

Tak. Grill. Polska chyba jeszcze nigdy nie miała tak groźnej kiełbasy.

Według doniesień z kulis PiS, to właśnie środowisko byłego premiera, organizujące debaty, spotkania i letnie pikniki, zaczęło budzić w prezesie większy niepokój niż Donald Tusk. W efekcie partia, która przez lata zachęcała do tworzenia środowisk patriotycznych, uznała nagle, że patriotyzm należy prowadzić wyłącznie po uzyskaniu pisemnej zgody kierownictwa.

Historia zna podobne przypadki. Każde imperium w pewnym momencie zaczyna bardziej bać się własnych generałów niż wrogiej armii. Problem w tym, że generałowie zazwyczaj odbierają to jako bardzo cenną wskazówkę.

Jeszcze ciekawiej robi się po drugiej stronie politycznej barykady. Donald Tusk spotkał się z parlamentarzystami Koalicji Obywatelskiej i – jak wynika z relacji uczestników – przekonywał ich, że PiS jest już partią schodzącą ze sceny, a prawdziwym przeciwnikiem staje się radykalna prawica. Brzmi to jak optymistyczna prognoza, ale jest w niej sporo racjonalności.

Jeszcze kilka lat temu polityczna Polska przypominała mecz tenisowy. Piłeczka latała wyłącznie między Platformą a PiS. Dzisiaj coraz bardziej przypomina paintball. Strzelają wszyscy do wszystkich, a najwięcej emocji budzą ci, którzy jeszcze niedawno siedzieli na ławce rezerwowych.

Kaczyński przez lata wychowywał elektorat przekonany, że trzeba mówić coraz ostrzej, coraz mocniej, coraz bardziej bezkompromisowo. Dzisiaj odkrywa z pewnym zdziwieniem, że zawsze znajdzie się ktoś, kto zrobi to jeszcze głośniej.

To trochę jak producent bardzo ostrego sosu chili, który nagle zorientował się, że klienci wolą już pić kapsaicynę prosto z butelki.

Na świecie tymczasem także nikt nie zamierzał poprawiać humoru politykom.

Wołodymyr Zełenski zdecydował się na ruch, który zaskoczył niemal wszystkich obserwatorów. Z funkcją pożegnał się Mychajło Fedorow – jeden z najbardziej rozpoznawalnych i najlepiej ocenianych ludzi ukraińskiej administracji, odpowiedzialny za cyfryzację państwa i reformy w sektorze obronnym. Człowiek, który uchodził za symbol nowoczesnej Ukrainy.

W Kijowie pojawiły się protesty, eksperci zaczęli mówić o chaosie, a coraz częściej powraca pytanie, czy największym zagrożeniem dla Ukrainy nie stanie się przypadkiem sama Ukraina.

Bo historia uczy, że państwa rzadko przegrywają wyłącznie przez siłę przeciwnika. Znacznie częściej przegrywają przez własne ambicje, personalne wojny i przekonanie, że wymiana ludzi jest reformą.

Rosja zresztą nie zwalnia tempa. Grecja zablokowała kolejny pakiet unijnych sankcji wobec Moskwy, pokazując po raz kolejny, że w Europie najtrudniej zbudować wspólną politykę wtedy, gdy zaczyna ona kosztować konkretne pieniądze. Unia przypomina czasem rodzinę, która zgodnie potępia złodzieja, dopóki nie okaże się, że ukradł komuś innemu.

Na Bliskim Wschodzie Iran z kolei zagroził możliwością zablokowania kolejnego szlaku transportu ropy, odpowiadając na kolejne ostrzeżenia Donalda Trumpa. Wystarczy kilka takich komunikatów, żeby światowe giełdy zaczęły reagować szybciej niż polski kierowca na widok promocji na benzynę.

A skoro o pieniądzach mowa… GUS poinformował, że inflacja spadła do 2,5 procent, a ceny żywności po raz pierwszy od ponad dekady zanotowały deflację. To wiadomość dobra, choć Polacy reagują na nią z charakterystycznym dla siebie entuzjazmem.

Jeżeli masło kosztuje o pięćdziesiąt groszy mniej niż miesiąc temu, przeciętny obywatel uznaje, że to przypadek. Jeżeli tydzień później drożeje o trzydzieści groszy, natychmiast dochodzi do wniosku, że kraj zmierza ku katastrofie cywilizacyjnej.

Ekonomia jest u nas bardziej emocją niż nauką.

Na krajowym podwórku zapadł też długo oczekiwany wyrok w sprawie Łukasza Żaka, sprawcy tragicznego wypadku na Trasie Łazienkowskiej. To jedna z tych spraw, które przypominają, że obok politycznych spektakli istnieje jeszcze prawdziwe państwo, którego zadaniem nie jest organizowanie konferencji prasowych ani grillowanie przeciwników, lecz wymierzanie sprawiedliwości.

Choć nawet tutaj trudno oprzeć się refleksji, że polskie sądy, podobnie jak cała polityka, pracują czasem według kalendarza geologicznego.

Kończymy więc kolejny tydzień z obrazkiem niemal symbolicznym.

W Kanadzie Toronto znika pod dymem gigantycznych pożarów lasów. W Ukrainie dym unoszą polityczne roszady. W Brukseli dymią negocjacje o sankcjach. Na Bliskim Wschodzie pachnie ropą i wojną. A w Polsce największe emocje budzi grill byłego premiera i tylko trudno rozstrzygnąć, czy bardziej przypala się kiełbasa, czy całe polityczne imperium.

Jedno jest pewne. Historia rzadko zaczyna się od wielkich wybuchów. Znacznie częściej od lekkiego zapachu spalenizny, którego wszyscy, przez chwilę udają, że nie czują.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Verified by MonsterInsights