
Niedziela wieczór. Najlepszy moment tygodnia. Jeszcze można udawać, że jutro nie istnieje. Człowiek siedzi z kubkiem zimnej herbaty, która po pięciu minutach przypomina rosół, i przegląda wiadomości. A wiadomości wyglądają tak, jakby redagował je wspólnie meteorolog, generał, hydraulik i psychiatra.
Najpierw upał. Potem wojna. Potem znowu upał. Na końcu reklama kremu z filtrem.
Świat najwyraźniej uznał, że skoro i tak wszyscy się pocimy, to przynajmniej róbmy to wielowątkowo. Termometry oszalały. IMGW notuje rekordy, Europa topi się jak kostka masła pozostawiona na parapecie, a WHO ostrzega, że fala upałów zbiera śmiertelne żniwo. W Polsce temperatura zaczęła dobijać do czterdziestu stopni. Jeszcze chwila i prognoza pogody będzie wyglądała jak instrukcja obsługi pieca hutniczego.
Kiedyś człowiek sprawdzał rano, czy będzie padać. Dzisiaj sprawdza, czy asfalt znowu będzie miał konsystencję budyniu. Najgorzej mają gołębie. Przez całe życie chodziły po dachach z miną właścicieli kamienic. Teraz skaczą z nogi na nogę jak kelner niosący gorącą pizzę.
Ale polityka nie zna litości. Rosja znowu prowokuje. Raz dron, raz samolot, raz cyberatak, raz jakaś tajemnicza jednostka przy granicy. Kreml przypomina sąsiada z bloku, który o drugiej w nocy wierci dziurę w ścianie tylko po to, żeby sprawdzić, czy jeszcze nie śpisz.
Na szczęście my odpowiadamy z właściwą sobie powagą. Kupujemy okręty podwodne. Orka ma być kontraktem dekady. I bardzo dobrze. Tyle że mam nieodparte wrażenie, iż Polak jest jedynym stworzeniem na świecie, które potrafi jednocześnie martwić się o rosyjskie rakiety i o to, czy klimatyzator nie zużywa za dużo prądu. Przecież prawdziwe dramaty rozgrywają się dziś przy liczniku energii.
Równolegle trwa narodowa debata o amerykańskiej bazie wojskowej. Sześćdziesiąt procent Polaków mówi: „Tak! Niech będzie na stałe.” Niektórzy widzą w niej gwarancję bezpieczeństwa. Inni – gwarancję, że w pobliskim sklepie pojawi się masło orzechowe i prawdziwe burgery, a ja mam wrażenie, że my po prostu lubimy, kiedy ktoś silniejszy mieszka za płotem.
To taki narodowy odruch. Kiedyś był to starszy brat. Potem daleki wujek. Dzisiaj amerykański Marines. Byle tylko od czasu do czasu powiedział: – Don’t worry. Natychmiast czujemy się bezpieczniej.
Tymczasem Wołodymyr Zełenski przypomina światu, że Ukraina sama wybiera swoich bohaterów, a historia – jak zwykle – okazuje się bardziej uparta od dyplomatów. Historia ma zresztą paskudny charakter. Wszyscy chcieliby ją zamknąć w muzeum, a ona uparcie wychodzi na ulicę i miesza się do bieżącej polityki.
Najbardziej rozbawiła mnie jednak liczba dnia. Dwa procent. Tyle ropy sprowadza jeszcze Unia z Rosji. To tak, jakby alkoholik z dumą oznajmił: – Już prawie nie piję. Tylko kieliszek do śniadania.
Europa od trzech lat odcina się od rosyjskich surowców z godnością człowieka, który rzuca palenie, ale zostawia sobie jednego papierosa „na stres”, a stresu, jak wiadomo, nie brakuje.
Jest jeszcze sport, a właściwie jego filozofia. Przeczytałem gdzieś, że stadion nie jest gorszy od opery. Oczywiście, że nie. Na stadionie też można usłyszeć arię. Najczęściej brzmi: – Sędziaaa!!! I wykonywana jest przez czterdzieści tysięcy tenorów jednocześnie.
Wieczorem, gdy temperatura wreszcie spada do trzydziestu stopni, człowiek siada na balkonie. Patrzy na niebo. Z jednej strony wojna. Z drugiej rekordowe upały. Z trzeciej wielkie zakupy dla armii. Z czwartej polityczne spory o historię, a pośrodku tego wszystkiego stoi zwykły Kowalski w klapkach, z wachlarzem z gazetki reklamowej i zastanawia się, czy najpierw kupić klimatyzator, czy agregat prądotwórczy. I wtedy dochodzę do wniosku, że Polska jest krajem absolutnie niezwykłym. Potrafimy jednocześnie bać się rosyjskich prowokacji, narzekać na Unię, liczyć na Amerykę, kibicować Ukrainie, kłócić się o historię sprzed osiemdziesięciu lat, kupować najnowocześniejsze uzbrojenie i zastanawiać się, czy masło będzie jutro w promocji.
Naród wielu talentów. Jedni mają szwajcarskie scyzoryki. My jesteśmy szwajcarskim scyzorykiem emocji.
A jutro? Jutro będzie poniedziałek. Rosja znowu coś sprowokuje. Politycy znowu coś obiecają. Eksperci znowu wszystko wyjaśnią. Meteorolodzy znowu podniosą temperaturę, a Polacy, zgodnie z wielowiekową tradycją, zrobią to, co potrafią najlepiej.
Westchną ciężko. Spojrzą w niebo, I powiedzą: – Oj… coś się porobiło z tym światem. Po czym włączą wentylator, który zamiast chłodzić będzie tylko szybciej rozprowadzał gorące powietrze.
Jeśli istnieje urządzenie najlepiej opisujące współczesną Europę, to nie jest nim sztuczna inteligencja. To wiatrak. Kręci się bez przerwy. Zużywa mnóstwo energii. Robi dużo hałasu, a efekt chłodzenia jest, delikatnie mówiąc, umiarkowany.

Dodaj komentarz